Выбрать главу

– Nie Misio, tylko Misiu. – Babcia rozjaśniła się niespodziewanym uśmiechem. – Mianownik kto, co? Misiu. Misiu Michalski. Pamiętam, dobry był chłopak, tylko temperament go roznosił. No i zresztą przejechał się na tym temperamencie.

– Babcia opowie – zażądałam. Rafał i Tadeusz udawali, że interesuje ich wyłącznie herbata.

– Misia wychowywała matka, sama, w Karpaczu, bo ojciec ich zostawił i poszedł sobie do innej pani; od maleńkiego do nas przybiegał po szkole i pracował w stajni, żeby tylko zarobić na jazdy. Opowiadał mi, że matka chciałaby go widzieć na medycynie, ale jemu co innego było w głowie. Skończył jakieś studia, chyba inżynierskie, ale poszedł do policji. Wiem, że był komandosem, takim, co chodzi w kominiarce, antyterrorystą…

Aha. I zostało mu upodobanie do fryzury na lotniskowiec i ogólnego sznytu! A w babci zapewne wtedy właśnie zrodziła się sympatia do antyterrorystów w kominiarkach.

– Pracował w Jeleniej Górze, awansował, podobno bardzo zdolny policjant z niego był, ale go wylali z tej Jeleniej Góry i przenieśli do komisariatu w Karpaczu…

– A co – zaciekawiła się Omcia – szczelił kogosz w dżób?

– Gorzej. Połamał kości jakiemuś bandziorowi, który postrzelił jego kolegę. Podobno chciał go zabić na miejscu, ale skończyło się na ciężkich obrażeniach. No i pożegnał się z awansami na jakiś czas. Dziennikarze zrobili z tego całą aferę, że policjant gorszy od bandyty…

– A ja szę bardzo czeszę, że mu połamał te koszczy – zawiadomiła nas Omcia. – Tak szę należy. P…czysluguje. Ja go chcę poznacz, tego waszego Mysza.

– Będzie tu jutro rano – powiedział Tadzio z pewnym przekąsem. – Po Emilkę. Zawiezie ją do komendy.

– Na policji zawsze przyjemniej z eskortą – oświadczyłam stanowczo i niewinnie. A ponieważ poczułam się nagle kobietą po świeżych przejściach, zmęczoną po prostu straszliwie, zawiadomiłam wszystkich obecnych, że oddalam się do własnego pokoju celem zażycia zasłużonego odpoczynku.

Zrobiłam to i padłam u siebie jak lilia ścięta nieubłaganym ostrzem ogrodniczego sekatora.

Ten sekator nie pasuje do romantycznego stylu.

Moje lilie egzotyczne załatwił Pędzel. W pełni rozkwitu. Też mało romantyczne.

Jak lilia złamana wichurą. Ot co.

Zauważyłam, że kiedy wychodziłam z salonu, neurolog odprowadził mnie wzrokiem.

NO I DOBRZE.

Lula

Ta Emilka jest niemożliwa. Pojawił się tu dzisiaj rano policjant Misiu, na którego czekaliśmy wszyscy, ciekawi faceta, który połamał żebra złoczyńcy gołymi rękami – owszem, owszem, wygląda na to, posturę ma jak najbardziej odpowiednią, wyraz twarzy pokerowy, czyli żaden.

No, może nie do końca taki znowu pokerowy. Kiedy patrzył na Emilkę, tracił sporo ze swej niewzruszoności… Może nawet zaczął wyglądać na faceta, który dostał karetę z ręki.

Nie jestem zazdrosna, ale policzyłam: Wiktor na nią tak patrzył (tłumaczył się głupio, że traktuje ją jako dzieło sztuki wykonane przez matkę naturę – oczywista brednia: albo sztuka, albo natura i on po ASP powinien to wiedzieć!!!), leśniczy Krzyś patrzył, wszyscy studenci z obozu Olgi, ten jej Tadzio od dojenia krów, Rafał świeżo poznany, nawet ten szubrawy Łopuch. Wszyscy faceci po prostu, po co ja wyliczam?

Jak ona to robi?

Zaraz. Nie wszyscy. Nie patrzył tak na nią Rupert, ale on w ogóle nie odrywał oczu od Malwiny.

Janek też nie…

Ciekawe, dlaczego.

Nie działa na niego??? Jak to jest możliwe, skoro działa na wszystkich??????

Ludwiko Kiszczyńska. Stawianie tylu idiotycznych wykrzykników jest manierą pensjonarską, a ty, moja droga, pensjonarką nie jesteś już od…

A kogo obchodzi, od kiedy.

Poza tym nie wykrzykników, tylko pytajników.

I w ogóle MNIEJSZA Z TYM.

Duże litery też są pensjonarskie. Ciekawe, czy Emilka stosuje duże litery i mnóstwo wykrzykników, znaków zapytania i wielokropków w swoim dzienniku laptopowym, czy może notebookowym, w każdym razie elektronicznym? A może to się nazywa blog, czy jakoś tak? Nieważne. Tam ma łatwiej, naciska raz i już jej leci. Może dobrze byłoby mieć komputer osobisty i przenośny?

Sześć tysięcy. Już lecę do banku.

Pozostaniemy przy tradycyjnej metodzie.

Rafał i Tadzio zostali u nas na noc i na zmianę z Jasiem trzymali wartę w stajni. Nic się nie działo, może ten cały gangster zorientował się, że Emilka poszła na policję i nie chciał ryzykować. Do Tadzia natomiast zadzwoniła rano ich szefowa, jak się zdaje, z awanturą. Nie wiem dlaczego, przecież uzgodnili, że zostają i załatwili sobie zastępstwo na wieczór i rano. Tadeusz nic nie powiedział, mruknął coś o nieprzyjemnościach i nawet bez śniadania obaj nasi nowi przyjaciele – chyba już możemy ich traktować jako ogólnych przyjaciół, nie tylko Emilczynych? – odjechali stalowym potworem, który wzbudził dziki zachwyt Kajtka.

Tadzio na odjezdnym zdążył mu jeszcze obiecać, że pozwoli mu się przejechać, kiedy znowu nas odwiedzą.

Emilka na policji siedziała w miarę krótko, wróciła raczej zadowolona i przy obiedzie (odgrzewane mrożone zrazy zawijane z kaszą i zupa borowikowa z kartonu Horteksu z kupnym makaronem – w sumie wstyd, ale czasem i kucharka musi mieć wolne) zdała nam relację ze spotkania.

– No więc ten Misiu posiada w powiatowej kolegę. Starszego kolegę i w ogóle przełożonego. Gula niejaki. To znaczy nie Gula, tylko Gulcewicz, ale taką ma ksywę. Jacek Gulcewicz, bardzo sympatyczny chłopak, podinspektor, to chyba już dość wysoka szarża jak na policjanta. Mam wrażenie, że Misiu też by już był podinspektor, czy coś, ale wdał się w to łamanie żeber i mu się omsknęło…

Założę się o każdą sumę pieniędzy, których nie posiadam, że niejaki Gula również wpatrywał się w Emilkę jak kot w miseczkę świeżo posiekanej wątróbki drobiowej, lekko podsmażonej.

– Ja się od razu zorientowałam, to znaczy właściwie oni mi powiedzieli, że Gula, a nawet Gula z Misiem współpracowali z tym moim znajomym prokuratorem ze Szczecina…

Ach, prawda. Sporządzając wykaz Emilki podbojów, zapomniałam wpisać prokuratora.

– Bo mój osobisty mafioso nie ograniczał się wcale do terenu naszego województwa, broń Boże, razem ze swoimi koleżkami mieli szeroką skalę działania, zdaje się, że cała zachodnia połowa Polski była ich. Więc rozpracowywała go spora gromada co bardziej kumatych policjantów z tego dzikiego zachodu. Jak go wreszcie zapuszkowali, to się zrobiło bez mała święto narodowe. Dajcie trochę mizerii, bardzo proszę. No a kiedy wyszedł z mamra, to znowuż nastała żałoba narodowa. Wszyscy porządni ludzie są w nerwach, że on się jakoś wyłga i od wyroku. Natomiast… o mamo, zatkałam się tą kaszą. Poproszę sosiku.

– Emilko, czy chcesz, żebyśmy cię zbiorowo zamordowali? – zapytała uprzejmie babcia.

– Już mówię. Natomiast mają nadzieję, ci porządni ludzie, o których mówię, że on coś zrobi na tej wolności, to znaczy przepustce. Czy jak to się nazywa. Wtedy go łapną.

– Ne rozumim – powiedziała Marianna, niezadowolona. – Co mu zrobią?

– Złapią go. I znowu posadzą. Już dziękuję za sosik, wszystko było pyszne. Może jeszcze trochę samego mięska. I mizerii dużo, Jasiu, dziękuję.

– Nadal ne rozumim. To ma bycz dobrze, że on cosz złego zrobi?

– Nie, Omciu. Nie to, że on zrobi coś złego, tylko chodzi o to, że jeżeli on coś złego zrobi, to trzeba go na tym przyłapać.

– Na gorącym wyczynku!

– Uczynku.

– To ne jest od wyczyniacz?

– Od czynić.

– Odczynić to uroki – mruknęła babcia, ale cicho, pewnie w obawie, że Marianna zechce drążyć temat etymologicznie, co odsunęłoby nas od kryminału na czas prawdopodobnie dłuższy.

– Oni mi nic nie chcieli powiedzieć, oczywiście – kontynuowała Emilka z ustami pełnymi ogórków – ale ja się sama domyśliłam, bo jestem bardzo inteligentna.

– Emilko, proszę po porządku – zażądała babcia. – Bo ja się gubię. Na czym oni go chcą przyłapać? Na robieniu krzywdy naszym koniom? Tfu, odpukuję.

– Niekoniecznie – oświadczyła Emilka tonem tajemniczym i przełknęła swoje ogórki. – Bo zobaczcie sami. On się kręci wokół nas, ale tak jakoś niemrawo. Niezdecydowanie. To wygląda, jakby sobie od czasu do czasu przypominał, że trzeba mi spsuć trochę nerwów. I tak co jakiś czas się wychyla, a potem znowu przytaja i ja go w ogóle nie obchodzę. Mnie się wydaje, że on gdzieś mąci coś dużego, a to całe dokuczanie nam to jest tylko przykrywka. Rozumiecie? Chodzi o to, żeby wszyscy myśleli, że on tu jest ze względu na mnie, a tak naprawdę to jest wręcz odwrotnie.

Tylko Marianna nie do końca pojęła wywód Emilki, ale Janek wytłumaczył jej to po niemiecku, żeby już się nie męczyła. Zaczęliśmy natychmiast snuć przypuszczenia co do niecnych zamiarów kolegów gangsterów. Najbardziej nam pasował duży przerzut narkotyków, tylko żadne z nas nie wiedziało, w którą stronę one powinny iść – od nas, czy do nas. Zdaje się, że to u nas jest produkcja i nawet cieszymy się dobrą marką w świecie. W każdym razie przejść granicznych jest pod ręką sporo, można też próbować turystycznie, to znaczy na przykład iść na Śnieżkę, albo gdzie indziej i przekazać sobie plecak z amfetaminą…

– Coś ty, ciociu – powiedział z politowaniem Kajtek, kiedy wyrwałam się z koncepcją plecaka z amfetaminą. – Jaki plecak. To się wozi TIR-ami. Mniej się nie opłaca.

– Może na rozkręcenie interesu – zastanowiła się babcia. – Emilka mówiła, że mu skonfiskowali cały majątek.

– Eee, pewnie miał pochowane to i owo – prychnął z politowaniem dla naszej naiwności Kajtek. – W bankach szwajcarskich na ten przykład.

– To dżecko za dużo ogląda telewizji – pokręciła głową Marianna. – Kryminalów. Zęzacji. Skąd ty to wszystko wiesz, chłopcze?

– Babciu. Takie rzeczy się wie. Wcale nie muszę oglądać filmów, wystarczą Wiadomości i Panorama. I TVN 24.

– Janku, Janku, powynenesz mu zabronycz tyle oglądacz. Bo szę nam dobre dżecko zdemoralizuje.

– Nie ma takiej możliwości, babciu Marianno. – Kajtek lekceważącym gestem strzepnął kaszę z rękawa. – Ja to wszystko muszę oglądać, bo nasza pani od wiedzy o świecie, bo my mamy taki przedmiot, babciu Marianno, no więc nasza pani nam każe być w kursie dzieła. A jak nie jesteśmy, to nam stawia pały. Babciu, ja nawet skład rządu znam na pamięć i przewodniczących wszystkich komisji sejmowych. Na bieżąco. Bo to się zmienia.