Выбрать главу

Nasza babcia Stasia jest z takiego obrotu spraw bardzo zadowolona. Chyba się obie staruszki do siebie przywiązały, uwielbiają przesiadywać w saloniku przy nalewkach; chichoczą wtedy, opowiadają sobie różne rzeczy z lat własnej młodości, a czasami – mam wrażenie, że czasami knują coś po kątach. Ciekawe co?

Kiedy nie gramy w brydża, szykujemy wystawę księdza Pawła. Wiktor z Ewą byli w kolejne dwa weekendy; Ewa czegoś niezadowolona – a kiedy ona była tak naprawdę zadowolona? Wiktor… i tu muszę przyznać – po raz kolejny! – rację Emilce, otóż Wiktor nie wygląda, jakby miał zamiar powracać do sprzątania stajni i podrzucania koniom siana. Nic wprawdzie nie mówił na ten temat, ale to się daje zauważyć. Obecność Rafała zaakceptował prawie z entuzjazmem i błyskawicznie przeszedł nad nią do porządku dziennego. W sprawy galerii wszedł z marszu i natychmiast zaprojektował wszystko – od sposobu rozmieszczenia fotogramów do urządzenia wernisażu włącznie. Nie malował tym razem, ale kilka razy zaciekle konferował przez komórkę, najwyraźniej ze swoją zleceniodawczynią (mawia o niej: zlecenio, chlebo, masło i ciastkodawczyni), omawiając jakieś ostateczne szczegóły kampanii reklamowej tych wszystkich zintegrowanych łazienkowych bajerów. Powiedział mi na stronie, z błyskiem w oku, że zgarnie za tę kampanię straszny pieniądz, może nawet przymierzy się do kupna domu.

– Przecież masz mieszkanie w Krakowie – zdziwiłam się.

– Mam, ale nie lubię – odrzekł ponuro. – Wielka stodoła w samym cholernym turystycznym centrum. Ewa uważa, że takie mieszkanie to bardzo wyraźny symbol naszego statusu społecznego, ale ja chrzanię symbole statusu społecznego i w ogólności wszystkie pozostałe symbole też chrzanię. Świątek, piątek, lato, zima, łażą mi tabuny turystów przed oknami, wrzeszczą, co chwila jakieś porąbane happeningi, zero spokoju. A tu bym sobie gdzieś przysiadł i spokojnie robił swoje, galerię byśmy razem ciągnęli, kulturę na wsi polskiej zaprowadzali, a jakże. Emilka mówiła, że jest tu jakiś stary dom w niezłym stanie, do kupienia za niewielkie pieniądze. I bym sobie malował jako ten outsider, taki co to uciekł z wielkiego miasta… Wiesz, Lula, że mam coraz więcej telefonów na ten temat, pisma różne się mną interesują, takie ambitne dla kobitek i fachowe też, a ja się nie oganiam specjalnie, bo reklama mi się przyda. Rotmistrzówce też. Więc wszystkim mówię, że w Krakowie przebywam tylko chwilowo i zapraszam do nas, do Rotmistrzówki. Będziemy mieć ładną prasę na wernisaż Pawła.

Poczułam się lekko skołowana.

– Wiktor, czekaj… a co na to Ewa?

– Ewa jest bardzo zajęta swoją uczelnią, na której też nie tak wcale różowo, jakby się zdawało. Tamten jej były promotor, wiesz, ta świnia, miał sporo przyjaciół w łonie wydziału i oni teraz robią, co mogą, żeby Ewie uprzykrzyć życie. Na razie jest dzielna, kieruje katedrą jako p.o., ale – tu Wiktor zniżył głos w sposób konspiracyjny – ja nad nią pracuję. Nie pytaj, jak, kiedyś ci opowiem. Emilka mi poradziła…

Tu zachichotał strasznie chytrze.

CO EMILKA MU PORADZIŁA???

Emilka

Uczę się na hippoterapeutkę. Moim nauczycielem jest oczywiście Rafał, który jakoś tak bezproblemowo wtopił się w Rotmistrzówkę, jakby od zawsze mieszkał z nami. Nawet Omcia, która chyba początkowo żałowała, że to nie Tadzio do nas przystał, zmieniła zdanie. Pewnie doszła do wniosku, że dobrze mieć własnego lekarza pod ręką, a już zupełnie zmiękła, kiedy Rafał zlikwidował jej ból w kręgosłupie szyjnym. Masażem.

Chwilami przychodzi mi taka myśl do głowy, żeby też mieć ból w kręgosłupie szyjnym albo migrenę, albo co i niechby mi też pomagał za pomocą masażu. Na razie jeszcze się nie odważyłam, ale ochotę mam… muszę się tylko zdecydować, co mnie właściwie boli. Jest tylko jedno niebezpieczeństwo, mianowicie Rafał może rozpoznać symulację. Niestety, nigdzie nigdy nic mnie nie boli… tak naprawdę. Ale od czego inteligencja i wrodzona bystrość umysłu: podpatrzę objawy u babci Omci.

Lula by mnie skarciła za takie sformułowanie – babcia Omcia to przecież babcia-babcia. Tautologia. Czy jakoś tam. No, no, niech ta Lula nie będzie taka zasadniczka.

Razem ze mną uczy się Latawiec. Od tamtego koszmarnego dnia mam do niego stosunek mamy-kwoki do swojego ulubionego kurczaczka. Trzęsę się po prostu nad nim jak głupia jaka. A jemu to chyba wisi, jest beztroski i milutki jak zawsze.

W charakterze autystycznych dzieci występują na takich szkoleniach Jagódka i Kajtek. Trzeba Latawca nauczyć wozić takie zwisające jak worek dzieciaczki. Nasze zwisają artystycznie i z dużym upodobaniem, a Latawiec wykazuje wielkie uzdolnienia. Rafał wyraża się o nim z dużym uznaniem.

Na razie pracuje z nami tylko Hanys, a zajęcia z klientami ustawiliśmy tak, żeby następowały jedne po drugich. Jakoś sobie radzimy. Rafał mówi, że za jakiś tydzień będę już mogła pracować z Latawcem, oczywiście pod jego czujnym okiem.

Mój osobisty gangster udaje, że go nie ma. Oczywiście, na czas zamachu na Latawca ma żelazne alibi, był gdzie indziej, z kimś innym, a Misiak zarzeka się, że sam wymyślił sobie taką formę zemsty na nas, a zwłaszcza na mnie, bo to przeze mnie babcia go wywaliła na pysk z Rotmistrzowki. Będzie miał sprawę i skażą go na bank. I co z tego, pewnie mu Leszek zawczasu zapłacił słono za straty moralne. Misiu i Gula są zmartwieni, chyba strasznie by chcieli posadzić mojego byłego jakoś definitywnie. Zdaje się, że zataczają wokół niego złowieszcze kręgi, ale są nadzwyczaj tajemniczy i nic nie chcą mówić na ten temat. Zastanawiałam się, czy by nie zadzwonić do mojego znajomego prokuratora, do Szczecina, ale w końcu nie zadzwoniłam, bo mi coś przeszkodziło, nawet nie pamiętam, co. Chyba mnie Lula pogoniła do kur.

Gula dzwonił do mnie i usiłował wydrzeć ze mnie tajemnicę – kto mianowicie tak fachowo dał Misiakowi w zęby. Byłam niezłomna, trzymając się ustalonej wersji, ale zdaje się, że mi nie uwierzył. Jego problem, najważniejsze i tak są oficjalne zeznania Tadzia, naocznego świadka. Nie nalegał. Lubię tego Gulę, i Misia też.

Mam teraz problem z wypełnianiem obietnicy danej obydwu babciom. Spektakularne podrywanie Jasia na oczach Rafała nie wchodzi w grę. Wcale nie chcę, żeby sobie o mnie pomyślał (Rafał, oczywiście, ale Janek też), że jest mi wszystko jedno, na kogo lecę, byle nosił spodnie. Muszę tak kombinować, żeby w okolicy była Lula, a Rafał wręcz przeciwnie.

Chyba zaczynam ją denerwować. Janek na szczęście w ogóle na mnie nie zwraca uwagi, to znaczy lubi mnie, na pewno, ale wszystkie moje wdzięki ma w nosie. Jakoś więcej teraz przebywa w pobliżu Luli, robią razem różne rzeczy, jeżdżą po zakupy. I bardzo dobrze, bo staruszki zaczynają się niecierpliwić. Zwłaszcza Omcia, pozbawiona swojego Rupercika, który odjechał w siną dal za badaczką endemitycznych (czy może endemicznych?) robali.

– Emilia, moja kochana, jak długo oni będą szę jeszcze namyszlacz? Czy oni chcą bycz takie stare jak ja? Żeby już nyc ne mogli? Sama powiedz, to ne ma sensu. Ja ne mam czasu tak czekacz i czekacz. Ty cosz zrób!

– Robię co mogę, Omciu – mruknęłam. – Ale oni oboje są powściągliwi.

– Powszcz… Emilka, ty chyba zloszliwie mówisz do mnie takie trudne wyrazy! Czy ty już ne masz wzgląd na biedna starsza pani?

– Bardzo przepraszam, Omciu. Tak mi się wypsnęło.

– Emilka, jak ty szę ne postarasz, to ja wpadnę w depresję. Ruperta ne ma, biżuteria szę ne znalazła, ja ne mam żadnej rozrywki, chyba będę muszala zachorowacz, dostanę depresję, to przynajmniej będżecze nade mną skakacz, tak to szę mówi?

– Tak, Omciu kochana. Ale nie wpadaj w depresję, ja cię błagam. To tylko jesień tak działa, te krótkie dni. A brydżyki już ci nie pomagają?

– Już mi szę znudżyły brydżyki. Zresztą oni wyjeżdżają, czy wszyscy od brydża, i znowu zostaniemy sami. Emilka, Emilka, ja czy mówię. Czeba zrobicz cosz, żeby Janek wreszcze szę zdecydowal, to zrobimy szlub i wesele i będże szę cosz dżalo!

– Janek, Omciu, chyba jest zdecydowany, tylko Lula jeszcze nie wie, że to on jest mężczyzną jej życia. A ja już bardziej nie mogę go uwodzić, bo będzie podpadziocha.

– Podpa co?

– Będzie podejrzanie wyglądało. Małolaty mówią podpadziocha.

– Powedz jeszcze raz – zażądała Omcia. – To jest szmieszne.

Powiedziałam jej kilka razy, a ona starannie powtórzyła, też kilka razy. Wreszcie, nieco pocieszona, poszła do babci Stasi, namawiać ją na koniaczek. Słyszałam, jak, wychodząc z pokoju, mamrotała pod nosem: „podpadżocha, podpadżocha”.

Lula

Przyszła zima. Właściwie był już najwyższy czas, i tak długo były ładne pogody. Śniegu jeszcze nie ma, ale jest mróz i ogólnie nieprzyjemnie. Wszyscy goście wyjechali, nawet Kirysek, któremu, jak się zdaje, zagrożono wywaleniem z uniwersyteckiego etatu; chyba nie mógł się biedaczek dłużej wykręcać… Bardzo cierpiał, wyjeżdżając, ale jednocześnie był szczęśliwy, bowiem powiózł ze sobą walizkę bezcennych materiałów źródłowych do swojej pracy habilitacyjnej. Emilka zaproponowała mu, żeby – skoro ma tego aż tyle – strzelił od razu dwie prace, ale chyba nie złapał dowcipu. Co nie przeszkadzało mu spojrzeć na Emilkę okiem mężczyzny.

Coś podobnego. Kirysek. Okiem mężczyzny. Chociaż już tak na nią patrzył kilka razy. Okazuje się, że nawet Kirysek.

Wbrew naszym niepokojom, jakoś wychodzimy finansowo na swoje, bez potrzeby naruszania żelaznych kapitałów odłożonych na specjalnych lokatach. Najbardziej opłacalne okazały się wycieczki Kostasa, które napychaliśmy doskonałym jedzeniem – po naszym pierwszym, strasznym doświadczeniu już bez żadnego picu.

Nie mówi się picu. Bez oszustwa. To wszystko wpływ… nieważne.

Klienci Rafała i Emilki (Emilka już prowadzi samodzielnie zajęcia i szykuje się do zdania egzaminu, bo kurs w zasadzie odbyła pod okiem Rafała) też płacą nieźle. Nie zdzieramy z nich specjalnie, ale też nie możemy im całkiem odpuścić. Uzbierała się całkiem spora gromadka – przyjeżdżają z Jeleniej, z Kamiennej Góry, Kowar, a nawet z Wałbrzycha.

Teraz, kiedy nie mamy stałych gości – oprócz babci Marianny, oczywiście, ale ona zrobiła się już całkiem domowa, no i Ruperta z Malwiną w weekendy (trzymamy dla nich pokój stale i też za to płacą!) – mam więcej czasu na moje muzeum. Inwentaryzacja prawie na ukończeniu. No, może nie całkiem… ale już na pewno minęłam półmetek. Albo i trzy-czwarte-metek.