Выбрать главу

– No, może – babcia rezygnowała z części swojej koncepcji z wyraźnym żalem. – Ale nie powiesz mi, dziecko, że Lula się w nim nie durzy! Zawsze robiła do niego maślane oczy i teraz, jak tu wszyscy zamieszkaliście, co było szczęściem dla mnie starej i ratunkiem przed cholerną Sosnówką Górną, też za nim wzdycha!

– Babciu!

– No co babciu, babciu! Ja przecież nie mówię, że Wiktor powinien rzucić Ewę, zresztą ja ją bardzo lubię, no, może nie tak jak Lulę, ale przecież to wszystko i tak nie ma znaczenia, oni mają dziecko!

– Właśnie. Mają dziecko. I ja mam nadzieję, babciu, że Ewa właśnie ze względu na dziecko zdecyduje się z nami zostać. Jagódka tu się świetnie czuje. Wiktor też, kurczę blade! O Boże, muszę iść, nakarmić moje kury! Zapomniałam przed śniadaniem!

– A nie posprzątasz ze stołu? – sprowadziła mnie babcia na ziemię. – Coś mnie dzisiaj łupie w krzyżu, dziecko…

– Słuchaj mne, Stanyslawa – podjęła temat babronowa, podczas kiedy ja zbierałam talerze i półmiski na tacę. – Mlodży są zawsze wyrywczy… ne, porywczy. Czeba ich temperowacz. Gdyby ne ja, to mój Rupert by może wcale ne wyszedl na ludży. Ja czy powiem, co czeba robycz. Jeżeli wy mówicze, że Lula szę kocha w Wiktorze, a Janek w Luli, to czeba, żeby Lula pokochała Janka. A Ewa i Wiktor muszą sobie sami odpowiedżecz na pytanie, co dla ich familia jest najważnejsze!

Zamarłam nad miską niedojedzonego twarożku. Na zmartwionej twarzy babci pojawił się nagle szeroki uśmiech, a oczka jej błysnęły porozumiewawczo.

– Marianno, jesteś genialna. Tylko jak ja sobie poradzę, kiedy ty wyjedziesz? Mogę sama nie dać rady, bo to wszystko uparciuchy straszne…

– Ty szę ne martw, Stanyslawa, ja jeszcze tak szybko ne wyjadę, Malwina tu znalazła jakiesz nadzwyczajne robaki, Rupert bez niej do Oesterreich ne wróczy, ja to widzę. My tu jeszcze będżemy meszkacz i meszkacz. Chyba, że nas ne chcecze…

– A co ty mówisz, kochana, mieszkajcie jak najdłużej! Emilko, chyba lepiej idź do kuchni, bo starsze panie muszą sobie swobodnie porozmawiać.

– Babciu! Co wy macie zamiar zrobić?

– Jeszcze nie wiem. Ale sama widzisz, że Marianna ma rację, ta sytuacja u nas zupełnie nie do zniesienia, Lula jest wolna i Janek jest wolny, oboje zakochani na razie kompletnie bez sensu, a Wiktor musi coś zrobić, żeby utrzymać swoją rodzinę…

– Ależ ona mu się jeszcze wcale nie wali, ta rodzina!

– Tym bardziej. Chyba, że ty kochasz się w Janku…?

– Babciu!

– No właśnie. Więc pozwól, żeby dwie doświadczone osoby w spokoju zastanowiły się nad rozwiązaniem…

– Babciu! Wcale nie wiesz tak naprawdę, czy oni, to znaczy Lula i Janek…

– Co oni? – Babcia spojrzała na mnie filuternie zza okularów. – Chyba nie jesteś ślepa, moje dziecko!

– Babciu!

– Idź już do kur, kochana, jak jeszcze raz powtórzysz „babciu”, to mnie zemdli. No, pa.

Oddaliłam się w lekkim osłupieniu. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co się tu wydarzy, kiedy te dwie matuzalemki zabiorą się za urządzanie nam życia erotycznego oraz uczuciowego…

Ciekawe, swoją drogą, kogo przydzielą mnie. Bo chyba nie gangstera.

Lula

W muzeum mam rozwinąć dział historyczny. Proszę bardzo, mogę rozwijać. Zwłaszcza teraz, kiedy mam w zasięgu ręki baronową i Kiryska.

Trochę zaniedbałam przez to działalność kuchenną, więc mam wyrzuty sumienia wobec Emilki, na którą spadają dodatkowe obowiązki, ale musiałam chociaż na trochę wyrwać się z domu.

Janek prowadzi za mnie zajęcia z tymi studentami od Olgi, którzy przyjechali na obóz. Twierdzi, że radzą sobie z koniem, ale nie wykazują ani odrobiny entuzjazmu.

Ewa i Wiktor na razie nie poczynili żadnych rozstrzygnięć. Jagódce nic nie powiedzieli, chodzi więc dziewczynka do szkoły, niczego się nie domyśla i jest szczęśliwa. Jeżeli Ewa ją stąd zabierze…

Wiktor po pierwszym wstrząsie jakby przestał w ogóle myśleć o sprawie i uznał ją za zamkniętą. Jak zwykle pracuje razem z Jankiem w stajni i w wolnych chwilach maluje. Wygląda na to, że jako malarz będzie miał większe powodzenie niż w Krakowie, bo po kilku artykułach i po materiale w telewizji oraz dwóch audycjach radiowych, zaczęli tu zjeżdżać ludzie specjalnie po to, żeby obejrzeć naszą galerię. Nie jest ich specjalnie wielu, bo i sezon właściwie się skończył, ale są. A w Krakowie, zdaje się, było cienko. Na pewno dla mediów Wiktor jest atrakcyjniejszy jako malarz-outsider, ten, który uciekł na wieś, niż jako jeden z całego stada krakowskich plastyków, niemogących się dochrapać własnej wystawy. Udało mu się nawet sprzedać trzy prace jakiemuś nowobogackiemu, który urządza sobie dom na pokaz, a dwie inne zamówił Urząd Powiatowy.

Myślę i myślę – co to będzie, jeżeli Ewa zdecyduje się wracać do Krakowa. Czy Wiktor pojedzie z nią? A jeżeli nie, to czy Jagódka zostanie na wsi, która tak doskonale jej posłużyła?

A jeżeli Wiktor zostanie bez Ewy? To co…

Co będzie ze mną?

Zupełnie niespodziewanie zaproponował mi wczoraj przejażdżkę. Poszłam do niego na łąkę, popatrzeć, jak maluje – tym razem tę łąkę i chmury, oczywiście, w swoim własnym ujęciu, dosyć symbolicznie potraktowane – po kolorach, jakimi się posłużył, widać, jaką burzę ma w duszy – i wtedy nagle rzucił pędzel, i zaproponował, żebyśmy zrobili sobie taka małą jazdkę, jak za dawnych czasów. Były takie czasy, zanim Ewa się na niego zdecydowała, że braliśmy od Rotmistrza dwa konie, ja przeważnie Bobrycę, a on dużego karego Glogera, którego bardzo lubił – jechaliśmy we dwoje, gdzie nas oczy poniosły.

Dawno to było i, niestety, nic z tego nie wynikło.

Wzięliśmy tym razem Bibułę i Latawca i przez pół godziny galopowaliśmy po okolicznych drogach.

I znowu, niestety, nic z tego nie wynikło.

Ale chciał ze mną pojechać. To chyba jest coś.

Kiedy wróciliśmy do stajni, był w niej Janek, dosyć ponury, z dwiema studentkami, czyścili boksy. Reszta studenterii przygotowywała ognisko za stajnią. Ciekawe, dlaczego to dziewczyny czyściły boksy, podczas kiedy panowie studenci zabawiali się w małych piromanów?

Zaprosili nas na to ognisko. Nas, to znaczy instruktorów jazdy, Janka i mnie. Bo jednak ze dwie jazdy z nimi miałam, na samym początku.

Dowiedziałam się przy tym ognisku, dlaczego to panienki czyściły boksy, a nie ich koledzy. Podobno same się napraszały. Koniecznie chciały popracować z panem instruktorem.

Ciekawostka.

Było w sumie dosyć nudno. To znaczy wszyscy się świetnie bawili, pijąc piwo i śpiewając mniej lub bardziej głupkowate piosenki i zażerając się podejrzanymi kiełbaskami ze sklepu Rybickiej, pieczonymi na patykach – tylko ja się jakoś nie mogłam rozkręcić.

Janek zachowywał się jak król życia. Te panienki go oblazły, przytuliły się do niego z obu stron i karmiły go tą kiełbasą, słowo daję. Nawet śpiewał z nimi jakieś dziwne piosenki ogniskowe. W życiu takich nie słyszałam, pomijając już to, że w ogóle nie słyszałam, żeby Janek śpiewał.

Emilka

Miałam wczoraj straszne przeżycie i to w kościele.

Poszłam na plebanię, zwizytować kochane siostrzyczki w sprawie kolejnego placka, ale plebania świeciła pustkami, więc udałam się do kościoła z myślą, że pewnie sprzątają, albo co, bo nie była to pora żadnych nabożeństw. Lubię ten kościółek, jest mały, ale ładne freski w nim się zachowały, niektórzy twierdzą, że niejakiego Willmanna, który na Dolnym Śląsku był za kogoś w rodzaju tutejszego Michała Anioła. Lula uważa, że to nie żaden Willmann, ale też wartościowe. Mnie tam jest wszystko jedno, najważniejsze, że ładne. W ogóle małe kościółki wywołują u mnie coś w rodzaju nostalgii.

Siostrzyczek w środku nie było, nikogo innego też. A trochę miałam nadziei, że będą Gracje, bo muszę przecież z Jachimiukową pogadać na temat dziadka Przybysza. Siadłam sobie w ławce, zaczęłam wdychać zapach późnych lilii (ciekawe, u kogo jeszcze się utrzymały do tej pory!) i oddawać się tej nostalgii, kiedy nagle poczułam, że ktoś siada obok mnie.

Jezus Maria, Leszek!

Chciałam natychmiast wstać i wiać, ale przytrzymał mnie za łokieć.

– Siedź, kochanie, przecież nic złego ci nie zrobię – powiedział głosem przymilnym, a mnie dreszcz obleciał od tej przymilności, bo słychać było, że fałszywa jak te nasze Chełmońskie. – Chciałaś sobie przecież posiedzieć, prawda?

– Prawda – powiedziałam tak zimno, jak tylko potrafiłam. – Ale chciałam posiedzieć sama. Bez towarzystwa.

I jeszcze raz spróbowałam się ruszyć, a on mnie znowu przytrzymał.

– Zrób dla mnie wyjątek. Przecież byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Zapomniałaś?

– Daj sobie luz – prychnęłam. – Jakimi przyjaciółmi? A co ja o tobie wiedziałam?

– Dużo wiedziałaś. Na przykład jak wygląda moja blizna po wyrostku robaczkowym. Albo jakie noszę slipy. Albo jak całuję. Albo jak…

– Zamknij się. Jesteśmy w kościele. Doskonale wiesz, o czym mówię.

– No wiem, wiem, ale uwierz mi, Emilko moja kochana, że trzymałem cię w nieświadomości dlatego tylko, żebyś się niepotrzebnie nie denerwowała. W moim pojęciu kobieta jest istotą wyższego rzędu, ma być szczęśliwa i beztroska, zwłaszcza jeśli jest taka piękna jak ty…

– Odsuń się!

– Chwila. A rolą mężczyzny jest zapewnić jej ten spokój, tę beztroskę, żeby jej się zmarszczki pod oczami nie robiły…

– Odsuń się, bo narobię wrzasku!

– Już się odsuwam. Tylko powiedz mi, moja piękna, czy naprawdę ani odrobiny nie tęskniłaś za mną? Rozumiem, że w pierwszej chwili mogłaś być w szoku, ale później? Nie było ci mnie brak? Tak łatwo zapomniałaś o naszych wszystkich nocach i dniach? Czy może znalazłaś sobie kogoś, kto cię pieprzył tak dobrze jak ja?

– Spadaj natychmiast, gnojku!

Ku mojemu zdziwieniu, podniósł się z miejsca. Ale nie odchodził.

– Rozumiem. Nie wrzeszcz. Kobieta bywa zmienna. Ja się nie przywiązuję tak łatwo, więc i ciebie odżałuję. Tylko wiesz, jest jeden problem.

Wiedziałam. Wiedziałam!

– Sprzedałaś samochód? Bo masz jakąś paskudną astrę dla ubogich…

– A ty skąd tak wszystko o mnie wiesz? – zapytałam dla zyskania na czasie, z nadzieją, że wymyślę jakąś inteligentną odpowiedź.