Выбрать главу

– Doszliśmy, ale to coś to była awantura. On dostał małpiego rozumu na tle wsi, na pieniądzach mu już w ogóle nie zależy, przecież nie możemy żyć z jego obrazów, bo nie będziemy mieli na chleb!

– Ale macie jeszcze jakieś oszczędności?

– Mamy, ale przecież nie na całe życie.

– A nie brałaś pod uwagę takiego wariantu – zapytałam bardzo ostrożnie – że pracujesz w Krakowie, a wszystkie wolne dnie spędzasz tu?

Natychmiast pożałowałam pytania, bo przecież ona powinna się natychmiast domyślić, o co mi naprawdę chodzi: żeby zostawiła Wiktora i dziecko i pojechała sobie, robić karierę! Wyglądało jednak na to, że się nie domyśliła.

– No i jak to sobie wyobrażasz? Czy bylibyśmy jeszcze wtedy rodziną?

– A jaką rodziną będziecie w Krakowie, gdzie ty będziesz w swoim żywiole, a Wiktor i Jagódka stracą to, co im tak dobrze robi?

No i tak jeszcze międliłyśmy temat z pół godziny i nie doszłyśmy do żadnych konstruktywnych wniosków.

Że też ona nie może zrozumieć: ona ma wyjechać, a Wiktor ma zostać!

Emilka

Leszek znów zatacza koło mnie podejrzane kręgi. Pojawił się w naszej galerii i objawił chęć zakupienia obrazów Wiktora. Mieliśmy strasznie wymieszane uczucia, bo z jednej strony gangusia należy bezwzględnie pogonić, z drugiej – Wiktorowi potrzebna jest forsa i potrzebne jest potwierdzenie własnego ja. A kto w końcu ma pieniądze na sztukę w tym kraju? Biznesmeni albo gangsterzy. Ostatecznie nie pogoniliśmy go, babcia tylko postawiła warunek – gotówka na stół.

– Dobrze – powiedział. – Zapłacę gotówką za te trzy pejzaże, te zielono-błękitne, tyle ile pan chce. Tylko jest jeden warunek – moja przyjaciółka Emilka jest mi winna sporą kwotę – jak tylko się ze mną rozliczy, zapłacę panu i jeszcze dokupię sobie ze dwie abstrakcje…

Ależ bezczelny typek! Dobrze, że wyszłam godnie do moich kur i nie było mnie przy tym, kiedy objawił prawdziwe oblicze, bo chyba bym mu oczy wydrapała. Babcia była, Janek i Wiktor, to znaczy Janek doszedł, jak tylko zobaczył, kto wchodzi do domu. W obecności dwóch facetów Lesław pewnie nie chciał robić awantur. Zapuścił tylko taki próbny balonik, żeby nas zdenerwować. Podobno chłopcy powiedzieli mu do słuchu, ale babcia nie chciała mi powtórzyć, udając, że nie zapamiętała, a oni obaj powiedzieli, że się wstydzą.

Coś mnie ciągnie do Książa. Tak sobie, w celach rozrywkowych. No i tam nie ma Leszka, przynajmniej dotąd.

Lula

Dzisiaj ostatecznie wyszłam na idiotkę. Nie wiem, czy to nie przyspieszy decyzji Wiktora…

Od jakiegoś czasu wyglądało na to, że Ewa podjęła już decyzję, przynajmniej w sprawie swojej pracy, o ile nie w sprawie całej rodziny. Trzy dni temu powiedziała nam przy kolacji, że ma zamiar pojechać do Krakowa, zorientować się, jak się sprawy mają. Niezobowiązująco – tak to określiła. Ale widać było, że chętnie zamieni pieczenie bułeczek i sprzątanie Rotmistrzówki na swoje dawne życie. Od natychmiastowej decyzji powstrzymuje ją zapewne wzgląd na Jagódkę. Biedna mała, żyje teraz pod straszną presją, bo prawdopodobnie doskonale wie, że matka chce wyjechać. A ona nie chce i ojciec też nie chce…

Wczoraj bladym świtem wzięła samochód Wiktora, bo lepszy od jej cinquecenta i pojechała. Nie było jej cały dzień, a wieczorem zakomunikowała nam swoją decyzję – niezależnie od tego, co postanowi Wiktor, ona zamierza spróbować – zacznie zajęcia, zorientuje się, co i jak, a potem ewentualnie zabierze do Krakowa Jagódkę. Dzisiaj pierwszy raz w historii świata Wiktor wstał wcześniej od Janka i sam poszedł do stajni robić poranny obrządek. Jagódka i Kajtek przy śniadaniu prawie słowem się nie odezwali. W ogóle atmosfera była zwarzona, nawet Marianna nie miała ochoty do żartów, zwłaszcza że Malwina i Rupert też zapowiedzieli wyjazd do Warszawy za kilka dni – Malwina musi się zorientować co do swoich powinności na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie będzie wykładać jakąś wysoko wyspecjalizowaną biologię i biedna Marianna nie wie, jak postąpi jej ukochany wnuczek, czy przypadkiem nie zechce też się zaczepić gdzieś w Polsce, żeby zostać blisko ukochanej – a wtedy ona będzie musiała sama wrócić do swojego Tyrolu… Prawie nie ruszyła śniadaniowych frykasów, skubnęła tylko jakąś bułeczkę i poszła, mocno utykając, pod ulubiony jawor, czy raczej pod ulubioną jabłonkę. Zainstalowaliśmy tam dla niej na stałe wygodną ławkę, żeby mogła sobie patrzeć, jak dojrzewają czerwone jabłuszka, ale nie wiem, czy jabłuszka były jej w głowie.

Emilka uznała, że w takim ponurym domu nie sposób wytrzymać i pojechała do Książa. Rzekomo aby obejrzeć tamtejszą porcelanę, bo przydałaby nam się jedna elegancka zastawa do podwieczorków, nikt na poziomie nie pije herbaty w porcelicie…

Dopóki na horyzoncie nie pojawił się interesujący neurolog, jakoś jej ten nasz porcelit nie przeszkadzał w piciu herbaty.

Janek, jak zwykle ostatnio, obwieszony z obu stron dwiema irytującymi studentkami, urządził obozowiczom pierwszą lekcję skoków – na razie właściwie przechodzenia ponad leżącymi na ziemi drągami. Nie chciało mi się na to patrzeć, a tym bardziej słuchać tych wszystkich pisków i nie przyjęłam propozycji Janka, żeby zrobić im pokaz prawdziwych skoków. Ponieważ w domu było wszystko zrobione, poszłam do mojego muzeum i zagłębiłam się w inwentaryzacji, która też, nawiasem mówiąc, jakoś mi nie szła. Popracowałam dwie godziny z marnym skutkiem i coś mnie z tego muzeum wypchnęło. Autobus do Jeleniej Góry sam mi się napatoczył, więc wsiadłam i pojechałam. Po drodze sprecyzował mi się zamiar wypicia kawy na rynku; są tam takie sympatyczne ogródki pod arkadami.

Na rynku hasała gromada dziwnych ludzi na szczudłach, owiniętych kolorowymi płachtami. No tak, Wrzesień Jeleniogórski. Teatry uliczne, trubadurzy, rybałci, linoskoczkowie i inne tałatajstwo. Z kilku scen ustawionych wokół ratusza dobiegały głośne i nieskoordynowane dźwięki rozmaitych prób – dwie zwalczające się perkusje robiły co mogły, ktoś produkował straszne jęki na skrzypcach.

Normalnie byłabym zachwycona, bo uwielbiam atmosferę takich festynów, kocham zwłaszcza teatry uliczne, omal sama jednego nie założyłam swojego czasu, bo strasznie chciałam pokazać rzecz o Everymanie na środku Szczecina, ale tym razem nie byłam w nastroju do figli. Skoro jednak postanowiłam wypić kawę…

Pomyślałam, że dobrze. Wypiję szybko i wrócę do Rotmistrzówki, gdzie już będzie pora szykowania obiadu. Ale nie będę się katować tymi rykami na dworze, wejdę do jakiegoś środka.

Najbliższy środek tematycznie stosowny to było Pożegnanie z Afryką. Chyba są tam ze dwa stoliki i może mniej tam słychać te próby.

Stoliki owszem, były. Przy jednym z nich siedział ponury jak nieszczęście Wiktor. Chciałam się szybko wycofać, bo coś mi mówiło, że nie jest najlepszym pomysłem na dziś rozmowa z Wiktorem, ale już mnie zobaczył i nawet jakby się uśmiechnął.

– Lula, jak to miło – powiedział tak smętnie, jakby mu wcale nie było miło. – Co tu robisz? Myślałem, że dłubiesz coś w swoim muzeum. Jaką kawę ci zamówić?

– Jakąś dobrą. Może być z czekoladowym zapachem. Albo nie, czekaj, niech będzie raczej waniliowy.

– Ciasteczko?

– Może być ciasteczko.

Usiadłam przy dwuosobowym stoliku i poczekałam, aż upora się z zamówieniem. Panienka zza lady zabrała się do zaparzania pachnącej na kilometr kawy, a on przyniósł mi to ciasteczko. Z orzechami.

– No więc powiedz, co tu robisz?

– Przyjechałam tak sobie, napić się kawy. Coś mi nie szło w muzeum. A ty? Tobie też nie szło?

– Ja miałem bizneslunch.

– Bizneslunch w sklepie z kawą?

– Nie, w knajpie. Ale spławiłem moją kontrahentkę i zachciało mi się kawy.

– Jaką kontrahentkę?

– Tę od wychodków.

Matko Boska! Postanowił wrócić do projektowania reklam!

– Wracasz do reklamy?

– Do pewnego stopnia. Wiesz, Lula, ona cały czas miała nadzieję, że do niej wrócę, mam na myśli moją zleceniodawczynię.

Zamilkł i pochylił się nad resztką swojej kawy.

– Wiktor, mów!

– Co mam ci mówić? Lula, ty wiesz najlepiej, ja bym chętnie zapomniał o tym wszystkim, tych debilnych reklamach klozetpapieru, koniecznie z seksualnym podtekstem, cholera, ona ma fioła na tle seksualnych podtekstów, uważa, że nic, co nie kojarzy się z dupą… bardzo cię przepraszam…

– Nie przepraszaj. Wychodek się kojarzy.

– Ale nie w tym sensie. Rozumiesz, nie udawaj. W każdym razie zgodziłem się z nią spotkać i chyba przyjmę od niej zlecenie, bo jeśli znowu zarobię kupę forsy, to może Ewa nie będzie tak bardzo chciała wracać do Krakowa… Chociaż ona i tak będzie chciała wracać. Ona wcale nie chce mieszkać na wsi i uważa, że ja stroję fochy, że udaję natchnionego artystę, jednym słowem, że udaję. Nie wiem, przed kim miałbym udawać. Ja naprawdę nie lubię Krakowa ani innych miast, zwłaszcza tak snobistycznych. Dobrze mi tutaj. Powiedz, Lula, co ja mam zrobić?

– Zamień ją na mnie, ty ośle.

Nie do wiary. Powiedziałam to. Wiktor najpierw jakby nie usłyszał, co mówię, a potem gwałtownie podniósł głowę znad filiżanki. Zanim zdążył jakoś werbalnie zareagować, panienka zza lady przyniosła nam tacę z kawą. Oblał mnie zimny pot. Matko Boska, co ja zrobiłam najlepszego! Dziewczyna wolno i nieporadnie ustawiała przed nami filiżanki i dzbanuszki, a ja czułam, jak rumieniec wypływa mi na policzki. Wiktor dla odmiany jakby przybladł. Przyjrzał mi się uważnie.

– Lula, ty serio mówisz?

W spojrzeniu miał najzwyczajniejszy popłoch. Oprzytomniałam i wybuchnęłam śmiechem.

– Jasne, że serio. Nie widzisz, jakie by to było korzystne?

Wypuścił powietrze i uśmiechnął się blado.

– Przepraszam cię, głupio gadam. Oczywiście, żartowałaś, a ja to wziąłem na poważnie. Widzisz, co zmartwienie robi z człowiekiem. Swoją drogą może to i szkoda, że się nie zeszliśmy, kiedy był czas po temu. Trochę się kiedyś w tobie podkochiwałem przed maturą.

– Też się w tobie podkochiwałam – powiedziałam lekkim tonem, przez ściśnięte gardło. Podkochiwałam, Boże drogi! Jeżeli kiedykolwiek kogokolwiek rzetelnie i prawdziwie uwielbiałam, to jego. I niestety, nie chciało mi przejść.