Wystawa księdza Pawła gotowa, ale czekamy z wernisażem, aż ksiądz wyleczy się z wietrznej ospy, którą zaraził się od jakiegoś dzieciaka ze szkoły. Biedny jest bardzo, ciężko tę ospę przechodzi i wygląda tak, że nietaktowna Emilka omal nie umarła ze śmiechu na widok jego kropkowanego oblicza – a co najgorsze, na nas ta jej głupawka przeszła i rechotaliśmy tak nad łożem nieszczęśnika we trójkę, bo Janek był z nami i był zupełnie niepoważny, ja nie wiem, co się z nim dzieje – to nie ten sam Janek, którego znam od stuleci…
Och, czy ja mam piętnaście lat, żeby tak kombinować, pisać o wszystkim oprócz tego, co mnie najbardziej obeszło ostatnio…
Otóż ostatnio -
Ostatnio…
No dobrze. Wczoraj przespałam się z Jankiem, przy czym określenie „przespać się” nie ma, oczywiście, sensu za grosz.
Od czasu, kiedy mnie niespodziewanie pocałował, wychodząc z kuchni, zrobił to jeszcze kilka razy, a już po tym pierwszym, muszę się przyznać, czekałam na następne i coraz bardziej się denerwowałam, kiedy Emilka nieomal rzucała się Jankowi na szyję z byle powodu – a to, że kawę jej nalał, a to że zakupy takie świetne zrobił – też coś, zakupy – a to znowu że tak cudnie te zdjęcia powywieszał, a to bez żadnego zgoła powodu, ale przecież tak wspaniale, że jednak jesteśmy razem, blablabla. I tak ciągle.
To się robiło coraz bardziej nie do zniesienia.
Zwłaszcza że za każdym razem, kiedy Janek zdecydował się – jak wyżej – jakby to powiedzieć: wrażenie było coraz większe. Nie potrafię tego opisać. Stanowiło to dla mnie nawet źródło swojego rodzaju zdumienia, bo przecież całe życie traktowałam Janka jak brata, a kto to widział całować się z rodzonym bratem…
Coś mi się wydaje, że Janek wcale nie myślał o mnie jak o siostrze. Gdybym była mniej zaślepiona beznadziejnie głupim (miesiąc temu nie przyszłoby mi do głowy takie określenie) uczuciem do Wiktora, zauważyłabym to dawno temu. Może nawet zanim Janek wpadł jak osioł w swoją piękną Romanę. Bo wczoraj…
WCZORAJ.
Ach, wczoraj…
Wczoraj mi powiedział, że ożenił się z nią dlatego, że Kajtek był w drodze, a Kajtek był w drodze dlatego, że pewna piękna (tak powiedział!!!) i nieczuła Ludwika nie zwracała na niego najmniejszej uwagi, przeznaczając tę uwagę dla swojego przystojnego aczkolwiek już żonatego kolegi, malarza abstrakcjonisty…
Tak było.
Jakie szczęście, że już nie jest!
To niezbyt ładnie, że w ogóle nie współczuję Jankowi jego wdowieństwa, ale mam wrażenie, że on sam sobie niespecjalnie współczuje. Gdyby nie Kajtek, pięknej Romany w ogóle mogłoby nie być. A Kajtek i tak ma chyba geny głównie po Janku. Ma takie same odruchy, podobnie mówi – a kiedy już przejdzie mutację, pewnie w ogóle nie da się ich przez telefon odróżnić.
Och, znowu zajmuję się różnymi mało ważnymi rzeczami. Najważniejsze, że Wiktor przestał dla mnie istnieć definitywnie…
Nie. Najważniejsze, że Janek zaczął być dla mnie kimś najważniejszym na świecie. Nie wiem, dlaczego dotarło to do mnie dopiero w łóżku…
Eeee, to też nieprawda. Wiem. On jest cudowny.
Niepozorny Janek.
Niepozorny, a juści.
Na razie nie zamierzamy się ujawniać, to znaczy ja nie zamierzam, Janka prosiłam o to samo – nie mam ochoty stać się obiektem ploteczek naszych drogich babć. Bo jestem pewna, że stalibyśmy się ulubionym tematem rozmów staruszek. Oraz ich chichotów nad szklaneczką nalewki.
To wszystko oznacza, że teraz Janek będzie się do mnie przemykał nocami w pełnej konspiracji, zupełnie jak Romeo, z tym, że nie przed rodzicami będzie konspirował, a przed własnym nieletnim synem. I całą resztą, ale najtrudniej będzie zwiać przed Kajtkiem. Trzeba go ustawić do pionu, żeby wcześnie chodził spać, a nie tkwił nad komputerem do Bóg wie której godziny.
Jeszcze jedno nas różni od Romea i Julii – byli od nas dwa razy młodsi. Julia nawet więcej, bo coś mi chodzi po głowie, że miała czternaście lat, a dwadzieścia osiem to ja miałam sześć lat temu. No, osiem.
No i bardzo dobrze – jak powiedziałaby Emilka i miałaby rację! Miałam już skończyć, ale zapomniałam napisać, że go kocham.
Nasz drogi księżulo pomału wychodzi z pryszczy, które miał wszędzie – tak przynajmniej twierdzi, a księdza nie wypada sprawdzać, zwłaszcza W TYM TEMACIE. Zatem na dniach urządzimy wreszcie ten cały wernisaż, na który pół świata już czeka – a tak z kolei twierdzi Wiktor, który rozpętał całą kampanię prasowo-radiowo-telewizyjną, a jeszcze chce do nas przywieźć jako honorowego gościa swoją zleceniodawczynię od wytwornych kibelków i jej zamożną koleżansię z zapędami na mecenasa sztuk wszelakich. Bardzo dobrze, może da się z niej wydusić jakieś pieniądze na galerię. Wiktorek jej w rewanżu namaluje portret, na którym rodzona matka będzie miała trudności z jej rozpoznaniem.
Nie, złośliwie tak mówię, a naprawdę Wiktor jeśli chce, to potrafi. Babcię Omcię odstrzelił jak malowanie, tylko ta cała surrealistyczna otoczka jest mocno niesamowita. Ale obraz w porządku. Omcia kupiła go za straszne pieniądze. W ojro. On nawet nie chciał aż tak z niej zdzierać, ale się zaparła, a jak się Omcia zaprze, to koniec. Mnie malował ze trzy razy, ale żadnego obrazka nie dokończył. Muszę go przydusić, bo wszystkie mi się podobają – na jednym jadę na koniu, ale nie na Latawcu, choć go prosiłam, tylko na bliżej nieznanym kasztanie (a ileż to roboty domalować mu białą nogę i białą strzałkę na czole?), a wokół nas kłębią się jakieś burzowe cumulusy. W różnych odcieniach sinego. Gdybym była goła, byłby istny Podkowiński, czy jak mu tam. Ale nie jestem goła, mam na sobie jakąś dziwną szatkę z piórek. Lula twierdzi, że wyglądam jak Papagena, cokolwiek to by miało znaczyć. Na drugim portrecie Wiktor wkomponował mnie w bukiet kwiatów stojących na stole, w wazonie. Wyglądam jak dziwna róża, nawet włosy mi się układają jak płatki dookoła głowy. I tak sobie kwitnę. Na trzecim portrecie siedzę w fotelu bujanym na werandzie, w kiecce sprzed stu lat i wszystko, włącznie z kiecką, jest jakby przysypane kurzem, tylko ja wyglądam jak świeżo kupiona w supermarkecie. Nawet metka mi z głowy zwisa. On potrafi bardzo dziwnie patrzeć, ten nasz malarz niespecjalnie pokojowy. Chyba to się nazywa talent, ale pewności nie mam, bo ja nieuczona, Lula wie.
Niech pęknę, jeżeli między Lulą i Jasiem coś nie zaszło. Oni, oczywiście, trzymają kamienne twarze, ale nie ze mną takie numery. Tajemniczy uśmiech z gęby Jasia nie schodzi, a od Luli światłość bucha. Mogą sobie udawać do woli.
Pytanie jednak – co zaszło i czy ja mam w związku z tym nadal udawać idiotkę i rzucać się Jasiowi na szyję. Skonsultowałam sprawę z babciami.
– I mówisz, moje dziecko, że coś drgnęło w tym układzie? – zapytała mnie babcia Stasia, nieco powątpiewająca, ale wyraźnie ucieszona. – Ja tam nic nie widzę.
– Ja też nie – dodała równie zachwycona Omcia. – Szy to jest możliwe, żebyszmy ne sposzczegli niczego? Specjalnie zwracamy uwagę!
– Możliwe, możliwe, proszę babć – odparłam stanowczo. – Tylko że oni się tajniaczą. No i nie wiem, do jakiego stopnia się dogadali.
– Do jakiego stopnia? – żądała uściślenia Omcia. – O jakim stopniu mówisz, Emilko?
– No właśnie tego nie wiem. Bo jest możliwe, że poszli do łóżka, ale niekoniecznie. Lula jest romantyczka, a z takimi ścichapęczkami jak Jasio nigdy nic nie wiadomo.
– Aber to nie w łóżku rzecz, moja droga – wzruszyła ramionami Omcia. – I nam też nie o łóżko chodży, tylko o to, żeby Janek szę z Lulą ożenił. Ja jestem stara, ja chcę zobaczycz ich wesele. I chcę zatanczycz na ich weselu!
– Chyba menueta – zachichotała babcia Stasia z odrobinką złośliwości. – Dla nas, moja Marianno to już tylko coś z tej półki…
– Z jakiej znowu półki? Czy wy muszycze do mnie mówicz idiomy?
– Z takiej półki, na której leżą menuety, gawoty i kontredanse. Albo kadryle, hihihihi. Emilko, czy kadryl to to samo, co kontredans? Ach, ale skąd ty możesz wiedzieć. Może Lula by wiedziała. Nieważne, w każdym razie mnie to też dotyczy. Przy dzisiejszych tańcach dostałabym zawału. A ty wylewu. Albo odwrotnie. Emilka, a jak tam twoja ściśle tajna akcja?
– No właśnie, nie wiem, czy nie powinnam już dać temu spokoju, bo jeszcze Lula mnie znienawidzi.
– Z drugiej strony – zastanowiła się babcia Stasia – pewności nie mamy. Może jej się jeszcze odwróci?
– Własznie, własznie – dodała druga babcia. – Nie czeba ryzykowacz. Ty może już nie tak intesywnie, ale dżałaj. Lula muszi czucz twój oddech na plecach.
– A jak się odwinie przez te plecy, jak mi dołoży – powiedziałam melancholijnie, ale babcie były jednomyślne.
– Defetismy! – sarknęła Omcia. – Nic czy nie zrobi. Zresztą prawdżywa przyjaźń wymaga ofiar. To dla jej dobra!
Skapitulowałam. Takie dwie babcie mogą człowieka wykończyć, jak się zawezmą.
Poszłam do kuchni, gdzie, jak podejrzewałam, Janek pomagał Luli obierać ziemniaki. Zamierzałam pod byle pretekstem trochę go popodrywać, oczywiście Luli na oczach i wyłącznie w celach wyższych, ale nie udało mi się. Lula z Jasiem całowali się jak szaleni, częściowo tylko skryci za drzwiami spiżarni.
Chyba na obiad będzie makaron. Nie trzeba go obierać.
Codziennie odkrywam jakieś nowe oblicze Janka. Czasami nawet niejedno. Nic o nim nie wiedziałam tak naprawdę.
NIE ROZUMIEM, DLACZEGO WYDAWAŁ MI SIĘ NIJAKI.
NIE ROZUMIEM, DLACZEGO MNIE W OGÓLE NIE POCIĄGAŁ.
NIE ROZUMIEM, DLACZEGO TRAKTOWAŁAM GO JAK BRATA.
Obawiam się, że wielu rzeczy jeszcze nie rozumiem.
„Późna miłość szalejem kwitnie” – był kiedyś taki teatr telewizji, strasznie ponury, nie pamiętam według czego, bo byłam jeszcze całkiem mała, kiedy to widziałam, na pewno coś rosyjskiego. Tak naprawdę zapamiętałam chyba tylko ten tytuł.
Czy moja miłość do Janka jest na tyle późna, żeby miała zakwitnąć szalejem?