Выбрать главу

Stringi!

– Nieeee. – Asia kręciła głową z powątpiewaniem. – Stringi ryzykowne. On jest taki poważny…

Tu zastygła z rozmarzonym wyrazem twarzy, tylko blond firanki majtały jej się nad oczami, które przymknęła, zapewne piastując pod powiekami obraz Jasia Pudełko w seksownych stringach i niczym więcej.

Goły Janek Pudełko. To ciekawe. Czy on w ogóle ma co pokazywać? Całymi latami siedział przed komputerem – zaraz, skoro Kajtek jest wysportowanym karateką, to może Janek też? Może nawet było coś kiedyś mówione na ten temat, ale nie pamiętam, nie zwróciłam uwagi. Wiktor… to wiem, Wiktor jest zbudowany jak jakiś olimpijczyk Praksytelesa, albo może Fidiasza… Widziałam nieraz, bo Wiktor chętnie łaził po obejściu z nagim torsem, a Janek zawsze miał na sobie dżinsy i jakieś podkoszulki z dziwnymi nadrukami. Pytałam go kiedyś, co to za figury, a on mi powiedział, że fraktale. Nawet wytłumaczył, co to jest, ale nie słuchałam uważnie, bo właśnie wtedy przyszedł Wiktor z portretem Marianny, tym z sadem i jabłonką.

– No to jak uważasz? Będzie dobrze? Janeczek się ucieszy?

– Przepraszam, zamyśliłam się. A co mu w końcu chcecie kupić?

– Teraz to ci nie powiemy – obruszyły się studentki. – Nie słuchałaś, co mówiłyśmy!

– Oj, mówiłam, że przepraszam…

Ale już uciekły, chichocząc. Pensjonarki!

A wieczorem okazało się, że podarowały mu rękawiczki do jazdy konnej, bardzo ładne, irchowe, starannie wykonane i wykończone (musiały nieźle kosztować). Na grzbiecie lewej było wyszyte czerwoną nicią imię Asia, a na prawej, oczywiście, Patrycja. Nie mam pojęcia, kiedy zdążyły to wyhaftować.

Oczywiście, jak się do niego przykleiły, to nie odkleiły się przed zakończeniem wspólnej biesiady ze śpiewami, grubo po północy. Twierdziły przy tym, że jest zimno i one muszą po prostu zadbać o kochanego pana instruktora, bo jeszcze zmarznie, biedaczek. Zaproponowałam w tym momencie przeniesienie biesiady do salonu, gdzie jest ciepło i gdzie nie musiałyby go z takim poświęceniem ogrzewać własnymi ciałami, ale zostałam zakrzyczana. Krzyczał między innymi Janek. Coś takiego.

Protestowały też obydwie babcie, bardzo energicznie. Babcia Stanisława kazała przynieść z szaf różne futra i szuby, okręciły się tym i były bardzo zadowolone.

Prezenty rzeczywiście były dla nas wszystkich, co uznaliśmy za miłe i wzruszające. My, kobiety, zostałyśmy obdarowane niedrogimi, ale gustownymi biżutkami z kamieni półszlachetnych; pewnie studenci odwiedzili muzeum minerałów w Szklarskiej Porębie, na zakręcie szosy – babcie dostały ametysty w postaci broszek, Emilka i ja wisiorki – ona z pasiastym szaro-niebiesko-beżowo-brązowym agatem, sama wytworność, a ja z pięknym, czerwonym karneolem, przeświecającym od środka. Jagódkę ucieszył sznureczek różnobarwnej mieszanki, a Kajtek dostał… pudełko. Malutkie, wycięte z jednego kryształu różowego kwarcu.

– Ale fajne. – Obracał je w dłoni, najwyraźniej nie chcąc zadać cisnącego się na usta pytania: po co mi to?

– To jest małe pudełko dla małego Pudełki. Schowasz w nim sobie swoją największą tajemnicę – powiedziała Patrycja.

– Albo dasz w nim pierścionek zaręczynowy jakiejś pięknej damie za jakieś piętnaście lat – dodała Asia. – Tak naprawdę my też nie wiedziałyśmy, dlaczego ci je chcemy podarować, ale coś nam mówiło, że tak mamy zrobić. Należy słuchać impulsów w życiu, wiesz, młody? Iść za porywem serca.

– Aha – powiedział ostrożnie młody. – Moja mama mówiła, że serce nie jest dobrym doradcą. Że trzeba raczej słuchać zdrowego rozsądku.

Spojrzałam w popłochu na Janka. Skrzywił się trochę, odłożył zabójcze rękawiczki i mruknął w stronę swojego pierworodnego:

– A ja myślę, że najlepiej jest znaleźć jakiś złoty środek. Niewykluczone, że takowy zresztą nie istnieje – dodał po chwili.

– No to czego ja mam się właściwie trzymać? – zapytał Kajtek rozsądnie.

– Na życie nie ma mądrych – westchnęła babcia Stasia. – Młodzieży, czy nie moglibyście zaśpiewać czegoś wesołego, bo powiało egzystencjalnym smutkiem z tej całej dyskusji. Jak z grobu.

Na to Asia z Patrycją jak jeden mąż przytuliły się do Janka i wydały z siebie rzewną pieśń:

– Mój sokoleeeeeee czarnooki!

– Sokół nie ma czarnych oczu – zaprotestował jeden ze studentów zwany nie wiadomo czemu Gwózdkiem, widocznie posiadający zacięcie ornitologiczne. – On ma bure takie.

– Pyyyytaj o mnie góóóór wysokich – zawodziły dziewczyny, nie odrywając się od Janka. – Pytaj o mnie kwiatów polnych…

– Ptaków polnych!

– Ptaków. Ptaków? I uwooooolnij mnieeeee!

Janek wyglądał jak rozweselony właściciel niedużego haremu.

– Mój sokole, mój przejrzystyyyyy!

– No nie – zaprotestował Gwózdek. – Ja się nie zgadzam na żadne przejrzyste sokoły. Przecież to ewidentna bzdura. Śpiewamy coś innego.

– Ja proszę rozmarynu – zażądała znienacka babcia Marianna. – Ty mne, Stanyslawa szpiewala taka piosenka o rozmarynu. Mne szę to podobało.

– O mój rozmarynie, rozwijaj się – zaśpiewał ochoczo Gwózdek. – O to chodziło, pani hrabino?

– Baronin, ne hrabina. Baronowa – sprostowała Marianna z wdziękiem. – Wy do mne, dżeczy, też możecze mówicz Oma, babcza. Szpiewaj, szpiewaj.

– Pójdę do dzieewczyny, pójdę do jedynej, zaciągnę się… na sznurku…

– Dlaczego na sznurku? – chciała wiedzieć Marianna. – Czągnącz na sznurku? Do czego?

– Do dziewczyny to zapytam się – skorygowała babcia Stasia. – Dopiero jak mi odpowie „nie kocham cię”…

– Już wiem – zawołał ucieszony Gwózdek. – Ułani werbują, strzelcy maszerują, zaciągnę się…

– Na sznurku – dośpiewali Kajtek z Jagódką.

– Do czego on szę zaczągnie na sznurku???

– Dadzą mi kabacik z wyłogami, dadzą mi kabacik z wyłogami…

– Co to jest kabaczyk? On szę je? Warziwo?

– I czarne buciki, i czarne buciki z ostrogami…

– Na sznurku!

– Nyc ne rozumim, ale to ladna piosenka, szpiewajcze dalej. – Marianna pogodziła się z losem i pociągnęła zdrowy łyk koniaczku przyniesionego przez nas wyłącznie do użytku starszych pań (młodzież i tak wolała piwo). Pieśń popłynęła już bez przeszkód, aż dobrnęła do okropnie nieprzyzwoitej ostatniej zwrotki, nie jestem pewna, czy istniejącej w pierwotnej wersji utworu. Marianna znowu domagała się tłumaczenia, ale zakrzyczeliśmy ją gremialnie. Jest w narodzie jednak jakieś poczucie stosowności.

Ogólnie było bardzo miło, ale chyba nie będę płakać za studentkami Asią i Patrycją. Ciekawe, czy Janek zamierza nosić te cudne rękawiczki!

Emilka

Pusto bez Ewy i Wiktora! Studentów też już nie ma, niby można trochę odetchnąć, ale jakoś smutno! Omcia markoci za Rupertem, dobrze, że ma Kiryska na pociechę. A do mnie zadzwonił Tadzio z propozycją, żebym przyjechała do Książa, popatrzeć, jak oni męczą dzieci. Jadę! Rotmistrzówka sobie beze mnie poradzi jeden dzień!

Czy mi się wydawało, czy Asia i Partycja pobierały z rąk Omci jakąś forsę przy wyjeździe? Może miałam przywidzenia zresztą, wyjeżdżali jakoś strasznie rano.

Lula

Nie do wiary, ale Janek nosi te idiotyczne rękawiczki! Pojechaliśmy sobie dzisiaj na taką małą, całkowicie prywatną jazdkę po okolicznych łąkach – Janek na Latawcu, ja na Bibułce, Kajtek na Loli i Jagódka na Myszy. Pierwszy teren Jagódki. Była szalenie podekscytowana – w przeciwieństwie do Myszy, której zapewne zdawało się, że idzie luzem, bez jeźdźca. Oczywiście, stara, cwana kobyła, miała w nosie polecenia swojej małej rajterki, ale skoro już szła w zastępie, to nie chciało jej się robić żadnych sztuczek. Odważyliśmy się nawet na malutki kłusik – ja bym nie ryzykowała, ale Janek spokojnie stwierdził, że tyle razy Jagódka już kłusowała na lonży i tak jej to dobrze szło, że nie ma strachu. No i miał rację – Jagódka szczęśliwa cała, wyprostowana jak miniaturowy ułan, płynęła na kosmatym grzbiecie swojej przyjaciółki Myszki, aż miło było na nią popatrzeć. Jechałam pierwsza i czasem odwracałam się, żeby zobaczyć to szczęście w jej ślepkach. Przy okazji widziałam szeroki uśmiech Kajtka (po Janku go ma) i zadowolenie na obliczu jego ojca (trzymającego wodze dłońmi przyodzianymi wytwornie w irchę z haftem. Czerwonym!!!). Janek zamykał nasz mały zastępik – świadomość, że mamy go za sobą, że patrzy na nas i czuwa, żeby nic złego się nie wydarzyło, była nawet miła.

Spotkaliśmy na drodze Krzysia Przybysza. Jechał swoją terenówką, na nasz widok zatrzymał się, wyraził aprobatę dla wzorowej postawy w siodle małej Jagódki (rozpromieniła się jak samo słońce) i zakomunikował, że za nami tęskni. Bardzo był ostatnio zajęty, ale chciałby wpaść, pogadać, wypić herbatę… A Emilka jest?

Powiedziałam zgodnie z prawdą, że pojechała do Książa, gdzie ma dwóch przyjaciół, starego i nowego, którzy uczą ją pracy z chorymi dziećmi. Podkreśliłam przyjaciół. Krzysio zmarkotniał. No, no. Niech on lepiej pamięta o pani leśniczynie i swoich leśniczątkach.

Emilka

Ja się muszę wreszcie dowiedzieć, dlaczego Rafał przestał być lekarzem! Podejście do pacjentów ma lepsze niż Bruno Walicki, a może nawet niż doktor Pawica! Niestety, ani się zająknął na ten temat, dwie godziny natomiast gadał – do mnie! – o schorzeniach neurologicznych, w których leczeniu pomocna jest hippoterapia. Jednocześnie woziliśmy na grzbiecie Hanysa dziewuszkę z porażeniem mózgowym, na dodatek z domieszką autyzmu (Tadzinek w tym czasie zajmował się drugą dziewuszką). To nie do wiary, jaki ten koń jest mądry! Nie mogło mu być wygodnie, bo panienka miotała się na nim, w dodatku wydając dziwne dźwięki o wysokiej częstotliwości, które musiały mu wiercić dziury w uszach. Złego słowa jej nie powiedział. Wcale przy tym nie robił wrażenia mułowatego, takiego, co to mu jest wszystko jedno, czy wozi kartofle, czy żywych ludzi. Przeciwnie, reagował, uważał, słuchał i patrzył, co się dzieje. Byłam nim zachwycona i kiedy odprowadzaliśmy go po zajęciach do stajni, pocałowałam go w wielki czarny nochal. W odpowiedzi usiłował mi zdjąć apaszkę z szyi. I zjeść.

Trochę się bałam tych zajęć, bałam się, że nie zniosę widoku tych biednych, chorych i nieszczęśliwych dzieciaczków, ale Rafał miał rację – kiedy zaczęliśmy z nimi pracować, ważne było tylko, żeby zrobić swoje, żeby dać im jak najwięcej i w jak największym komforcie.