Выбрать главу

Kiedy ją miało interesować? W przedszkolu, czy w pierwszej klasie? Poza tym nie było tam Kajtka…

– Bo tam nie było Kajtka, mamusiu, to ja nie wiedziałam… I jeszcze sobie pomyślałam, że jakbym się nauczyła takiej walki obronnej, to mogłabym obronić ciocię Emilkę przed jej gangsterem…

Emilka niewątpliwie by się ucieszyła. Ciekawe swoją drogą, czy jest jeszcze w Marysinie ktoś, kto nie słyszał o jej osobistym gangsterze.

– A skąd ty wiesz o gangsterze? – Głos Ewy zabrzmiał chłodno. Ona chyba nie przepada za Emilką.

Wiedziałam, jaka będzie odpowiedź.

– Kajtek mi powiedział. W tajemnicy. Tylko ty, mamusiu, nikomu nie mów.

– Dobrze, kochanie. Nie powiem, ale ty się w zamian zastanów nad jedną rzeczą…

Tu Ewa zamilkła, zapewne układając sobie w myślach przemowę. Jagódka odezwała się pierwsza, raczej niepewnie.

– Ale nie wrócimy do Krakowa, mamusiu?…

To chyba Ewę zagniewało, usłyszałam w jej głosie nutę irytacji.

– Skąd wiesz… Dlaczego myślisz, że o tym chcę z tobą mówić?

– Bo Kajtek mówił…

– Jagódko! Nie denerwuj mnie! Skąd Kajtek może wiedzieć, czy ja chcę wracać do Krakowa czy nie! To znaczy, czy my wszyscy chcemy…

– My nie chcemy, mamusiu. Tato i ja.

– Kajtek ci to powiedział?!

– O tatusiu Kajtek. I mnie pytał, czy ja bym chciała wrócić do Krakowa, ale ja nie chcę.

– Dlaczego?

– Bo nie.

– To nie jest odpowiedź, kochanie. Bo nie. Proszę, podaj mi jakiś racjonalny… rozsądny powód. Dlaczego uważasz, że tu jest lepiej niż w Krakowie.

– Bo jest lepiej.

Cholera. Doigrała się kochająca mamusia. Jagódkę znowu zatkało i zaczęła szeptać! Tylko wcale nie jestem pewna, czy to właśnie nie podobało się Ewie bardziej. Według niej prawdopodobnie dziecko ma być ciche i bezwonne.

Może jestem niesprawiedliwa.

– Jagódko, kochanie. Porozmawiajmy.

Milczenie.

– Wiesz, jak to jest, kiedy ktoś cię niesłusznie posądzi o coś, czego nie zrobiłaś, prawda?

Milczenie.

– Wiesz, jak to jest okropnie nieprzyjemnie… a jeśli jeszcze na dodatek ktoś cię ukarze za coś, czego nie zrobiłaś… rozumiesz, że bardzo, ale to bardzo chciałabyś wtedy udowodnić wszystkim, że się mylili, że nie mieli rację, że jesteś w porządku, prawda?

Milczenie.

– Ja wiem, że to rozumiesz. Wiesz, że mamusia pracowała w Krakowie na uczelni i straciła tę pracę właśnie dlatego, że ktoś jej zrobił krzywdę. Dlatego właśnie przyjechaliśmy tutaj, prawda?

Miałam wrażenie, że nie tylko dlatego, ale nie zabierałam głosu, przytajona za moim winoroślowym trejażem. Jagódka też nic Ewie nie odpowiedziała. Kochająca mateczka zmuszona była kontynuować występ solowy.

– Teraz okazało się, że to nie ja byłam nie w porządku, tylko zupełnie ktoś inny…

– No, ja wiem – zaszemrała Jagódka. – To był twój profesor. Ale teraz jego wyrzucili z uczelni i ty możesz wrócić do swojej pracy…

Ewę za krzakiem jakby zamurowało, ale dość szybko odzyskała głos i wybuchła:

– A skąd ty to wiesz, dziecko? Przecież starałam się, żebyś nie miała styczności z tymi brudami! To są sprawy dorosłych! Ojciec ci wszystko powiedział?

Naiwna.

– Nie, Kajtek…

Nie słuchałam już, co będzie dalej, bo nagle wystraszyłam się, że Ewa poleci szukać Kajtka i przy okazji wykryje mnie z uchem przyklejonym do trejażu. Uciekłam metodą szybkich i bezszelestnych kroczków. Mam nadzieję, że nikt mnie przy tym skradaniu się nie zobaczył.

Muszę porozmawiać z Wiktorem!

Emilka

Ale numer! Ewa dała się poznać jako prawdziwa tygrysica.

Wróciliśmy z takiej małej, ale przyjemnej jazdki z dwiema najzdolniejszymi do koni studentkami (niech pęknę, jeśli obie nie zakochały się śmiertelnie w Pudełku, w każdym razie usilnie robią takie wrażenie, a Janek na to jak na lato) – to znaczy one jechały sobie dostojnie na Myszce i Loli, Janek na Bibułce, która miała tego dnia jakieś muchy w nosie, no i ja na moim kochanym Latawcu. Cóż to za sympatyczny koń! Od razu wiedziałam. Zrównoważony i odpowiedzialny, ale lubi sobie pohasać, jak mu się pozwoli. Czasem mu pozwalam, bardzo jest wtedy zadowolony z życia i rozkwita dosłownie na oczach.

Zaraz, to nie miało być o koniach.

Zdążyliśmy wprowadzić konie do stajni i właśnie braliśmy się zespołowo za ich rozsiodływanie, kiedy wleciała do nas Ewa jak furia, ale taka zimna furia, widać było, że się w środku gotuje, a na zewnątrz tylko jej szczęki latały.

– Jasiu! – zakomenderowała strasznym głosem. – Musimy porozmawiać. Natychmiast. Panie tu sobie poradzą z tymi końmi. Proszę cię, chodź ze mną!

Studentki, bardzo zawiedzione, coś tam zaczęły marudzić, że bez pana Janka to one nie chcą, ale Ewa tylko na nie spojrzała i zamknęły się obie natychmiast. Mnie potraktowała jak powietrze, chwyciła Janka żelaznym uściskiem za ramię i wywlokła ze stajni.

– Ona go chce zgwałcić – syknęła konspiracyjnie studentka Asia.

– Raczej zabić – poprawiła ją studentka Patrycja zwana przez Jagódkę Partycją. – Widziałaś, co ona miała w oczach? Emilka, o co jej chodzi?

– Pojęcia nie mam. – Byłam prawdomówna. Gdyby dopadła tak Wiktora, owszem, miałabym kilka koncepcji, ale Wiktor znowu gdzieś za stodołą oddawał się twórczości. Widziałam go rano. Minę miał prawie tak wściekłą jak pani małżonka i chlastał farbami gdzie popadnie.

W tym momencie zobaczyłam Lulę. Szła przez podwórko i wyglądało na to, że jest jej wszystko jedno, dokąd dojdzie. Wychyliłam się przez stajenne drzwi i zawołałam na nią. Spojrzała na mnie mało przytomnym wzrokiem.

– No chodź – ponagliłam ją. – Pomożesz nam przy Bibule, Janek poszedł i zostawił ją odłogiem. Chodź, dawno konia nie wąchałaś.

Lula ostatnio gdzieś się włóczy zamiast jeździć. Chyba momentami ma nas dosyć.

Jak można mieć nas dosyć?

Przyszła do tej stajni i zdjęła siodło z Bibułki, wciąż z tym nieprzytomnym wyrazem twarzy.

– Słuchaj, Lula – zagadnęłam ją po chwili. – Wpadła tu przed chwilą Ewa i wywlokła Janka, wściekła strasznie, chciała z nim rozmawiać teraz, już, natychmiast. Nie wiesz, co ona do niego ma?

Lula znieruchomiała z końskim ogłowiem w ręce. Spojrzała na mnie i na obie studentki, którym natychmiast uszy się wydłużyły.

– Czy nasz kochany pan instruktor jest w niebezpieczeństwie? – zapytała Patrycja, od niechcenia klepiąc Myszkę szczotką po zadku. Myszą tego nie lubi, więc się odmachnęła ogonem.

– Nie rób jej tak – warknęła Lula. – Bo ja cię trzepnę szczotą po tyłku. O Boże, przepraszam.

– Nic nie szkodzi – zaświergoliła Patrycja. – To ja przepraszam. Sorki, Myszunia, więcej nie będę. Chcesz jabcio?

Mysza zawsze chce jabcio. Albo chlebek. Albo marchew. Albo cokolwiek do jedzenia. Dostała duży ogryzek.

– Ja bym coś radziła – wtrąciła się do rozmowy Asia. – Pani Ewa wyglądała dosyć… niebezpiecznie. My sobie tu we dwie poradzimy, zresztą zawołamy naszych chłopaków, to nam pomogą, a panie instruktorki niech lecą z odsiecą. Leczą z odsieczą. No, lecą na ratunek.

Spojrzałyśmy z Lulą po sobie.

– A nawet jeśli nie na pomoc – dodała przytomnie Patrycja – to przynajmniej dowiecie się, o co chodzi. I nam powiecie, bo my byśmy nie chciały, żeby nam ktoś uszkodził naszego kochanego pana Janka…

Lula zacisnęła wargi. Ale ja już uznałam, że Bóg przemawia przez usta dziecka. To znaczy studentek. Zostawiłam uprząż Latawca na murku i wzięłam Lulę za łokieć, bo było widać, że sama raczej się nie ruszy.

– Chodź, Lula, one mają rację, ja chcę wiedzieć, co Ewa ma do Janka.

Wyszłyśmy ze stajni przy akompaniamencie pisków studentki Asi, której Latawiec próbował obgryźć warkocz. Ona ma prawie takie same piękne włosy jak Lula, ale w odróżnieniu od niej wie, co z nimi zrobić. Tylko na jazdę zaplata słowiański warkocz, a przeważnie paraduje w obłoku płowych loków.

– Słuchaj – powiedziała Lula półgębkiem, kiedy tylko zniknęłyśmy studentkom z oczu. – Ja chyba wiem, co ona ma do Jasia. I nie mam pewności, czy aby powinnyśmy się wtrącać.

– Skąd wiesz?

– Podsłuchałam.

– Co zrobiłaś?!

Ludzie kochane, świat się kończy, Lula podsłuchuje! Moja szlachetna Lula!

– Przypadkiem, oczywiście – dodała. Oczywiście.

– Ale mów, kobieto, CO podsłuchałaś.

Pokrótce opowiedziała mi, jak to Ewa zamierzała przeprowadzić ze swoją córeczką małą rozmówkę indoktrynacyjną, która miała się zakończyć stworzeniem wspólnego damskiego frontu rodzinnego przeciw Wiktorowi. Niestety. Jagódka nie tylko nie dała się wciągnąć w konszachty, ale ujawniła daleko idące poinformowanie w sprawach zawodowych matki. Które to sprawy matka chciała utrzymać przed nią w tajemnicy, zapewne uważając, że ośmioletnie dziecko nie ma jeszcze dostatecznie rozwiniętego mózgu, żeby zrozumieć, kto komu robi świństwo. Okazało się jednak, że kolega Kajetan Pudełko wszystko wiedział i Jagódce, swojej małej przyjaciółce, wyklepał. Na dodatek mała wszystko zrozumiała. Na drugi dodatek nie uważała chyba, żeby to było najważniejsze na świecie. Ho, ho. To Kajetan ma przerąbane, a jego tata Jan Pudełko raczej też. Bo przecież to Pudełko syna wychował na podsłuchiwacza, podglądacza, wtrącalskiego i paplę.

Echo wykładowego głosu Ewy niosło się całkiem nieźle i dochodząc do ganku, na który zawlokła biednego Jasia, wiedziałyśmy już, że mamy rację. Siedzieli tam oboje na wiklinowych fotelikach, a ona się na niego darła.

Zamknęła się, kiedy podeszłyśmy do balustradki, ale nie z naszego powodu, tylko po to, żeby Jasio miał możliwość udzielenia jej odpowiedzi na wszystkie zarzuty, jakie wobec niego wysunęła. Ona sama była już zanadto wściekła, żeby jej przeszkadzała nasza obecność. Jasio dostrzegł nas i miłym gestem zaprosił na ganek.

– Chodźcie, dziewczyny – rzekł pogodnie, ale chyba nie do końca, bo usta mu się jakoś tak zaciskały, nietypowo jak dla niego. – Ewa ma do mnie mnóstwo pretensji…

– I mam nadzieję, że wytłumaczysz mi, jak to się stało, że twój syn wie wszystko o nas, dorosłych, wszystko, czego wiedzieć wcale nie musi! I jeszcze uznaje za stosowne omawiać to z moją córką! Ona ma osiem lat, przypominam ci!