Выбрать главу

Na moje oko ta Malwina mogła Ruperta (chyba też babrona? przepraszam, barona…) zaciągnąć dowolnie daleko, nawet do profesury, albo do ołtarza, bo wyglądał na strasznie zakochanego. Patrzył na nią maślanym wzrokiem i wcale tego nie krył. A na niej jakby to nie robiło wielkiego wrażenia. Chłodny z niej typek. Coś jak nasza Ewa.

Staliśmy tak cały czas na dworze i nikt nie kwapił się do wejścia. Ostatecznie udało się Jankowi wepchnąć całe towarzystwo do domu. Rupert dotąd nie pisnął nawet słowa. Rozmieściliśmy ich w pokojach na dole, oczywiście Pudełki musiały się wynieść ze swojego lokum, ale nie miały za złe, bo poczciwe są te nasze Pudełki. Daliśmy im trochę czasu na ochłonięcie (Niemcom, nie Pudełkom) i odświeżenie się po podróży, i zapowiedzieliśmy obiad za dwie godziny.

Ewa, która tak samo straszliwie się przejęła jak Lula, nie mam pojęcia dlaczego, zaczęła teraz histeryzować na temat, co to będzie, jeżeli pani baronowa nie zechce spożyć tych skromnych darów bożych, które przygotowaliśmy. Bardzo to zdenerwowało babcię, która najeżyła się prawie tak, jak przy powitaniu gości.

– A co by jej też mogło nie smakować – warknęła na Ewę, która załamywała ręce na środku kuchni. – Wszystkim smakuje, to i jej musi. To nie jest hotel Ritz, tylko gospodarstwo rolne. No, tak jakby rolne. Płody ziemi jej damy i niech jeszcze płacze ze wzruszenia, bo to jej Heimat, jej rodzinna marysińska ziemia wydała te jajka, z których zagniatałaś ciasto na pierogi!

– Babciu, czy ziemia wydaje jajka? – Obecna w kuchni Jagódka pociągnęła babcię za rękaw. – Bo ja widziałam, że to kury wydają jajka. To jak, babciu?

– Moja mała gospochna – rozczuliła się babcia. – To taka przenośnia, wiesz? Ziemia rodzi ziarenka, kury żrą te ziarenka, o ile im Emilka nie zapomni podsypać…

– Babciu!

– Wczoraj zapomniałaś. Ale ja rozumiem, przyjechali twoi przyjaciele, zwłaszcza ten większy, hehehe, jak mu. Robert. Rupert. Nie, Ryszard.

– Rafał!

– No właśnie. Więc, Jagódko, one jedzą ziarenka i dają jajka. To tak jakby ziemia… rozumiesz?

– Tak, babciu. Rozumiem. I wiśnie do pierogów też dała ziemia. Tylko że na drzewie. Czy babcia jej odda pierścionek? Pani babronowej? Ten, co babcia znalazła?

Obie z Ewą spojrzałyśmy na babcię. Pierścionek! Ale babcia nie dała się zaskoczyć. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła błyszczący przedmiocik.

– Od wczoraj o tym myślę. Chyba trzeba jej to pokazać. Może to naprawdę jej?

– Na pewno jej, babciu.

– A skąd wiesz, Jagódko?

– Kajtek mówił – powiedziało dziecko z niezachwianą pewnością. No tak, jeśli Kajtek mówił…

– A gdzie jest Kajtek? – zainteresowała się babcia. – Nie widziałam go od rana i przy powitaniu tych Niemców też go nie było.

Jagódka była poinformowana.

– Kajtek siedzi w stajni i układa psy. Żeby nas nie skrompo… nie skompromitowały przy pani babronowej.

– Rychło w czas – mruknęła Ewa. – No dobrze, Emilka, możesz nakrywać do stołu.

Chciałam jej odszczeknąć, bo nakrywać miała Lula, ale gdzieś znikła, a znów Ewa wyglądała, jakby zaraz miała pęknąć, więc już nic nie powiedziałam, tylko wzięłam się do pracy. Jagódka zaoferowała mi pomoc, którą przyjęłam. W atmosferze spokoju i profesjonalizmu rozstawiłyśmy na stole w salonie nakrycia dla trojga Niemców, czworga Grabowskich i jednego Kiryska. Grabowscy powinni zaraz wrócić z tego Książa, a Kiryska trzeba będzie wyciągnąć z góry, gdzie klepie w komputer od samego świtu. Bardzo szczęśliwy jest nasz Kirysek, bowiem kontakty z miejscową ludnością przysporzyły mu mnóstwa materiału do jego pracy naukowej. Zachodzi taka możliwość, że Kirysek już nigdy od nas nie wyjedzie, tylko nie ruszając się z miejsca, zrobi habilitację, a wykłady na swoim uniwersytecie będzie prowadził za pośrednictwem internetu.

Jagódka pod moim bacznym okiem układała właśnie na stole małe łyżeczki, kiedy do salonu wparadowała babronowa. Bez świty, pewnie teraz świta zajęła łazienkę. Pani starsza była świeża, pachnąca na odległość i bardzo zadowolona.

– O, co ja widzę – zachwyciła się na widok stołu. – Będże wspólny obiad! Bardzo szę cieszę. Jak w rodżynie. Czy ja mogę szę popaczecz?

– Bardzo proszę – powiedziałam uprzejmie. – Może jakiś aperitif?

– Aperitif? Nie, dżękuję. Ladnie państwo tu urządziło. Ja przepraszam, że taka jestem… ekscytowana… ale pani rozumi?

– Oczywiście. Proszę się czuć jak u siebie w domu – chlapnęłam bez namysłu i dotarło do mnie, co powiedziałam. Kurczę! Żeby ona tylko nie wzięła tego dosłownie!

Babronowa popatrzyła na mnie chytrymi oczkami.

– Nein, nein - zaśmiała się. – Nie u szebie, ja wim. To wszystko wasze, ne moje. Ale było moje i ja to pamiętam. Dżewczynka pomaga, ładnie. Gdże ja będę szedżecz? Bo szę trochę zmenczila podróżą, sządę i popaczę, jak wszyscy przychodzą.

Pokazałam jej honorowe miejsce u szczytu stołu. Normalnie zasiada tam babcia w swoim wielkim, rzeźbionym krześle, ale postanowiliśmy, że przy takiej liczbie gości najpierw nakarmimy ich wszystkich, a potem sami spokojnie zjemy, może nawet w kuchni. Niemkini okazała dezaprobatę.

– Nein, nein. Czi to ne jest przipadkiem miejsce starej pani domu? Ja ne mogę zajmowacz miejsca pani domu. Ja byla pani domu, dawno, dawno. Dżyszaj ne.

– Jest pani honorowym gościem – powiedziałam. – Te wszystkie miejsca są dla naszych letników, my będziemy jeść później.

– Ne jak w rodżynie? – Babronowa była jakby zawiedziona. – Ja bardzo proszę! Ten sztól jest dużi bardzo, można go rozlożycz! Ja chczalam porozmawiacz! Pani Stanyslawa, pani Stanyslawa, dlaczego wy ne chcecze zjeszcz razem z nami?

– Pani Marianno. – Babcia weszła do salonu z bukiecikiem astrów w małym wazoniku. – My nie chcemy państwa obrazić, ale mamy wielu gości, a nas jest też sporo, więc będzie nam łatwiej najpierw nakarmić gości. Po obiedzie zapraszamy na taras, na kawę i ciasto, tam zmieścimy się wszyscy.

– To może tylko pani? – Babronowa nie dawała za wygraną, ale babcia na to się wyprostowała (a figury Marianna mogłaby jej pozazdrościć!) i prychnęła z wysoka:

– Proszę wybaczyć, ale nie mogę być gościem we własnym domu. Nie czułabym się najlepiej. Jutro wyjeżdża od nas jedna rodzina, będą miejsca przy stole dla wszystkich.

Postawiła swój wazonik na stole między nakryciami i mrucząc coś pod nosem, wyszła, symulując pośpiech i wielkie czymś zaabsorbowanie.

Babronowa wcale się nie przejęła.

– Nech pani choczaż mnie nie zostawia – poprosiła, ale ja wcale nie miałam zamiaru jej zostawiać samej, bo to chyba byłoby strasznie nietaktowne. – Ja rozumim, że wasza pani Stanyslawa mnie nie lubi, ale ona ne ma racji. Ja tu naprawdę ne przijechala po swoje, bo wiem, że to wszistko już ne moje. Ja chczala zobaczycz moja stara wieś. Mój Mariendorf. Tu chyba coś jeszcze zostało z tamtych czasów?

– Kościół na pewno – zaczęłam się zastanawiać. – Nasza Rotmistrzówka, czyli dawny pałac… te wszystkie domy tutaj też są stare… Leśniczówka na pewno stara…

– Lesznyczówka? – Babronowa ożywiła się widocznie. – No tak, lesznyczówka stara, za to lesznyczy na pewno mlody…

– Krzysio Przybysz? Młody, trzydzieści parę lat – przytaknęłam. Babronowa zareagowała nad podziw gwałtownie.

– Pani jak powiedżala? Przibysz? Naprawdę Przibysz? Kristof? On miał dziadka Josefa?

– Pojęcia nie mam. Pani znała jakiegoś Przybysza tutaj?

– Gajowy mojego męża nazywał szę Przibysz. On tu jest od zawsze, ten mlody Kristof?

– Nie, dopiero od niedawna. Przedtem pracował w Górach Izerskich, to niedaleko stąd…

– Wiem, wiem.

Babronowa nagle zaniemówiła. Siedziała w tym honorowym tronie i myślała o czymś intensywnie, stukając suchymi paluszkami po stole.

Tymczasem zaczęli się schodzić wszyscy pozostali goście, zawiadomieni przez Kajtka i Jagódkę, że obiad w drodze. Kirysek z głową w chmurach, jak zwykle, za to Grabowscy jacyś inni niż przedtem. Znalazła się też Lula i podczas kiedy, wspomagana przez Janka, dokonywała niezbędnych prezentacji, ja odciągnęłam Grabowskiego na bok i zapytałam, jak tam wypadła wizyta w Książu.

– Wielkie nadzieje, pani Emilko, wielkie nadzieje – zaszemrał Grabowski. – Moja Mirella popłakała się z tego wszystkiego, pan Rafał z panem Tadeuszem nie mogli jej uspokoić, to znaczy pan Tadeusz ją uspokajał, a pan Rafał przeciwnie, kazał mu przestać, bo powiedział, że Mirella musi się porządnie wypłakać. Chyba miał rację, ona, biedactwo, jeszcze nigdy tak nie płakała, tylko raz, kiedy się dowiedziała, co jest Marcinkowi…

Tu sam otarł łzę, a mnie ścisnęło w gardle.

– Godzinę płakała. Pan Rafał kazał ją zostawić w pomieszczeniu, to się chyba nazywa siodlarnia, a my wszyscy poszliśmy popróbować, jak to będzie z tym koniem.

Przestał mówić, a do mnie dotarło, że jeśli będę naciskać, to i on będzie płakał przez godzinę.

– Wszystko rozumiem – powiedziałam szybko. – Rafał powiedział, że może z tego być poprawa u Marcinka i będziecie do nich jeździć na tę hippoterapię.

Grabowski skinął głową.

– Niech pan teraz nic nie mówi, może pan sobie chlapnie trochę koniaczku dla kurażu, bo teraz nie może pan się rozryczeć, ale po obiedzie ja bym panu radziła prysnąć do lasu i pod jakimś krzaczkiem dać sobie luz. To jest bzdura, że mężczyźni nie płaczą. Twarde głąby, to owszem, ale jak się ma ludzkie uczucia… Jasiu, Jasiu, chodź do nas! Trzeba panu zapodać koniaczek!

Jasio podszedł ze znakiem zapytania w oczach, więc mu szybko powiedziałam, o co chodzi, a on bez słowa wziął Grabowskiego na stronę i oddał mu samarytańską przysługę. Do mnie z kolei podeszła Lula.

– Coś sobie pomyślałam – zawiadomiła mnie. – Chyba nie jest dobrze, że oni tak sami siedzą. Potrzebny jest jakiś łącznik, ktoś, kto im pokieruje konwersacją. Babcia miała być domowym bóstwem. Dołożę dla niej nakrycie i niech siada z nimi.

– Niegłupie jest to, co mówisz – pochwaliłam. – Wiesz co, ten stół ma dwanaście miejsc, gości mamy osiem sztuk, plus babcia, to dziewięć; dajmy jeszcze nakrycia dla naszych dzieci, niech zjedzą i będziemy mieli z nimi spokój.