Выбрать главу

Arth przerwał, gdyż otworzyły się przed nimi wielkie drzwi, prowadzące do sali balowej. Dennis jednak już dowiedział sie niemal wszystkiego, co mu było potrzebne.

Poczuł ogromną ulgę, że jego przyjaciołom nic się nie stało. Być może za kilka tygodni albo miesięcy będzie miał na Kremera dostatecznie duży wpływ, żeby wyjednać u niego zwolnienie pozostałych. Teraz jeszcze wolał nie ryzykować takiej prośby. Gath i Stiyyung zasługiwali na to, by im nie odbierano szansy ucieczki na własną rękę.

* * *

Dennisowi to przyjęcie natrętnie kojarzyło się z balem gwiazdkowym, uzupełnionym zwyczajami zaczerpniętymi z dworu Króla Słońce — Ludwika XIV.

Lokalna elita przybyła bardzo licznie, jednak było tu mniej tańców i nieskrępowanych rozmów niż na podobnej imprezie na Ziemi. Ich miejsce wyraźnie zajmowała ceremonialna wymiana podarunków. Ten rytuał zadziwił Dennisa. Odniósł on wrażenie, że funkcjonuje tu jakiś skomplikowany sposób podtrzymywania swego statusu społecznego poprzez oddawanie rzeczy. Im darowane przedmioty były starsze i dłużej zużywane, tym lepiej.

Dennis przypomniał sobie, że kiedyś czytał o podobnych zwyczajach, istniejących na przedatomowej Nowej Gwinei i na wyspach Pacyfiku. Rozdawanie podarunków wcale nie wynikało z bezinteresownej potrzeby serca, ale raczej z agresywnej chełpliwości, mocno wpływającej na pozycję dającego.

W pewnym momencie Dennis zauważył, że kobieta, którą obdarowano wyjątkowo kolorowym, jedwabistym i bezużytecznie wyglądającym strojem, zbladła jak ściana i przez chwilę wpatrywała się w to, co właśnie otrzymała, z niekłamanym przerażeniem. Potem na jej twarzy pojawiła się wystudiowana obojętność i kobieta podziękowała ofiarodawcy przez zęby.

Tak, to w pewnym stopniu przypominało niektóre ziemskie zwyczaje. Jednak wkrótce Dennis zauważył, że i ten obyczaj został w przedziwny sposób wypaczony przez Efekt Zużycia.

Na przykład, utrzymanie narzędzia czy w ogóle jakiegoś przedmiotu w jego szczytowej formie zajmuje wiele godzin kosztownej pracy. Tak więc, w odróżnieniu od podobnych sytuacji na Ziemi, podarunki mogą być przygotowywane tylko przy wielkich nakładach finansowych ze strony ofiarodawcy.

Liczba tych darów jest ograniczona możliwością ich używania, czyli liczbą służących i specjalnie wynajętych ludzi, przed balem takim jak ten służba zapewne pada z nóg, zużywając podarunki przygotowywane przez ich pana.

Dennis przechadzał się po sali, przypatrując się dyskretnie, jak bogaci ludzie kłaniają się i prawią sobie dwuznaczne komplementy. Podarunki wymieniano pełnymi wyszukanej elegancji gestami, udając przy tym zaskoczenie i radość.

Arth wyjaśnił mu bliżej, na czym to polega. Ten, kto otrzymuje podarunek, w pewnym sensie jest wciągany w pułapkę. Chciwość jest tutaj równoważona obawą. Bogaty człowiek może pożądać jakiejś pięknej rzeczy, ale jednocześnie boi się, że będzie musiał wydać mnóstwo pieniędzy na utrzymanie jej w dobrej formie. Otrzymany podarunek musi być w przyszłości gdzieś zaprezentowany, a każde odstępstwo od tej zasady okrywa obdarowanego hańbą.

To było jak przyglądanie się wykonywanej z gracją pawanie. Jeszcze kilka razy Dennis zauważył głęboki smutek na twarzy obdarowanego, który zrobił krok w niewłaściwą stronę i otrzymał podarunek zbyt bogaty.

W zajętym przez Artha rogu sali otworzono właśnie beczułkę z brandy. Służba roznosiła wśród gości niewielkie kieliszki, wypełnione bursztynowym płynem. Przez salę przebiegła fala głębokich westchnień i nieopanowanych kaszlnięć w ślad za służącymi.

Dennis szukał wzrokiem Linnory. Być może tutaj, na przyjęciu, będzie miał okazję wyjaśnić jej, że wcale nie pochodzi z krainy potworów. Chciał ją przekonać, że grając na zwłokę, może stać się Kremerowi tak niezbędny, iż jeden więzień z ludu L’Toff w porównaniu z nim będzie dla barona naprawdę bez znaczenia. Dennis był pewien, że w ciągu kilku miesięcy zdoła uzyskać uwolnienie Linnory.

Jednak nigdzie jej nie mógł zauważyć. Miał nadzieję, że może pojawi się później.

Pomniejsi arystokraci oraz członkowie gildii — w większości synowie i wnukowie ludzi, którzy pomogli ojcu Kremera zdobyć władzę — przechadzali się po sali z żonami i w otoczeniu osobistych służących, których zadaniem było obnoszenie otrzymanych przez ich pana podarunków W związku z tym tłum wyglądał jak zbiorowisko bardzo do siebie podobnych rodzeństw, tyle tylko, że brat, niosący na sobie więcej bogactw zawsze szedł za mniej objuczonym a ten, który był ubrany w kilka warstw ubiorów, nigdy nie otrzymywał roznoszonych przez służbę zakąsek i napojów.

Dennisowi udało się uprosić Kremera, żeby nie przydzielał mu „ogona”, czyli służącego, którego zadaniem jest ciągłe chodzenie za swym panem. Czuł się wystarczająco źle ze świadomością, że ktoś gdzieś marnuje długie godziny, nosząc jego paradne stroje. Nie miał ochoty zmuszać kogokolwiek do odgrywania przy nim tak poniżającej roli, bez względu na to jak mocno jest to osadzone w tutejszej tradycji.

Przy okazji pomogło mu to zdobyć opinię człowieka dziwnego. Oczywiście wszyscy już wiedzieli, że Dennis jest pochodzącym z odległych stron czarownikiem. Im więcej uda mu się złamać konwencji, myślał, tym mniejsze będzie prawdopodobieństwo, że będą usiłowali zmuszać go do naginania się do jakichś kolejnych miejscowych zwyczajów.

— Czarowniku!

Dennis odwrócił się i zobaczył, że Kremer kiwa do niego ręką, wzywając do siebie.

Obok barona stał diakon Hoss’k, ubrany w jaskrawoczerwone szaty, oraz tłumek miejscowych notabli. Dennis podszedł, jak tego po nim oczekiwano, i skłonił się Kremerowi z wystudiowaną uprzejmością.

— A więc to jest ten mag, który nam pokazał, jak się zużywa wino w… brandy. — Bogato odziany mężczyzna podniósł swój kieliszek w udawanym toaście. — Powiedz mi, czarowniku, czy skoro już znalazłeś sposób na udoskonalanie rzeczy jadalnych, nauczysz nas, w jaki sposób zmienić kukurydzę w befsztyk z polędwicy?

Mężczyzna roześmiał się głośno do wtóru kilku chichotów stojących najbliżej niego osób. Wyraźnie miał już za sobą kilka udanych prób zaznajomienia się z pierwszym produktem Dennisa.

Baron Kremer uśmiechnął się lekko.

— Czarowniku, pozwól, że cię przedstawię Kappunowi Thsee, starszemu gildii kamieniarzy oraz deputowanemu do Rady przy naszym władcy, królu Hymielu.

Dennis skłonił leciutko głowę.

— Jestem zaszczycony.

Thsee odpowiedział kiwnięciem. Wypił resztkę brandy z kieliszka i skinął na służącego, żądając następnej porcji.

— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, czarowniku — powiedział.

Dennis nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Ci ludzie patrzyli na rzeczy w ściśle określony sposób i każde wyjaśnienie, jakie mógłby tutaj przedstawić, wiązało się z wprowadzeniem pojęć, których zrozumienie raczej przekraczało zdolności pojmowania coyliańskich arystokratów. A poza tym w tej właśnie chwili do sali weszła księżniczka Linnora w towarzystwie służącej.

Tłum w pobliżu wejścia rozstąpił się przed nią. Gdy zatrzymywała się, żeby komuś skinąć głową lub coś powiedzieć, niemal nieodmiennie odpowiedzią był przesadnie uprzejmy, nerwowy uśmiech. Ludzie za jej plecami po prostu się na nią gapili. Błyszczała wśród tłumu jak gwiazda, zimna i niedostępna jak podobno cały górski lud, z którego się wywodziła.

— Obawiam się, że nie na tym to polega, mój drogi Thsee. Dennis odwrócił się szybko i stwierdził, że ta ostatnia uwaga, kończąca długą przerwę w rozmowie, została wypowiedziana przez Hoss’ka. Przez krótką chwilę uległ złudzeniu, ze to profesor Marcel Flaster, w jakiś cudowny sposób nagle przeniesiony tu z Ziemi, rozpoczyna jeden ze swych niesławnych, napuszonych wykładów.