Выбрать главу

– A nie – speszył się Wiktor. – Ja właściwie tu nie malowałem, kiedy było zimno. To znaczy, kiedy tu malowałem, było cieplej…

– Niech pan się nie przejmuje – zakomenderowała redaktorka.

– Rozłożymy te sztalugi gdziekolwiek bądź, Seba pana sfilmuje w ciasnych planach. Seba?

– Ja tu będę miał wyłącznie ciasne plany – zgłosił pretensję Seba.

– Jak jeszcze przyjadą goście, to po plecach im będę chodził.

– Seba. Nie takie programy się kładło – zgromiła go pani redaktorka. – Nie robimy „Ogniem i mieczem”, tylko reportaż o jednym facecie. Nie musisz mieć miejsca dla armii napoleońskiej!

– Armia napoleońska to „Popioły” – mruknął operator, ale zrezygnował z przekonywania swojej pani i zajął się wyszukiwaniem miejsca, w którym Wiktor mógłby udawać, że maluje.

Doszłam do wniosku, że nie interesują mnie szczegóły telewizyjnego rzemiosła i udałam się do kuchni, żeby pomóc Luli w produkcji setek tysięcy – albo i milionów – maciupkich tartinek z różnymi fajnymi rzeczami dla gości wernisażowych.

Lula cały czas spoglądała na mnie spode łba i nie reagowała pozytywnie na moje próby nawiązania beztroskiej rozmowy. Zrezygnowałam więc i skoncentrowałam się na ćwiartowaniu pomidorków koktajlowych oraz przepoławianiu oliwek. Zdążyłam tego natrzaskać wielką górę, kiedy do kuchni wpadli rozgorączkowani Kajtek z Jagódką.

– Ciociu Emilko! Ciocia jest proszona! Ta pani ciocię prosi!

– Mnie? Przecież to jest materiał o Wiktorze!

– Ciocia przyjdzie! Bo pan Rafał powiedział, że się nie nadaje na gwiazdę telewizyjną, ale ciocia musi go przekonać, bo trzeba pokazać im hippoterapię.

– Ale przecież dzisiaj nie mamy żadnych zajęć.

– Nie szkodzi, to trzeba zaimprowizować, oni tak mówią, to znaczy my z Jagodą możemy udawać te chore dzieci.

– Wykluczone – zaprotestowałam. – Ja tam jestem przesądna, nie będziemy niczego takiego udawać. Rafał się na to zgodził?

– No właśnie nie, dlatego trzeba, żeby go ciocia przekonała!

Umyłam ręce i udałam się do salonu, gdzie goście pokrzepiali się właśnie jednym ze szlachetnych trunków nabytych świeżo przez Rafała.

Redaktorka wczepiła się we mnie prawie że pazurami.

– Pani Milko! W pani moja jedyna nadzieja!

– Zaraz. I nie Milka, tylko Emilka…

– Ciocia nie jest czekoladą – wtrąciła domyślnie Jagódka.

– Ale o co chodzi?

– Chodzi o to, że nie możemy pana Wiktora wypreparować z tej całej rzeczywistości, która go otacza, a zatem musimy pokazać dom, to znaczy Rotmistrzówkę, państwa wszystkich…

– Babcie już pani pokazała?

– Babcie? A nie, babcie pokażemy tylko na wernisażu. Nie będę z nimi robiła wywiadów, nie potrzebuję do rozmów nikogo poza panem Wiktorem. Natomiast potrzebne mi są obrazki z życia Rotmistrzówki. W tym hippoterapia.

– Ale my dzisiaj nie mamy zajęć z chorymi dziećmi.

– Nie szkodzi. Mamy tu dwójkę zdrowych, mogą zastąpić chore. Odwrotnie by się to nie dało zrobić – zachichotała dosyć debilnie.

Spojrzałam na Rafała. Kontemplował czubki swoich butów i nic nie mówił, ale wyraz twarzy miał pełen obrzydzenia. Zastanowiłam się przez chwilkę. Jeżeli to ma być reportaż o Wiktorze w jego środowisku naturalnym i jeżeli tym środowiskiem ma być Rotmistrzówka, to chyba jednak nieładnie byłoby tak całkiem się na to wypiąć.

Dzieciaki wlepiły we mnie wzrok pełen nadziei. Chyba strasznie chciały zagrać w tym filmie.

– Rafał – zaczęłam nieśmiało – ja mam pomysł…

– Naprawdę chcesz, żeby nasze dzieci robiły cyrk? I my z nimi?

– Nie, nie, nigdy w życiu! Ja zresztą uważam, że takie udawanie przynosi pecha. Ale możemy po prostu pokazać, jak uczymy zdrowe dzieci jeździć konno. Bo przecież uczymy. Najlepiej zresztą, żeby Wiktor z nimi pojeździł…

– Pan Wiktor nie – zaprotestowała redaktorka. – Pan Wiktor będzie sfilmowany na koniu, ale sam. W galopie.

– Ach, w galopie – powtórzył Rafał z pewną nutką sarkazmu, której jednak pani redaktorka nie zauważyła.

– W galopie – przyświadczyła. – Ja go odrealnię na montażu. A państwo mają być taką realistyczną otoczką dla artysty.

Artysta Wiktor był czerwony i nic nie mówił, tylko gapił się za okno. Biznesłumenki przysłuchiwały się naszym dyskusjom z uwagą, co jakiś czas przytakując pani z telewizji. Fotoreporter z pisma „Trendy” biegał dookoła nas i trzaskał zdjęcia z szybkością karabinu maszynowego. Ciekawe, czy on też będzie Wiktora odrealniał.

I pewnie byśmy tak do końca świata siedzieli i powarkiwali na siebie nawzajem, gdyby nie Janek, który, jak zwykle, zaprezentował spokój, opanowanie i przytomność umysłu.

– Pani redaktor – powiedział tonem stanowczym, acz uprzejmym. – Emilka ma rację. Nasze dzieci nie będą do kamery grały dzieci nieszczęśliwych i ciężko upośledzonych, takiej możliwości proszę w ogóle nie brać pod uwagę. Rozumiem niechęć Rafała, nie każdy ma ochotę na występy przed kamerą. Jeśli pani chce, pokażemy pani, jak wygląda normalna jazda z dziećmi, Emilka i ja. Bo rozumiem, Emilko, że ty nie masz oporów?

W oczach Rafała zobaczyłam ulgę, a buzie Kajtka i Jagódki, mocno przed chwilą wydłużone, znowu poweselały. Oboje spoglądali teraz z nadzieją to na mnie, to na Janka.

– Nie mam oporów – powiedziałam i nie dodałam, że przecież mój osobisty gangster już mnie znalazł, obejrzawszy uprzednio w telewizji. – To jak?

Redaktorka wyraźnie zamierzała się kłócić, ale operator Seba ją ubiegł.

– Bardzo dobrze – oświadczył. – Niech sobie będzie zwykła jazda, na cholerę ci, Kaśka, jakieś chore dzieciaki? Tylko musimy to zrobić szybko, bo mi się ściemnia. Mam jeszcze godzinę światła dziennego i ani chwili dłużej.

– To trzeba było zacząć od plenerów – warknęła Kaśka i ruszyła się z fotela. – Chodźmy w takim razie. Ale szkoda, proszę pana, szkoda – to ostatnie było w stronę Rafała, który udawał, że go nie ma w pokoju.

Poszliśmy do stajni. Pani redaktorka nie chciała filmować żadnych czynności wstępnych, od razu wyprowadzanie ze stajni, do siodłania wzięliśmy się więc we czwórkę – ściągnięta od kanapek Lula, Rafał, Janek i ja – żeby jak najszybciej można było przystąpić do zdjęć. Osiodłaliśmy cztery konie, Lula i Rafał oddalili się w kierunku niedokończonych przekąsek, a my zabraliśmy się do tych scen aktorskich. Operator ustawił kamerę przed drzwiami stajni, uzgodniliśmy, że najpierw pójdę ja z Bibułą, potem dzieci z Lolą i Latawcem, a na końcu Janek z Milordem.

Poczekaliśmy jeszcze chwilkę w stajni, ustawieni w karny rządek, wreszcie pani redaktorka wrzasnęła „proszę!!!” i ruszyłam na czele naszego małego zastępu, prowadząc Bibułę przy pysku.

Na widok kamery kobyła zastrzygła nieufnie uszami, ale nie zrobiła jeszcze niczego głupiego. Za to filmowcy zrobili coś głupiego. Operator zrezygnowanym ruchem zdjął kamerę z ramienia i machnął ręką do swojego pomagiera.

– Za ciemno mi tutaj! Mówiłem, żeby się spieszyć. Dopal mi, szybko!

Zanim zdążyłam się zorientować, na co się zanosi, pomagier podniósł rękę, w której trzymał jakiś przedmiot, przedmiot okazał się cholerną lampą, facet ją zapalił i wściekłe białe światło rozbłysło tuż przed nosem zaskoczonej Bibułki.

Nikt by tego nie wytrzymał, nie tylko nerwowa z natury Bibułka! Oszalała ze strachu, w ułamku sekundy wyrwała mi wodze z ręki, stanęła dęba i w panice zaczęła się cofać do stajni, nie zwracając najmniejszej uwagi na podążające za nią dzieci. Prawdopodobnie rozdeptałaby je zupełnie niechcący, gdyby nie dalekowschodni refleks Jasia, który (Jaś, nie refleks) puścił luzem Milorda, podbiegł te pięć kroków i żelazną ręką złapał wodze Bibuły, dyndające swobodnie. Jeszcze się trochę szarpała, ale udało mu się ją zatrzymać, a po małej chwili nawet uspokoić.

– Ja pierniczę – powiedział operator, prawie tak samo wystraszony, jak biedna Bibuła. – Bardzo przepraszam, nie pomyślałem… Naprawdę, bardzo przepraszam…

– Matko Boska. – W momentach nerwowych stawałam się czasem pobożna. – Jasiu, to cud, żeś ty ją utrzymał! Panowie, nie można koni straszyć, to są nerwowe zwierzęta! Tu się mogło Bóg wie co wydarzyć! Dzieciaki, a wy trzymacie swoje konie?

Trzymały i nawet się specjalnie nie zdążyły zlęknąć. Lola i Latawiec trochę strzygły uszami, a poza tym nic. Byłam z nich dumna, że takie zrównoważone, ale po prawdzie, całe to światło poszło na Bibułę.

Operator jeszcze dwa razy przeprosił, że żyje, a potem wrócił do formy i zażądał natychmiastowego dubla, bo światło, jak twierdził, siadało mu w zastraszającym tempie.

– I co, zamierza pan znowu tak nam poświecić? – spytałam. – Bo tu może być prawdziwa kaszana, jak Bibułka wyjdzie z siebie!

– Nie, nie, ja jeszcze raz przepraszam, ale wie pani, ja wyciągam wnioski. Zrobię to na podbiciu, trudno, niech będzie gorsza jakość…

Nie zrozumiałam, na czym on zamierza to zrobić, jakoś mętnie skojarzyło mi się z tańcem w balecie klasycznym, chociaż po zastanowieniu przypomniałam sobie, że tam się tańczy nie na podbiciu, tylko na pointach, ale rzeczywiście nie było czasu na rozmowy, dzień robił się coraz bardziej schyłkowy, chociaż, na szczęście dla operatora i jego podbicia, chmury poszły sobie gdzieś, niebo się rozjaśniło i nawet, chociaż bardzo anemicznie, zaświeciło takie schyłkowe, zimowe słońce.

Nakręciliśmy mało ambitną pod względem aktorskim scenkę wyprowadzania koni ze stajni, potem wsiedliśmy na te konie i pokręciliśmy się trochę po obejściu, podczas kiedy operator biegał koło nas jak szalony, żeby sfilmować to słońce spoza końskich grzbietów. Potem jeszcze zawołali Wiktora, Jasio oddał mu Milorda i Wiktor urządził sobie małą, pokazową galopadkę wzdłuż padoku. Chciał pogalopować wszerz, ale operator zaprotestował, bo miał zamiar filmować go z samochodu jadącego drogą koło ogrodzenia. Pani redaktorka podczas kręcenia tych wszystkich scen, zrobiła się jakaś cicha i bezwonna, najwyraźniej ufając swojemu operatorowi Sebie.

W końcu Seba dał nam spocznij, odstawiliśmy zwierzątka na miejsca (uszy Bibułki wciąż jeszcze były dość nerwowe) i poszliśmy przebrać się w stroje wizytowe, jako że niebawem powinni się zjeżdżać goście wernisażowi.