Выбрать главу

Trochę się przestraszyłam, że on tak swobodnie porusza temat, który może być dla Omci smutny, albo drażliwy, ja sama bym nie zaryzykowała, ale Omcia potraktowała jego pytanie najnormalniej w świecie.

– Trochę Polaków było, nedużo – powiedziała. – Do nas przijeżdżali za pracą. U mojego męża pracował w lesze taki jeden Polak, nazywał szę Przibysz. Ale on mówił po nemecku. Ja wtedy ne mówiła po polsku. Ja szę nauczila, jak już była stara baba. Tak sobie pomyszlała wtedy, że może kedysz tu wrócę, to będę mogła mówicz z ludżmi ich językiem.

– Zawsze pani chciała tu wrócić?

No, on jest niemożliwy!

– Zawsze nie. Na początku bardzo. Bardzo! Potem szę przyzwyczaiłam do myszli, że to już nygdy nie będże moje. Tak szę kręczy ten szwiat. Była wojna, Nemcy przegraly, trudno. Ale nasza rodżyna nie była biedna. My meszkamy tyż w górach, w Tirol. Tam ne jest gorzej niż tu. Ja miałam dżeczy, teraz mam Rupert, on jest mój ukochany wnuk, a mne już nedużo zostało. Mój mąż, on ne chczał wracacz. Ja szanowała jego zdanie. Ale kedy umarł, cztery lata temu, zaczęlam myszlecz, żeby tu przijechacz, zobaczycz.

– I jak wrażenia?

– Mariendorf, Maryszin, moja wiesz, biedna. Widacz, po domach widacz. A mój stary dom, na szczęszcze miał gospodarza dobrego. Tylko też widacz, że penędzy brakowalo. Teraz mlodży gospodarze, ja widzę, będże dobrze. Ja wim, co ty mne chczal spytacz, mlody szlowieku. Mne tu już serce ne czągnie. Tu ne mój dom, mój dom tam, w innych górach. Pobędżemy tu kilka tygodni i pojedżemy do domu, do nas. Ja ne wim, co będże z Rupert…em, on szę zakochał w polska uczona… w polskej uczonej. Ja już gorzej mówię, muszę jechacz odpoczącz. Mne z wami dobrze, chłopcy, wy przyjedżcze do Mariendorf. Dobrze, Emilia?

– Dobrze, Omciu. Niech przyjadą – zgodziłam się niedbale. – Zapraszam was, chłopaki, do nas. A jak dostanę się do mojego autka?

– Zaraz ci je przyprowadzimy. Daj kluczyki. Panie tu posiedzą, a my szybciutko…

Dałam Tadziowi kluczyki, a on na chwilę zniknął nam z oczu i po tej chwili wyprowadził zza węgła potwornej wielkości motocykl, bardzo stylowy, chyba nie harley, bo bez tych idiotycznych trzymadeł w górze, może jakiś japoniec. Zdumiałam się, bo do nas przyjechali swojego czasu najzwyklejszym golfem, ale mi wyjaśnili, że golf Rafała, a Tadzio ma hobby motocyklowe… Nie wiedziałam! Wsiedli na siodełko obaj, zawarczeli, nasmrodzili i zniknęli nam z oczu. Omcia aż się zarumieniła, widocznie konie mechaniczne lubi tak samo jak te z owsianym napędem.

Mechaniczne cacko przypuszczalnie rozwijało szybkość nadświetlną, bo wrócili błyskawicznie. Moje auto przyprowadził Rafał. Pożegnaliśmy się, Tadzio z atencją zapakował Omcię do samochodu, a ja zajęłam się skomplikowanym manewrem wyprowadzania auta z ciasnego dziedzińczyka.

W pewnej chwili złapałam spojrzenie Rafała. Patrzył za mną!

Tadzio też patrzył.

Lula

Mała sensacyjka w domu. W telewizji ukazała się wiadomość o krakowskim profesorze, któremu zarzucono przyjmowanie łapówek i inne takie niesympatyczne rzeczy. Wprawdzie operowano tylko imieniem i pierwszą literą nazwiska, Antoni H., ale Ewa natychmiast rozpoznała swojego profesora, przez którego miała tyle przykrości i musiała opuścić Kraków. Bardzo się wiadomością podnieciła, zwłaszcza że Antoniego H. zawieszono z miejsca w pracy na uczelni. Komentator mówił, że dowody przeciwko niemu są absolutnie nie do zbicia, studenci zaczęli zeznawać, tak że wyleci na pewno, jest to tylko kwestia czasu.

No to co, że kwestia czasu? Czy Ewa myśli, że zaproponują jej powrót? A nawet jeśli? Zostawiłaby tak Rotmistrzówkę i wszystko? A wtedy co z Wiktorem? Co z Jagódką i jej alergiami, które tak bujnie zakwitały w krakowskim powietrzu?

Wczoraj dzieci poszły do szkoły i oboje zgodnie uznali, że jest w porzo.

W porzo!!!

W domu też jest w porzo. Nerwową atmosferę wprowadza tylko Ewa. No i czyhający gdzieś pod skrzydłem, czy raczej pod liściem Łopucha Emilkowy gangster. Przytaił się i siedzi. Emilkę to denerwuje, ale nie ma się co dziwić.

Nasi goście powoli zmieniają się w domowników. Malwina i Rupert regularnie znikają, niezależnie od pogody (na ogół zresztą jest ładnie). Do Kiryska nareszcie dotarło, z kim mieszka, więc wbił pazury w baronową i nie popuszcza. Baronowa ucieka mu jak może, bo rzeczywiście, jest dosyć męczący. Na szczęście robi przerwy w odpytywaniu jej, kiedy kończy mu się pojemność taśmy w dyktafonie. On wtedy pędzi na górę, żeby to wszystko przenieść do komputera, a ona oddycha z ulgą i albo jedzie gdzieś z Emilką (były już w Książu, na zamku Czocha i w Szklarskiej Porębie), albo zajmuje się plotkowaniem z babcią Stasią.

Albowiem nasza kochana babcia przestała się boczyć na panią Mariannę, doceniła, że obie są zbliżone wiekiem i dogadały się staruszki, aż miło. Jak się zdaje, ich ulubionym zajęciem jest omawianie naszych spraw sercowych. Nie wiem, czy domyśliły się, jaki jest mój stosunek do Wiktora, mam nadzieję, że nie, natomiast przyłapałam je kiedyś na zastanawianiu się, czy też Emilka aby ma świadomość, jak przystojny i sympatyczny jest ten młody lekarz-nie-lekarz, ten Rafał, którego tu kiedyś przywiózł jej stary znajomy.

Nie wiem, czy Emilka byłaby zadowolona…

Swoją drogą, ten Rafał na mnie też zrobił niezłe wrażenie, tylko dlaczego nie praktykuje, skoro jest lekarzem i to już z pierwszym stopniem specjalizacji?

Babcie też się nad tym głęboko zastanawiały. Nasza sugerowała nawet, że kogoś zabił w ramach błędu zawodowego i stracił prawo uprawiania profesji. Marianna uważała, że nie. Że raczej przeżył jakąś osobistą tragedię związaną z medycyną i to go skłoniło do porzucenia praktyki. Ona twierdzi, że ma oko do ludzi, a wnioski wyciągnęła z tego, że Rafał się zamyśla.

Ja też się zamyślam.

Wczoraj spaliłam całą blachę bułeczek.

Trochę mnie nudzą te bułeczki.

Umówiłam się na rozmowę w tutejszym muzeum regionalnym, w Karpaczu. Nie jest wykluczone, że będę mogła u nich popracować.

Olga podsyła do nas cały miniobóz młodzieżowy, przyjadą za trzy dni i pomieszkają do końca września. Mają zamiar korzystać z jazdy konnej, a ona sama będzie im organizowała wspinaczki skałkowe. Trochę się przeraziłam, kiedy usłyszałam słowo „obóz”, ale okazało się, że to raptem sześcioro studentów pierwszoroczniaków. Przyjeżdżają w Karkonosze co roku, ona się nimi opiekuje z mniejszego lub większego doskoku.

To trochę tak, jak my kiedyś.

Tylko że my byliśmy dosyć biedni, a to są bez wyjątku dzieci bardzo zamożnych rodziców. Olga kazała nam bez skrupułów zedrzeć z nich najwyższe stawki. Do tej pory przez kilka lat z rzędu mieszkały w luksusowym pensjonacie w Karpaczu, teraz rodzice postanowili trochę przyoszczędzić. Ale bez przesady z tą oszczędnością – powiedziała nam Olga. My i hotel Paradise to niebo i ziemia.

Pierwszy raz będziemy mieć tak zwane pełne obłożenie i odrobinkę się tego boimy. To znaczy ja się boję, bo wszyscy pozostali mi tłumaczą, że damy radę spoko.

Spoko.

Spoko, w porzo i nara. Tak się teraz mówi.

Mój Boże…

Jutro wybiera się do nas Krzysio Przybysz, z wizytą kurtuazyjną do baronowej.

Emilka

Coś podobnego! Dziadek – nie, pradziadek Krzyśka naprawdę miał na imię Józef i pracował u naszej babronowej! Jako gajowy. Genetyka to potęga. Po mieczu im to szło, no i Krzysio geny przyrodnicze odziedziczył.

Zaprezentował się Omci bardzo godnie, przyszedł w pełnej gali mundurowej i w towarzystwie Joasi (drobne dzieci zostawił w domu i Omcia była niepocieszona – nie rozumiem, jak można się fascynować drobnymi dziećmi, nawet jeśli są to praprawnuki naszego gajowego).

Na widok Joasi poczułam jakby leciutkie kąśnięcie sumienia, nie powinnam odciągać Krzysia od niej i od tych drobnych dzieci, nawet jeśli chodzi o niewinne zwiedzanie okolicy terenowym samochodem służbowym… Ona jest jakaś taka… bezbronna. Inna rzecz, że nie musiałam tego jej cud piękności leśnika specjalnie ciągnąć, sam lazł. Joasia chyba nie ma pojęcia o tym, że on miałby ochotę uczynić drobny skok w bok. Bo miałby, nie czarujmy się. A ona patrzy w niego jak w tęczę.

No, dobrze.

NIE BĘDĘ WIĘCEJ PODRYWAĆ LEŚNIKA.

To znaczy, ja go tak naprawdę nie podrywałam…

E tam. Spuśćmy zasłonę milczenia nad tą podejrzaną sprawą.

Zwłaszcza, że podejrzanych spraw mamy chyba więcej, jeśli chodzi o leśniczego Przybysza Krzysztofa. Starsza pani coś bardzo wnikliwie wypytywała o tego pradziadka Józefa, ale pradziadka Krzysio w ogóle nie znał, czego ona jakoś nie chciała przyjąć do wiadomości – upływ czasu umknął jej uwadze, czy co? Ale Krzysio się zaparł i twardo stał przy swoim: pradziadek umarł we wczesnych latach pięćdziesiątych, czyli mniej więcej dwadzieścia lat przed przyjściem na świat prawnuka, obecnego leśniczego.

Babronowa była dosyć niezadowolona.

– Ale dżadka swojego chyba znałesz, chłopcze? – Spuściła wreszcie ze swoich wymagań jedno pokolenie.

– Dziadka znałem, niestety, niedługo – odparł spokojnie indagowany. – Odszedł od nas, kiedy miałem siedem albo osiem lat. Babcia go przeżyła o dobre dziesięć lat, ale też już dawno jej nie ma.

– Oni, twoi dżadkowie, mieszkali tyż tutaj?

– Tutaj, to znaczy w Marysinie? Jakiś czas tak, dziadek mieszkał chyba ze swoimi rodzicami, ale znalazł sobie pannę po drugiej stronie gór, to znaczy już w Izerach, w Świeradowie Zdroju. I tam się przeniósł do leśniczówki koło Czerniawy. Potem mój ojciec pracował w dyrekcji Parku Narodowego, a ja, kiedy skończyłem studia, objąłem tę starą leśniczówkę mojego dziadka. Ona cały czas należała do Lasów Państwowych…

Babronowa mało obchodziły Lasy Państwowe.

– A powiedz mi, mój Kristof, ja czę przepraszam, że tak czy mówię po imieniu… ale jak ty jestesz prawnuczek naszego Josefa, to ja ni mogę inaczej…

– Ależ bardzo proszę, mnie jest bardzo miło.

– No to jak tobie jest miło, to mnie też. Ty słuchaj mnie, a u czebie w domu szę wspominało tamte czasy w Mariendorf?

Krzysio się zamyślił. Czekaliśmy cierpliwie na wyniki jego pracy myślowej.

– Chyba tak – powiedział wreszcie niepewnie. – Ale wie pani, jak to jest z dzieciakami. Ja rzadko słuchałem, co mówili dorośli.