Выбрать главу

Odeszli dość spiesznie. Chciałam też odejść, ale babcia mi nie pozwoliła, a Wiktor z Jankiem zamienili rolę wykidajłów na rolę pocieszycieli, co polegało na tym, że usiedli z dwóch stron obok mnie i na zmianę karmili mnie plackiem siostry Miriam i poili kawą ze śmietanką od krowy sołtyski Ani. Babcia tymczasem uznała, że towarzystwu należy się wyjaśnienie.

– Nie wszyscy wiedzą – tu skłoniła głowę przed Rupertem, do którego wyraźnie nabrała sympatii – że nasza Emilka miała nieszczęście związać się swego czasu z panem, który zawiódł jej zaufanie, okazując się łobuzem, kryminalistą i na dodatek narkotykową fiszą. Emilka opuściła rodzinne miasto, żeby już nigdy nie mieć z nim do czynienia, dzięki temu jest teraz z nami, a ja sama i Rotmistrzówka bardzo dużo jej zawdzięczamy. Tak naprawdę to dzięki niej istniejemy. Nie protestuj, Emilko, wszyscy wiedzą, jak było! To ty chciałaś wykupić Bibułkę i ty wymyśliłaś agroturystykę. Ty namówiłaś Lulę i Janka, i Wiktorów na przyjazd do Marysina. Jesteś naszym dobrym duchem i nie pozwolimy cię skrzywdzić!

Tym dobrym duchem mnie dobiła, więc beknęłam niepowstrzymanie, trochę pewnie z ulgi, a dużo ze wzruszenia. Na to dopadła mnie Grabowska i dalejże mi ni stąd, ni zowąd dziękować za Rafała, i ściskać mnie, i też się, oczywiście, pobeczała, drugi raz dzisiaj. Rupert, który nie zaczął beczeć, ale znowu zaniemówił z emocji, podszedł do mnie i długo potrząsał moją ręką, wyrywając mi ją z ramienia i tym sposobem zapewniając, że on też nie pozwoli mnie skrzywdzić. Nasze chłopaki, czyli Wiktor i Janek, zaczęli go klepać po łopatkach, aż grzmiało. Zrobiło się jakoś lepiej. Dużo lepiej.

Ponieważ babronowa aż płonęła z ciekawości, więc w skrócie opowiedziałam swoją rzewną historię, znaną już domownikom. I bylibyśmy tak do skończenia świata wałkowali moje niedoszłe małżeństwo z capo di tutti capi, gdyby nie Jagódka. Kręciła się jakoś niespokojnie, widać było, że coś ją gryzie, wreszcie podeszła do babci i coś jej naszeptała do ucha. Babcia aż klasnęła w ręce.

– Słusznie, Jagódko, dziecko moje kochane. Przestańcie już o tych przestępcach, bo mi tu Jagódka przypomniała o jednej ważnej rzeczy. Pani Marianno…

Tu po raz drugi dzisiaj sięgnęła do kieszeni spódnicy, a nam znowu dech zaparło, bo już wiedzieliśmy, co z niej wyciągnie. Chwila zrobiła się osobliwa.

– Czy pani widziała kiedyś ten pierścionek?

Podała klejnocik Jagódce, a ta zaniosła go Mariannie. Starsza pani wzięła go w palce i znieruchomiała.

– On tu był – ni to stwierdziła, ni zapytała, a w głosie miała podejrzaną chrypkę.

– Tu, w domu, w pustej skrytce – potwierdziła babcia. – Znaleźliśmy po wojnie, kiedy przyjechałam tu z moim mężem, świeć Panie nad jego duszą, moim Kazimierzem.

– To mnie dał mój mąż – wyszeptała Marianna. – Mój mąż. Jak on jeszcze był mój narzyczony…

Wsunęła pierścionek na palec.

– Ja go nie nosiłam codziennie – westchnęła prawie niedosłyszalnie. – Bo mnie wtenczas palce puchły, to znaczy, jak byłam w cząży…

No i tym razem to babronowa nam się pobeczała.

Lula

Co za niewyobrażalna sytuacja…

Nie, bzdury gadam, jaka niewyobrażalna. Realna, jak najbardziej, ale jak z kiepskiego filmu. Emilki były narzeczony objawił się jak gdyby nigdy nic! W momencie, kiedy przyjechała była właścicielka Marysina i naszej Rotmistrzówki, wtedy jeszcze pałacu… To cud prawdziwy, że nie spakowała natychmiast manatków i nie odjechała. Chociaż może nie cud, bo ona wygląda na kobietę z charakterem.

A ja za to kompletnie się rozlatuję, nie wiem dlaczego, nerwy mnie noszą, wszystko mnie drażni, nie mogę pozbierać myśli i w ogóle jestem do niczego. Emilka śmiała się ze mnie, że to przyjazd baronowej tak mnie wytrącił z równowagi, ale nie, to nie jest prawda.

To nie baronowa mnie wytrąca z równowagi, tylko Wiktor.

Wiktor i Ewa. Ona jest dla niego okropna po prostu, warczy na niego, nie chce zrozumieć, że jego powołaniem nie jest projektowanie kampanii reklamowych dla najwytworniejszych nawet wychodków! Wiktor jest artystą, to wszystko, co teraz tworzy, jest wspaniałe, dojrzałe, pełne wyrazu, radości, optymizmu! Kiedy porównuję to, co malował w Krakowie – w tych rzadkich chwilach, kiedy miał czas na malowanie – z tym, co robi teraz… Dwa światy! Dlaczego ona tego nie chce przyjąć do wiadomości?

Ona tego chyba nawet nie zauważa. Dla niej liczą się tylko pieniądze. Pieniądze, pieniądze. Dużo pieniędzy. Chyba jest tu okropnie nieszczęśliwa. Za to Wiktor jest szczęśliwy i Jagódka też. Żadnej astmy, żadnych duszności, żadnych uczuleń. Biega i bawi się z Kajtkiem i psami, aż miło popatrzeć.

Ach, nawet pies jest tu szczęśliwy. Niupa przypomina wesołego kundla z disneyowskich kreskówek. I też wyładniała. Sierść jej błyszczy i morda się śmieje.

A Ewie morda się nie śmieje! Ewie ona się zaciska w wąską kreseczkę, a oczy rzucają niedobre błyski.

No to niech wyjedzie! Niech wyjedzie i… zostawi go mnie.

No dobrze, Ludwiko Kiszczyńska, stara, głupia, zakochana kustoszko od siedmiu boleści! Wreszcie wydusiłaś z siebie.

Tak.

Miałam nadzieję, że przejdzie mi to szczeniackie uczucie z czasów licealnych, kiedy pomieszkamy razem, popracujemy… a trzeba było przypomnieć sobie literaturę powszechną! Brzydka Sonia miała doktora Astrowa na wyciągnięcie ręki całe lata i wiedziała, że on jej nie chce, i też jej nie przeszło.

No to co? Mam siąść koło babci Stasi jak koło wujaszka Wani i powiedzieć: bierzmy się do roboty???

A może to nieprawda, że on mnie nie chce? W końcu bardzo się starałam zawsze, żeby tego mojego zadurzenia nie zauważył…

To co mam zrobić? Iść do niego i mu powiedzieć: kocham cię, zostaw tę swoją głupią i pazerną żonę, niech ona sobie jedzie, gdzie chce, a my tu zostaniemy i będziemy razem szczęśliwi?

Oczywiście, nic nie zrobię. Będzie wszystko tak, jak było do tej pory, będziemy pracować (naprawdę, jak u Czechowa!), Jagódka będzie dorastała, ja będę się starzała.

Przyszła Emilka i zapytała, czemu ryczę. Upewniłam się, że przyszła wiedziona intuicją, a nie dlatego, że mnie było słychać i kazałam jej spadać.

Poszła sobie, a mnie się zrobiło jeszcze gorzej, bo przecież przyszła jak przyjaciółka, a ja ją potraktowałam… lepiej nie mówić.

Emilka

Coś się dzieje z Lulą. Nie wiem co, bo mi nie chciała powiedzieć. Wyduszę to z niej prędzej czy później.

Lesław przytaił się gdzieś, pewnie u Łopucha w zagrodzie. Ależ się, dranie, skumali błyskawicznie! Ciągnie swój do swego.

Grabowscy wyjechali i zrobiło się jakoś luźniej. Muszę pojechać do Książa, zobaczyć, jak im wychodzi ta hippoterapia. Coś mnie do niej jednak ciągnie. Do hippoterapii, oczywiście. Oraz do Tadzia. Obecność tam pewnego mało mi w sumie znanego neurologa po bliżej nieokreślonych przejściach nie ma dla mnie żadnego znaczenia!

Lula

Zbliża się początek roku szkolnego i nasze dzieci pójdą do szkoły w Ściegnach. Ciekawe, jaki tam jest poziom nauczania. Ewa, oczywiście, sarka na zapas, a Janek spokojnie twierdzi, że w podstawówce najważniejsze jest to, żeby dzieci były blisko domu i nie miały zbyt wielu stresów. Nie wiem, czy tak jest naprawdę. Ale Janek jest pewien swego.

Już nic nie wiem!

Rozgłos medialny sprowadził nam wprawdzie na głowę Emilkowego gangstera, ale również ściągnął do nas gości. Przyjeżdżają różni ludzie, żeby odwiedzić galerię. Trochę też ksiądz przyprowadza. Jedna pani zmusiła nawet swego męża, żeby jej kupił w prezencie urodzinowym mały pejzażyk Wiktora, a kilka innych umówiło się na zakupy w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Wydaje mi się, że nasi niemieccy goście czują się u nas zupełnie dobrze. Baronowa nosi na palcu swój pierścionek zaręczynowy, co chwila na niego spogląda i wzdycha. Kiedy ona tak wzdycha, babcia wydaje coś jakby sapanie. Ale wciąż chyba nie może się do niej przekonać. Malwina, czyli pani doktor (ja też mam doktorat i co z tego?, po co mi taki doktorat?, ja chcę Wiktora, a nie doktorat z głupiej historii sztuki!!!) przeważnie zaraz po śniadaniu pakuje plecaczek i staje gotowa do wyjścia. Wtedy Rupert spogląda na baronową przepraszającym wzrokiem, mamrocze po niemiecku, że on tylko podrzuci Malwinę do Karpacza, do wyciągu i znikają oboje. Spod wyciągu, albo spod Wangu, albo z innego startowego miejsca Rupert telefonuje do babki, że chciałby iść z Malwiną w góry, babka chichocze i udziela mu dyspensy. Zostaje sama, ale się tym nie przejmuje, twierdząc, że nie ma dla niej większej przyjemności niż przesiadywanie pod starą jabłonią, rozmyślanie o przeszłości i przyglądanie się, jak Wiktor maluje. Poza tym zaprzyjaźniła się z Emilką. Emilka ma w sobie coś takiego, co zjednuje ludzi, niezależnie od płci, wieku i narodowości, jak widać.

Wiktor zaczął malować jej portret. Mariannie, nie Emilce. Trochę surrealistyczny, mam nadzieję, że nie zależy jej na monidle. Będzie miała dzieło sztuki.

Emilka

Ależ nasza babronowa jest świetną staruszką! Dlaczego ja myślałam, że w tym wieku to już się przeważnie nie żyje? Szkoda, że babcia Stasia wciąż się na nią trochę boczy. Powinny się wreszcie starowiny dogadać! Na razie nic z tego, coś babcię Stasię stopuje.

A babronowa codziennie zostaje za sierotkę, bo Rupert wywiewa z domu, gonić uczoną ukochaną. Ukochana biega po górach w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłaby śledzić swoje endemiczne robaczki. I w nosie ma starszą panią. Więc ja się nią trochę zaczęłam zajmować i już na drugi dzień poprosiła, żebym mówiła na nią babcia, czyli po ichniemu Oma. Fajnie. Staram się nie myśleć, że był taki rodzaj smalcu. Wiem, bo rodzice kiedyś przy mnie wspominali peerelowsko-staropolskie smakołyki. Mówię do niej Omcia, a ona nie ma nic przeciwko temu.

Wiktor maluje Omci strasznie dziwny portret. Jest na nim nasz ogród i Omcia w tym ogrodzie w charakterze młodej dzieweczki w powiewnej sukience. Tylko twarz ma dzisiejszą. I jabłonka jest mniejsza, i kwitnie. A cała reszta ogrodu jest jesienna. To jest niesamowite. A kolory po prostu walą człowieka po oczach. Nie to, żeby były rażące, tylko takie są – Lula mówi: nasycone. Ten Wiktor ma łeb!