– Samochód, czy twojego byłego? – spytał rzeczowo.
– Byłego, oczywiście. Boże, co za męt koszmarny… Rafał, przepraszam…
– Nie masz za co, Emilko. Samochód, oczywiście, możesz sprzedać, ale zastanów się – kiedy zostaniesz bez samochodu i bez pieniędzy, będziesz się od tego lepiej czuła?
– Będę się czuła gorzej.
– No widzisz, i mnie się tak wydawało.
– Ale nie mogę żyć ze świadomością, że cię narażam na nie wiadomo co…
Usiadł na ławeczce pod wysoko umieszczonym oknem i pociągnął mnie za sobą. Klapnęłam na tę ławkę zupełnie bez siły. Prawdę mówiąc, miałam trochę nadziei, że mnie obejmie, przytuli, albo coś podobnego, niestety – niczego takiego nie zrobił.
– Nie wiem, czy naprawdę mnie na coś narażasz – mruknął. – Właściwie jestem prawie pewny, że nie. Myślę, że on bleffuje, nie wiem dlaczego, może tylko po to, żeby cię zdenerwować.
– Potrzebuje pieniędzy, przecież został bez niczego!
– Nie, nie, kochana. Nie bez niczego. Nawet jeśli został goły, to już goły nie jest…
– Skąd wiesz?!
– Myślę i wyciągam wnioski. Pamiętasz, jaki wyrok dostał Misiak?
Pewnie, że pamiętałam. Rozprawa była tydzień temu, nie mam pojęcia, jak to się udało tak szybko załatwić, podobno nasz wymiar sprawiedliwości jest najbardziej ślamazarny na całym świecie; Rafał i Tadzio robili za świadków, przy czym Rafał twardo obstawał przy tym, że to on uszkodził Misiakowi gębę, wina Misiaka została udowodniona bez najmniejszych trudności, sam się zresztą przyznał, twierdząc, że chciał się na nas odegrać za zwolnienie z pracy. Sam podobno wymyślił taki subtelny sposób zrobienia przykrości „tej całej Sergiej”, to znaczy mnie, bo mnie uznał za sprawczynię wszystkich swoich nieszczęść. Dostał karę więzienia z zamianą na grzywnę w wysokości tak kosmicznej, że w życiu nie byłby w stanie jej spłacić…
Rafał popatrywał na mnie bystro.
– Skojarzyłaś, prawda? Jeżeli ten twój…
– Tylko nie mój, proszę!
– Przepraszam, masz rację, oczywiście. Misiak takiego szmalu nie miał, bo gdyby miał, to by nie pracował, tylko ciągnął piwo u Rybickiej w sklepiku. Jeżeli więc ten pan nam tu pisze, że Misiak wychodzi z pudła, to znaczy, że ktoś za niego zapłacił.
– Zleceniodawca…
– Właśnie. A skoro zleceniodawca miał takie pieniądze, to znaczy, że albo się odkuł, albo sięgnął do rezerw, które miał tak schowane, żeby się stróże prawa do nich nie dobrali. Dobrze mówię?
– Tak wygląda…
– Idźmy dalej. Skoro ma pieniądze i to, zauważ, w takich ilościach, że stać go było na wykupienie Misiaka, a to przecież dla niego ani brat, ani swat… skoro więc ma ich tyle, to cóż to dla niego wartość jednego mizernego chryslera?
– Tylko nie mizernego – stanęłam w obronie mojej limuzyny, bo jednak fajna była, nie da się ukryć.
– Nie mizernego – zgodził się. – Tak czy siak, to dla niego pikuś, kochana Emilko. Tu jest na rzeczy coś zupełnie innego.
– Ale co?
– Nie mam pojęcia – powiedział tonem prawie beztroskim. – I nie będę się tym przejmował – dodał stanowczo. – Ty sobie też głowy nie zawracaj. Jak się coś stanie, będziemy się martwić.
– Ale ja się boję!
– O mnie?
– O ciebie! A jak się coś stanie, to już będzie za późno!
Dlaczego w tym momencie Rafał zaczął się śmiać, pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą. Te chłopy nie mają za grosz instynktu samozachowawczego. I w ogóle są dziwne.
Ogromnie i bez sensu zadowolony z siebie, albo z czegoś innego, nie mam pojęcia, wstał z tej niskiej ławeczki i wyciągnął do mnie rękę.
– Chodźmy lepiej na obiad, Lula dzisiaj robiła coś fajnego, nie wiem co, ale bardzo przyjemnie pachniało w kuchni ziółkami. I serkiem. No, chodź.
Zignorowałam rękę.
– Czy możesz mi łaskawie wyjaśnić, co cię tak szalenie rozśmieszyło? – Starałam się, aby mój ton był maksymalnie zgryźliwy.
– To był śmiech zadowolenia – wyjaśnił, wciąż jeszcze lekko chichocząc. – Jest mi dobrze ze świadomością, że ci zależy na moim życiu, Emilko. I nie mów mi, że jesteś przyjaciółką wszystkich żywych stworzeń, bo mi zepsujesz przyjemność.
Jeszcze go nie widziałam w takim frywolnym nastroju. Zawsze był dość zasadniczy!
Taki też mi się podobał. Kurczę, on jest chyba odważny. Tego nie brałam pod uwagę, ale też nie było okazji do stwierdzenia.
No dobrze, niech sobie będzie.
Wstałam z ławeczki i dałam się zaprowadzić na ten serek z ziółkami. To były naleśniki z grzybkami i szpinakiem plus serek i zioła, nie wiem jakie, ale chyba oregano, bazylia i troszkę tymianku. I świeża pietruszka. Rafał spożywał wytworne danie, nie patrząc do talerza, tylko gapiąc się na mnie. Nie chichotał już, bo w końcu trudno chichotać z ustami pełnymi naleśnika, za to w oczach miał iskierki, których przedtem u niego nie stwierdzałam.
Po raz pierwszy w życiu wyszłam z siebie i dałam się ponieść nerwom.
Publicznie, niestety.
Janek wprawdzie mnie pociesza, ale w tej chwili mam wrażenie – zdaje się, że Ania z Zielonego Wzgórza też takie miewała – że już nigdy nie wyjdę ze swojego pokoju i nie pokażę się ludziom.
Ale numer! A mówiłam babciom, że nie należy przesadzać, to nie, były mądrzejsze, staruszki zajadłe! I mnie skołowały, a trzeba było słuchać podszeptów własnego rozsądku, skoro już szeptał!
Lula mnie chyba nienawidzi.
Zamknęła się w swoim pokoju i nosa nie wytyka. Janek do niej lata co piętnaście minut, a kiedy wylatuje, patrzy na mnie wzrokiem pełnym wyrzutu. Matko jedyna, dlaczego on na mnie tak patrzy? Chyba mu wszystko powiem.
Zaczęło się wszystko psuć od rana, kiedy mieliśmy jechać do Jeleniej Góry po pierwszych gości wernisażowych, a były nimi dwie Wiktorkowe zleceniodawczynie i dobroczyńczynie (rodzaj żeński od dobroczyńca? To jakieś głupie, powinna być ta dobroczyńca i ten dobroczyniec). Wiktora jeszcze nie było, nie zdążył dojechać z Krakowa, a te dwie damy przyjechały pociągiem z jakichś dalekich zakątków Polski, gdzie zapewne prowadziły skomplikowane i oby intratne interesy kibelkowo-spożywczo-wydawnicze (wydalnicze?). No i trzeba je było odebrać z dworca o poranku. Miał jechać Janek, ale coś mu nie pasowało, coś tam jeszcze chciał zrobić w domu przed ich przyjazdem, więc poprosił mnie, żebym go zastąpiła. Prośbę wygłosił tuż po śniadaniu, kiedy zarówno Lula, jak i obie babcie były pod ręką – postanowiłam więc za jednym zamachem zadziałać na Lulczyną podświadomość i wykazać się przed babciami. Niech wiedzą, że się staram. Dzieci na szczęście już gdzieś wywiały, Rafała też nie było, pojechał do Karpacza po wytworne trunki na popołudnie. No więc kiedy Jasio wystąpił z tą swoją prośbą, wstałam z krzesła, podeszłam do niego – a on jeszcze siedział – i tak prawie po siostrzanemu objęłam go za ramiona i powiedziałam czule:
– Dla ciebie wszystko, Janeczku kochany. Mówisz i masz.
I pocałowałam go w czubek głowy.
Poklepał mnie tylko po ręce, za to Lula – matko moja, jak ona na mnie spojrzała! I omal się nie udławiła jajecznicą.
Zerknęłam jeszcze na babcie, z kamiennymi twarzami grzebiące w jajkach i prysnęłam gdzie pieprz rośnie. To znaczy do samochodu.
Biznesłumenki rozpoznałam natychmiast po tym, że były dwie – żadnego poza nimi damskiego dwuosobowego kompletu nie było. Obie damy w sile wieku – tak koło czterdziestki, bardzo ładnie zakonserwowanej za pomocą kosmetyków, na które też było mnie stać, kiedy wisiałam na Leszku. Zupełnie sympatyczne poza tym. Bagażu miały z sobą tyle, jakby przyjeżdżały do nas na dwa tygodnie, a nie na dwa dni. Pomogłam im to wszystko zataszczyć do auta, trochę się nawet bałam, że mi nie wlezie do bagażnika, ale wlazło. Po drodze do Marysina gawędziłyśmy sobie swobodnie na temat Wiktora – jaki to on zdolny, a jaki uroczy, a jaki sympatyczny, a jakie ma wspaniałe, niekonwencjonalne pomysły. Ajajajaj. Wygląda na to, że obie się w nim podkochują, nie bacząc, że młodszy i żonaty oraz dzieciaty. Zwłaszcza ta koleżansia od nowego magazynu dla kobiet. Magazyn niebawem się ukaże i będzie miał tytuł „Trendy”. Spytałam koleżansię, czy to trendy w liczbie mnogiej po polsku, czy w liczbie pojedynczej po angielsku, czy może w ogóle to oznacza bycie w kursie dzieła, ale ona tylko się zaśmiała perliście i powiedziała, że każda czytelniczka ma sobie to zinterpretować tak, jak jej się podoba. Najważniejsze, żeby się sprzedało.
W zasadzie racja.
Zaledwie dojechałyśmy do Rotmistrzówki, zaledwie obie panie zdążyły się rozgościć – nadjechała ekipa telewizyjna, a zaraz za nią Wiktory z jakimś facetem obwieszonym torbami – jak się okazało, fotoreporterem magazynu „Trendy”. Wszyscy ci faceci od robienia obrazków natychmiast przystąpili do systematycznego niszczenia wzorowego porządku, jaki poprzedniego dnia udało nam się w Rotmistrzówce zaprowadzić. Porozstawiali po wszystkich kątach jakieś lampy na statywach, walizki z gratami; kolorowe folie i kawałki fliseliny majtały się wszędzie pod nogami – Lula miała mord w oczach, ale taki jeden główny od telewizorów obiecał jej, że wszystko posprzątają, zanim przyjadą goście na wernisaż. A na razie oni będą robić reportaż o zdolnym malarzu i jego przyjaciołach.
– Ale to będzie wernisaż księdza, a nie Wiktora – zauważyłam mimochodem.
– Nie szkodzi – powiedziała pogodnie pani redaktor od reportażu. – Ksiądz też zaistnieje, oczywiście, ale nas najbardziej interesuje twórczość pana Łaskiego. Nie musimy filmować obrazów na ścianie, sfilmujemy je sobie na sztalugach. W pracowni mistrza. Wywiad z panem też nagramy w pracowni.
– Ale ja w zasadzie nie mam tu pracowni – bąknął Wiktor. – Ja tu głównie malowałem w plenerze…
– To nie problem – machnęła lekceważąco ręką pani redaktor. – Wyjdziemy w plener. Pokażemy, jak pan maluje. W plenerze.
– Zapomnij – wtrącił gość, dyrygujący dotąd ustawianiem świateł, chyba operator od tej kamery. – Mróz jest, nie zauważyłaś? Farby mu zamarzną na palecie. Że nie wspomnę o paluszkach. Panie, w zimie też pan w plenerze maluje? Kamikadze pan jest? Klub morsów?