– Bardzo nedobrze – skarciła go babronowa. – Czeba sluchacz, co starszi mówią.
– Masz coś konkretnego na myśli, Marianno? – Babcia Stasia pomału zaczynała chwytać, że coś tu jest na rzeczy i bolało ją, że nie wie, co.
– Nie, nyc konkretnego, tak tylko bym chczala posluchacz o moim starym Mariendorf. – Babronowa wycofywała się rakiem, ale babci nagle zaświtało.
– Nie kręć – powiedziała surowo. – Ja chyba wiem, o co ci chodzi. O tę skrytkę w murze? Na strychu?
Babronowa znieruchomiała, my też.
– Skrytkę? – zapytała niepewnie.
– Przecież wiesz chyba najlepiej, że była skrytka. Przecież stamtąd jest twój pierścionek!
Babronowa podniosła na babcię chytre oczka.
– I co?
– I co, i co! I nic. Nie wiem, co tam było, pewnie twoje biżuty rodowe, ale myśmy ich nie znaleźli.
Babronowa sklęsła w sobie.
– Jak to ne? A pierczonek?
– Pierścionek wyleciał i leżał na podłodze, w kąciku. Marianno, ja cię proszę. Przestań kręcić. Kto tę skrytkę wymurował? Twój gajowy?
Krzysiek i jego żona zrobili wielkie oczy, bo do tej pory pojęcia nie mieli ani o skrytkach w naszym domu, ani o udziale pradziadka w ukrywaniu barońskich biżutów. Marianna wzruszyła ramionami.
– Mój gajowy nie. Skrytkę zrobił mój mąż. I rzeczywiszcze schował tam nasze klejnoty. Sama biżuteria. Niedużo, ale ładne sztuki. Ale jak ty mówisz, Stanyslawa, że ich tam ne bylo…
– Nie było, mówię przecież. Ktoś nas uprzedził.
– A nas, to kogo?
– Mojego męża. Nie chciało mu się wieczorem pracować, świeć Panie nad jego duszą, a rano już skrytka była pusta. Ktoś nam podprowadził zawartość.
– Podproważyl?…
– No rąbnął sprzed nosa. Zabrał. Nie pytaj mnie kto, bo nie wiem.
– Babciu – wtrącił Wiktor, również obecny w salonie. – Mówiłaś nam, że panu Rotmistrzowi pomagali jacyś ludzie. A tego pradziadka Krzysia tam nie było przypadkiem?
– Nie wiem, dziecko, może i był, ale ja ich nie znałam po nazwisku, tych Kazimierza pomocników.
W tym momencie przypomniał mi się dzień, kiedy po raz pierwszy dokonywałyśmy z Lulą zakupów w miejscowym sklepie i kiedy przyjechał tam, prosto z drogi Krzyś. On nam się przedstawił i wtedy obecne w sklepie Trzy Gracje, czy może tylko jedna z nich… a może dwie… zareagowały dziwnie na jego nazwisko. Jedna, chyba jedna to była i chyba Ani sołtyski matka, stara Jachimiukowa! Coś tu jest na rzeczy i ja się dowiem, co.
Babronowa tymczasem pękła do reszty.
– Ja wam powiem – zaczęła i natychmiast podniosła nam wszystkim ciśnienie. – Ja wam powiem, bo wy jesteszcze utszywe ludże…
Dopóki myślała, że babcia gdzieś melinuje zawartość skrytki, to kręciła jak pies ogonem!
– Kristof. Twój pradżadek pomagał mojemu mężu… mężowi, tak? Pomagał przi tej skrytce. Ją robicz. Już byl wtedy konec wojny, mne mąż wysłał do Tirol, ja wtedy byla w cząży z Ruperta stryjem. Mąż do mnie przijechal, a w domu na wszelki wypadek zrobili skrytkę. Josef nam prziszęgal, że w razie nebezpieczenstwa on ta biżuteria wyjmie i gdżesz schowa. Ja myszlę, że on wtedy ją wyczągnąl, co ty mówisz, Stanyslawa. A my już tu ne mogli wróczycz potem i wszystko, co tu było, to nam przepadło.
– A dlaczego nie zabrałaś tych precjozów ze sobą do rodziny? – spytała babcia Stasia karcąco. – To chyba nie była duża paczka.
– Mój mąż uważał, że to nebezpieczne było. Tak jeżdżyć z fortuną w walizkach. Mówil, że można życie straczycz. Ja ne wim, czy on mial rację, czy ne mial. Ja mu wierzylam, że on robi, co najlepsze jest. Wy wszystkie… wszyscy… na pewno ne słyszeli o mojej biżuterii?
Obecni popatrzyli na siebie podejrzliwie. Nikt się nie przyznał.
Widziałam, że babcia Stasia bardzo usilnie pracuje umysłowo. Może jej się coś kojarzyło? Zapytam ją przy okazji, na osobności.
Rozmowa chyliła się ku upadkowi. Temat biżutków się wyczerpał, a żaden inny nie wydawał się równie atrakcyjny. Przybyszowie pożegnali się niebawem i poszli sobie. Marianna poczuła, że jest starszą panią i udała się na spoczynek. Chciałam dopaść naszą babcię, ale ona też poszła do siebie, zapowiadając, że musi się przespać przed kolacją.
Zastanawiałam się, czy by jeszcze kogoś nie wtajemniczyć w moje przemyślenia, normalnie pogadałabym z Lulą, zwłaszcza, że ona była wtedy ze mną w sklepie, ale z Lulą ostatnio dogadać się nie można. Chyba przeżywa jakiś niezdrowy rozkwit uczuć wyższych. Poczekam, aż jej przejdzie.
Muszę dopaść Jachimiukową!
Ewa dostała pismo z uczelni.
Listonosz, taki specjalny, od priorytetów, przyniósł je, kiedy wyprawiwszy dzieci do szkoły, siedzieliśmy przy śniadaniu, więc natychmiast zażądaliśmy publicznego odczytania, spodziewając się ciekawych rzeczy.
Nie zawiedliśmy się.
Ewa otworzyła list, przeczytała i podniosła brwi bardzo wysoko. Poza tym wyraz jej twarzy się nie zmienił.
– Wiecie co – powiedziała swoim spokojnym głosem. – Oni już dawno wiedzieli, że Hruby jest świnia.
– Kto? – zapytaliśmy jednogłośnie.
– Dziekan. I rektor. Studenci już dawno rozrabiali, tylko władze uczelni miały nadzieję, że przyschnie. A ponieważ prasa i telewizja to rozgrzebały, więc już nie można było sprawy trzymać pod korcem.
– Pod czym? – zapytała indywidualnie baronowa. Wytłumaczyliśmy jej, co to znaczy pod korcem i o co chodzi w aferze z Ewą. Ewa tymczasem czytała pismo po raz kolejny, a jej twarz zmieniała kolor na przemian na amarant i kość słoniową.
– No mów, dżecko, o co chodży! – Baronowa złapała wątek i teraz pragnęła dalszego ciągu.
– Już mówię. Zdaje się, że moi koledzy też przemówili.
– Tam to jest napisane? – zdziwiła się babcia Stasia.
– Nie, ja czytam między wierszami. Teraz wszyscy na wydziale są szalenie odważni i wkopują Hrubego, aż gwiżdże. On nie tylko z mojej pracy zrzynał, z innych też.
Znowu zamilkła i kilka razy zmieniła kolor.
– No mów – pogonił ją Janek Pudełko, podczas kiedy Wiktor jakby nie interesował się całą sprawą, spoglądając w okno i jakby utrwalając sobie pod powiekami obraz późnoletniego ogrodu.
– Już mówię. Proponują mi objęcie katedry. Po Hrubym.
– Jak to, przecież nie masz habilitacji!
– Uznali, że moja habilitacja jest kwestią czasu. Niedługiego. I że należy mi się rekompensata za straty moralne.
Zapadła cisza, której nasi goście nie śmieli przerwać, bo widzieli, że coś tu się wydarzyło bardzo ważnego. Wiktor konsekwentnie oglądał ogród.
– I co im odpowiesz, Ewuniu?
Oczywiście, tylko Janek odważył się zadać Ewie to pytanie.
– Nie wiem.
Wiktor oderwał się z trudem od widoku za oknem.
– Chyba musimy to przemyśleć razem, nie uważasz?
– Nie wiem.
– Ile czasu dali ci na odpowiedź?
– Mogę zaczynać od października. Napisali, że katedra będzie na mnie czekać. Na razie i tak musieli mianować kogoś p.o.
– Chyba trochę się teraz ciebie boją, Ewuniu – zauważył Janek. – Masz na nich bata, w pewnym sensie.
– W pewnym sensie mam – rzekła drewnianym głosem Ewa i wyszła z salonu.
– Cokolwiek zrobicie – powiedziała babcia Stasia ostrożnie – miejcie na uwadze Jagódkę…
– Ja mam na uwadze Jagódkę – odrzekł Wiktor nienaturalnie cicho. – Jagódkę i siebie też. Wcale nie zamierzam się stąd ruszać.
I zupełnie wbrew temu, co powiedział, wstał z krzesła i też wyszedł, ale chyba nie poszedł za swoją żoną, bo po chwili zobaczyliśmy go przez okno, jak ze sztalugami w ręce idzie ogrodem.
W pierwszym odruchu chciałam za nim pobiec, ale coś mnie powstrzymało. Niewykluczone, że ostatki zdrowego rozsądku. Bo zaraz potem ten rozsądek mi się skończył i chyba powiedziałam coś głupiego, zanim też opuściłam towarzystwo. Ale nie poszłam za Wiktorem. Wzięłam z wieszaka torbę i pojechałam autobusem do Karpacza, porozmawiać w muzeum w sprawie rozpoczęcia terminu mojej pracy. Na początek mogę nawet jako wolontariuszka.
Owszem, mogę jako wolontariuszka do końca września. Od października dostanę jakieś marne grosze. Dobre i to. A najlepsze, że nie będę cały czas siedziała w Rotmistrzówce.
Ewa zafundowała nam sensację. Pan profesor, ta świnia, został odsunięty od pracy i jej zaproponowano objęcie po nim stanowiska. Ta wiadomość przerwała nam spożywanie spokojnego śniadanka złożonego z płodów ziemi, to znaczy z jajecznicy, miodu i twarożku w dużych ilościach.
Oczywiście, natychmiast chcieliśmy wiedzieć, czy przyjmie propozycję, która znowu przewróciłaby do góry nogami życie całej jej rodziny – ale powiedziała, że się zastanowi i wyszła. Na to Wiktor oznajmił, że się stąd nie ruszy i też wyszedł. Lula jakby chciała polecieć za nim, ale na szczęście zmieniła zamiar. Może dlatego, że Janek spojrzał na nią ostrzegawczo.
– No, no – mruknęła babcia Stasia. – Żeby nam tylko coś złego z tego nie wynikło…
– Ja wcale nie wiem, czy to by naprawdę było coś złego – wybuchła znienacka Lula, poderwała się jednak z miejsca i odmaszerowała sztywno. Babcia prychnęła coś pod nosem i złapała Janka za rękaw.
– Leć za nią, zanim zrobi jakieś głupstwo!
– Przepraszam, babciu, ale nie. Lula jest dorosła – powiedział cicho Janek. – Nie wiem, co mógłbym jej powiedzieć, zresztą nie wiem, co babcia ma na myśli, mówiąc… a zresztą… Przepraszam panie.
I wyszedł, prawie równie sztywno jak Lula.
Omcia patrzyła na babcię ze zdziwieniem i – moim zdaniem – niezdrowym podnieceniem.
– Stanyslawa, Emilia, ja proszę, powedzcze mi, o co tu chodży?
Babcia zamachała rękoma.
– Ach, wiesz, to takie skomplikowane. Lula kocha się w Wiktorze, Janek w Luli, Wiktor w Emilce…
– Babciu – uznałam za konieczne interweniować. – Wiktor się we mnie nie kocha, babcia ma skłonności do nadinterpretacji! Może miał na mnie oko na samym początku, ale teraz traktuje mnie jak siostrę! On chyba teraz nie ma w ogóle głowy do kobiet, bo dorwał się do swoich pędzli i przecież sama babcia widzi, że maluje bez opamiętania!