– Matko Boska – zmartwiła się babcia Stasia. – To dopiero może ci zaszkodzić, Kajtusiu…
– Ja to traktuję jako ćwiczenie mnemotechniczne – machnął ręką Kajtek.
– Ne mówcze przi mne takie trudne wyrazy!
– On mówi, że sobie pamięć ćwiczy, Omciu. Nie przejmuj się. Ja bym teraz raczej proponowała wszystkim umysłom wyćwiczonym i niewyćwiczonym, żeby się zaczęły zastanawiać, jaki interes ma do zrobienia mój były niedoszły na tym terenie. Dlaczego tu w ogóle przyjechał?
Mniej więcej kwadrans zabawialiśmy się wysuwaniem hipotez, ale wszystkie były dość idiotyczne, a przede wszystkim nie do sprawdzenia. Przez nas, w każdym razie. Postanowiłam więc wziąć rządy w swoje ręce i zagoniłam dzieci do sprzątania kurnika, któremu już się to od dawna należało, Emilkę do porządkowania ogrodu, który zarósł jak busz, Janka wysłałam do koni, babcie na werandę z kawką i niech obserwują teren, a sama poszłam do kuchni, sprawdzić zapasy żywności, bo przecież jutro przyjeżdżają emeryci, a za trzy dni Malwina z tym swoim dziwnym obozem młodocianych biologów (Marianna od tego jaśnieje, bo Rupercik wraca!).
A podejrzanymi interesami Kałacha niech się zajmują Gula z Misiem.
Przyjechali staruszkowie i dom nam się zaroił, i rozebrzmiał ochoczymi okrzykami oraz śpiewem chóralnym i solowym. Jest ich sześcioro, czterech przeczasiałych ułanów i dwie amazonki po siedemdziesiątce. Chciałabym ja tak wyglądać, kiedy skończę pięćdziesiąt! Bardzo sympatyczni, potwornie energiczni, przybyli o dziewiątej rano, zjedli szybkie śniadanie, pobiegli do swoich pokojów (daliśmy im trzy mniejsze dwójki, z uwagi na szóstkę studentów, których przywiezie Malwina, a którzy będą mieszkali po troje, w dwójkach z dostawkami), przebrali się z ciuchów podróżnych w ciuchy wysokogórskie – buty alpejskie jakieś, pumpy, wielgachne wełniane skarpety, swetry, wiatrówki i kraciaste koszule pod spodem, zaopatrzyli się w suchy prowiant i pomknęli na najbliższy szlak, dziarsko podśpiewując.
Po ich wymarszu cisza w Rotmistrzówce rozdzwoniła się jak Dzwon Zygmunta.
W tej ciszy usłyszałam wreszcie sygnał własnej komórki. Tadzinek trzeci już raz usiłował mnie złapać, spragniony wieści z placu boju. Poinformowałam go, że na placu boju cisza, a on mnie poinformował, że u nich wręcz przeciwnie, szefowa zrobiła im jakąś koszmarną awanturę, kompletnie nieuzasadnioną – bo przecież rozmawiali z nią w sprawie pozostania u nas na noc – któryś koń dostał kolki i ona uznała, że to dlatego, że ich nie było pod ręką. Jakaś idiotka!
– Mówiłem ci, że ona jest niesympatyczna…
– Ale nie mówiłeś, że wariatka. Mówiłeś, że cyborg. Może coś ma w tym, że robi wam awanturę i oskarża o niestworzone rzeczy?
– Co może mieć? Chciała się wyładować i tyle.
– No, nie wiem. Może. Ale nie podoba mi się to.
– Nikomu się nie podoba. A jak poradziliście sobie z pilnowaniem koni w nocy?
– Nijak. Policja ich pilnowała. Przynajmniej tak twierdzili, że będą dyskretnie rzucać okiem na stajnię. Ale nie widzieliśmy nikogo.
– Pewnie na tym właśnie polega dyskrecja…
Kazał mi jeszcze uważać na siebie i wyłączył się.
Nasze babcie są jakieś nietypowe i to obydwie. Może zresztą teraz obowiązuje inny model babci niż kiedyś. Kiedy byłam dzieckiem, babcie siadywały na ganeczkach, piły herbatkę drobnymi łykami, wyszywały serwetki haftem richelieu albo kaszubskim (moja babcia miała całą teczkę wzorów kaszubskich, które uwielbiała i słusznie, bo są przepiękne), troskały się o to, czy dzieci aby nie przemoczyły stopek, biegając po zroszonej trawie, co trzeci dzień piekły murzynka albo kruche ciasteczka…
Nasze babcie ani myślą piec cokolwiek. Zażądały natomiast od Pudełków pokazu. Skoro Janek już się zdekonspirował jako karateka (o Kajetanie wiedzieliśmy wcześniej), niech zrobi starszym paniom przyjemność. Janek najpierw się wzbraniał, ale obiecali z Kajtkiem, że troszkę razem poćwiczą i zaprezentują swoje rodzinne możliwości.
Przy tej okazji Janek postanowił jechać do Wrocławia i kupić sobie nowe kimono, bo starego, po pierwsze, nie przywiózł, po drugie zaś, komuś je pożyczył do ćwiczeń i nie pamięta komu, więc nawet nie wiedziałby, komu ma je odebrać.
Już nigdy nie powiem ani nawet nie pomyślę, że znam kogoś naprawdę. Janek informatyk, komputerowiec, jajogłowy, cicha woda – mistrzem sztuki walki?
Ale przecież zawsze świetnie jeździł konno, dlaczego więc nie miałby uprawiać jeszcze jakichś innych dyscyplin?
No to dlaczego ja o tym nie wiedziałam?
Pewnie niewiele mnie to obchodziło, spotykaliśmy się zawsze w grupie, a w tej grupie był również Wiktor…
Dziwna sprawa – Wiktor dzwonił, rozmawiał z Emilką, zapowiedzieli się z Ewą na weekend – a kiedy Emilka przekazała mi tę wiadomość – nie zrobiła ona na mnie większego wrażenia.
Dlaczego?
Czyżby coś się skończyło?
Skoro mowa o końcach – mam nadzieję, że koniec afery kryminalnej absorbującej Emilkę nastąpi w miarę szybko, bo nie mam z niej wielkiego pożytku (z Emilki, nie z afery), a nie chciałabym zaniedbać mojego osobistego zajęcia w muzeum. Chyba zaczynam się przywiązywać do tej ziemi – zabrzmiało to dość patetycznie, ale naprawdę coraz bardziej mam wrażenie, że tu jest moje miejsce na świecie. W Szczecinie teoretycznie robiłam coś ważnego, w ważnym Muzeum Narodowym, a tak naprawdę nikomu nie zależało na rezultatach mojej pracy. A tu, w malutkim muzeum regionalnym, jak tylko skończę inwentaryzację, zasiądziemy z moim szefem do opracowania nowej koncepcji placówki (czyżbym miała zostać Ślimakiem?) ze stałymi i czasowymi ekspozycjami, z terminarzem wystaw na dwa lata do przodu. W oparciu o tę inwentaryzację między innymi. I to będzie nasza wspólna koncepcja, a nie dyrektorskie zarządzenia do wykonania.
A Rotmistrzówka? Tu też się przyjęłam. I nawet odpowiada mi to dzielenie pracy na pół – trochę tu, trochę tam. Spokojnie. Życie nie kończy się jutro ani za tydzień. O czym się dowiedziałam dopiero tutaj.
Wydaje mi się, że Janek z Kajtkiem też się przyjęli. Wiktor z Ewą to dwie niewiadome, a Emilka… trzecia. Z jej temperamentem – nie wiem, do czego ta dziewczyna dąży tak naprawdę.
W piątek późnym wieczorem przyjechały Wiktory, a nazajutrz Janek z Kajtkiem zrobili pokaz!
Staruszkowie kawalerzyści, jak się tylko zorientowali, co w trawie piszczy, zażądali, aby pokaz odbył się w ich przytomności, wyznaczyliśmy zatem sobotnie wczesne przedpołudnie jako godzinę zero. Pudełka zaprezentowały się nad wyraz godnie, obaj w kimonach, przy czym czarny pas Janeczka bił po oczach. Kajtek miał jakiś inny, niebieski czy może zielony, nie zapamiętałam dokładnie. Jakoś nie mogę sobie przyswoić tej całej symboliki, te wszystkie pasy, dany i Bóg wie co jeszcze. Dla mnie ważne jest to, co facet potrafi zrobić. Nooooo, Pudełka pokazały, co potrafią. Najpierw demonstrowali różne dziwne chwyty, potem zaczęli się kopać po oczach i przewracać na trawniku – dziw, że obaj wyszli z tego z życiem. I nawet nie połamali sobie nawzajem rąk i nóg, a dałabym głowę, że coś chrupało. Może zresztą nie były to chrupoty, tylko łomot ciał rzucanych na glebę. Babcie – zarówno nasze, jak i ułańskie były zachwycone, a dziadkowie szwoleżerowie (czy szwoleżerzy?, muszę zapytać Lulę, jak będzie prawidłowo) aż klepali się z uciechy po udach i kolanach, wydając rubaszne okrzyki.
Po sprawieniu sobie nawzajem potężnego lania, Pudełka – oba zdrowiutkie, czemu się doprawdy dziwię – przyniosły sobie pomoce naukowe i zaczęły demolkę. Rozwalali jakieś kłody drzewa, cegły, w końcu Janek ułożył na pniaczku spory stos dachówek (z naszej stodoły, stare, zostały po remoncie dachu), skupił się strasznie i walnął w nie kantem dłoni. Rozpryski tylko pirzgnęły dookoła.
W oczach Luli widziałam prawdziwe uznanie. Dla Jasia, notabene, na Kajtka prawie nie spojrzała. A nieładnie, obaj dawali z siebie wszystko. A najśmieszniejsze, że na Wiktora prawie nie zwracała uwagi! Wydaje mi się, że babcie też to spostrzegły i mrugały do siebie cwanymi oczkami na ten temat.
Pudełka zakończyły przedstawienie, kłaniając się sumiennie wszystkim i sobie nawzajem. Otrzymali brawa, na jakie zasłużyli i przyjęli je godnie, jak na samurajów przystało. Czy samurajowie uprawiali karate? Muszę zapytać Lulę. Chociaż po co, zapytam Jasia albo Kajtka, będą mieli lepsze rozeznanie w temacie.
Wiktory jakieś małomówne. Wyglądają, jakby znowu się poprztykali. Jagódka nie posiadała się z radości, kiedy się pojawili, nie pozwoliła się zagonić do łóżka i biegała tylko od ojcowskich kolan do maminych objęć. W związku z tym nie udało nam się ich odpytać, jak tam wyglądają rodzinne przemyślenia i decyzje. Oczywiście, to i owo nam powiedzieli, na przykład, że Ewa wróciła na uczelnię i przymierza się poważnie do objęcia tej swojej katedry po parszywym profesorku, a znowuż Wiktor wpadł w łapy klozetowej bizneswoman, która czekała na niego bez mała z asystą orkiestry dętej – i coś tam dla niej projektuje. Coś dużego, powiedział.
No, jak coś dużego, to zapewne dobrze płatnego. Pewnie tę nową, ambitną kampanię reklamową. Oświadczył, że zamierza się nachapać, a potem znowu spocznie na laurach i będzie malował to, na co będzie miał ochotę.
– Wiesz, Emilko – wyrwało mu się w kuchni, kiedy robiliśmy wszystkim poobiednią herbatę – jak już skończę z tą moją chlebodawczynią i wycisnę z niej wszystkie możliwe soki, i będę bogaty jak świnia, i jak przyjadę tutaj, to żeby nic mi jej nie przypominało, wybuduję sobie taki klopek z drewna za stodołą, a myć się będę w stajni, szlauchem. Żadnych papierów toaletowych, dezodorantów do świeżego powietrza, odwaniaczy, dowaniaczy, mydelniczek, ręczniczków, nic.
– A czym się będziesz wycierał?
– Liśćmi łopucha. A propos, co u naszego nieprzyjaciela?