– Po co, kochana Ewciu? – zapytałam, upychając naczynia w zmywarce. – Po co ci to? Co to za praca w takiej nieprzyjemnej atmosferze?
Nie udzieliła mi satysfakcjonującej odpowiedzi. Zdaje się, że biedna Ewa po prostu musi mieć rację i po trupach, ale będzie to udowadniać. W tym po własnym trupie.
Boże, Boże, dlaczego ludzie są tacy nierozsądni???
Dobrze, nie będę się wymądrzać. Rozsądna się trafiła.
Kładąc się spać, nie myślałam już o biednej Ewie ani o nieszczęsnej Luli. Myślałam o Rafale, o jego oczach, rękach, włosach, nosie, głosie, o jego całej reszcie i o tym, że chyba chętnie bym się w nim zakochała.
Bo na razie nie jestem jeszcze zakochana.
Ale chyba rację miał Wiktor w sprawie posępnych i tajemniczych min. Czy nie dlatego mnie ciągnie do Rafała, że taki w gruncie rzeczy tajemniczy z niego facet? Bo cóż ja o nim wiem? Niewiele. Opowiedział mi wprawdzie tę okropną historię swojej żony i córeczki, ale nawet nie wiem, gdzie on je miał, tę żonę i tę córeczkę. Bo chyba nie w Janowie Podlaskim, tam nie ma Akademii Medycznej z klinikami. A sam Rafał jakiś taki małomówny (oczywiście z wyjątkiem tematu autystycznych i porażonych mózgowo dzieciaczków, które to dzieciaczki wozimy na naszych koniach – o tym to on może godzinami), uśmiecha się wprawdzie miło i uprzejmie, ale niewiele z tych uśmiechów wynika. Raz tylko widziałam prawdziwy błysk w jego oczach – kiedy unieszkodliwił Misiaka Dżuniora i usiadł mu na klacie.
Co to może znaczyć?
Kiedyś się tego dowiem. Na razie padam z nóg.
Janek uważa, że niepotrzebnie zrobiłam scenę. Przyszedł mi to wytłumaczyć, porzuciwszy nietaktownie całe wernisażowe towarzystwo. No dobrze, ja sama wiem, że scena była bez sensu i że ja też nie powinnam była porzucać towarzystwa, a zwłaszcza dziewczyn, które potem musiały posprzątać – a nie miały już do dyspozycji Żakliny, która pomagała tylko w przygotowaniach.
– Ludwisiu moja kochana – tłumaczył mi Janek (mówi tak do mnie wyłącznie, kiedy jesteśmy sami…) – to, że sobie poszłaś, to naprawdę nie ma znaczenia. Ważne jest, że się uzewnętrzniłaś…
– To znaczy, że co? Że wszyscy się dowiedzieli, że jestem o ciebie zazdrosna?
Nie wiem, czym go tak rozśmieszyłam, ale kolejny kwadrans spędziłam na oddawaniu mu pocałunków i wysłuchiwaniu jego chichotów. To ostatnie mnie w końcu trochę zezłościło.
– Przestań się śmiać jak głupi do sera!
– Ja się nie śmieję do sera, tylko do ciebie. Poza tym rozśmiesza mnie sytuacja…
Wyrwałam się z jego objęć.
– A co w tym widzisz śmiesznego, na litość boską?!
Rozwalił się na fotelu z miną szalenie zadowoloną. Ja tych chłopów nigdy nie zrozumiem. Rzuciłam w niego poduszką. Złapał ją zgrabnie i dopiero teraz omal nie umarł ze śmiechu. Nigdy w życiu nie widziałam, żeby się Janek TAK śmiał! Prawda, że niewiele o nim wiedziałam do tej pory, bo też i nie chciałam się wcale dowiadywać. Sporo lat przez to straciłam. No cóż, zważywszy na istnienie Kajtka, nie będę sobie tego miała za złe. I nie będę żałować. Niech tam. Ale teraz nie pozwolę, żeby się chłop ze mnie naigrawał!
Usiadłam naprzeciwko niego na krześle, zabrałam mu tę poduszkę i spojrzałam mu głęboko w oczy. Jeszcze nieco załzawione od tego śmiechu.
– Odpowiadaj zaraz, dlaczego się tak cieszysz?
– Mam powody – zaśmiał się jakby ostatkiem sił. – Sama popatrz. Kochałem się w tobie miłością nieszczęśliwą i beznadziejną lata całe. W ogóle nie zauważałaś mojego istnienia. Nawiasem mówiąc, musisz mi powiedzieć, co takiego widziałaś w Wiktorze i co w nim teraz przestałaś widzieć…
– Serce kobiety jest nieodgadnione – powiedziałam wyniośle, bo nie było mnie w tej chwili stać na żadną inteligentniejszą odpowiedź. – Mów dalej!
– Dobrze – zgodził się potulnie. – Będę mówił dalej. No więc kochałem cię beznadziejnie, potem cię w ogóle straciłem z oczu i straciłem nadzieję, potem cię spotkałem i znowu twoje nieodgadnione serce skłaniało się ku naszemu przyjacielowi artyście. No więc po raz kolejny straciłem nadzieję… sam się sobie dziwię, że jeszcze ją miałem. To znaczy, odzyskałem, bez sensu. Rozumiesz, co mówię. I nagle – trach, mam cię.
– I co?
– I nic. Szok. Rzucasz we mnie poduszkami i publicznie chcesz skakać do gardła biednej, poczciwej Emilce, bo mi okazała cieplejsze uczucie… całkowicie siostrzane zresztą.
– Nie wierzę w takie siostrzane uczucia!
– Znowu zaczynasz?
– Nie musiała się na tobie wieszać!
– Ona jest spontaniczna. A ja naprawdę byłem dzielny…
Rzuciłam w niego poduszką. Odrzucił mi ją, chichocząc. Matko Boska jedynąca, jak mawiają niektórzy tutejsi. Janek rzuca poduszkami. Świat wychodzi z formy!
Ja naprawdę zwariuję. Czy w tej Rotmistrzówce wszyscy coś knują? Od najstarszych starowinek do najmłodszych dzieci?
Koło południa ostatecznie pozbyliśmy się śladów po nawale gości, babcie skryły się w zaciszach swoich pokoi i odpoczywały po przejściach, Lula i Jasio gdzieś znikli, Rafał odwiózł Beti i Megi na dworzec do Jeleniej Góry, Rupert i Malwina odjechali do swych studentów, wyjechali też Wiktorowie – Ewa, aby toczyć dalsze boje na swojej uczelni, Wiktor, aby projektować za ciężkie pieniądze kampanię promocyjną magazynu „Trendy” – a ja usiadłam sobie cichutko przy kuchenym stole, żeby w spokoju pouczyć się do egzaminu na hippoterapeutkę.
W spokoju.
Ledwie przerzuciłam kilka kartek i wciągnęłam się w problematykę, drzwi kuchni uchyliły się jakby konspiracyjnie i weszli przez nie na paluszkach – któż jak nie Kajtuś i Jagódka?
– Idźcie sobie, dzieci – powiedziałam do nich łagodnie, bo ostatecznie lubię oboje i nie będę w nich od razu rzucać widelcami. – Ciocia Emilka jest zajęta jak nie wiem co. No, już was nie ma. Spadóweczka.
– Ciociu, my cię przepraszamy, ale nie spadóweczka. Ciociu!
– Kajtuś, nie dyskutuj. Poszły precz dzieci.
– Ciociu, ale my mamy strasznie ważną sprawę…
– Kochani, ja mam egzamin za tydzień. Przyjdźcie za tydzień. Albo po obiedzie. Ja muszę wykorzystać ten spokój w domu. Wynocha.
Mogłam sobie dużo mówić. Kajtek łagodnie, ale stanowczo wyjął mi skrypty z ręki, a Jagusia bezczelnie wlazła mi na kolana i objęła mnie łapkami za szyję.
– Który to wielki poeta powiedział, że dzieci są zakałą ludzkości? – spytałam retorycznie i beznadziejnie.
– My się cioci musimy poradzić – zaszeptała mi do ucha Jagódka, podczas kiedy Kajtek, stojąc tuż przede mną, wlepiał we mnie swoje wielkie, nie-Jasiowe (pewnie po słynnej Romanie, chociaż Janek też ma dość wyraziste spojrzenie) oczyska. Cóż, widać było, że nie popuszczą. Zrezygnowałam z daremnego oporu, odłożyłam skrypt i strząsnęłam Jagódkę z siebie.
– Dobrze – powiedziałam. – Macie dziesięć minut. Zrobię sobie herbaty, a wam dam soczku wiśniowego, chcecie?
Oczywiście chcieli. Nalałam im hojnie i zasiedliśmy do narady.
– No więc, ciociu – zaczął Kajtek – przede wszystkim musimy cię prosić o dyskrecję.
– Jak w banku – obiecałam poważnie, zastanawiając się, czy oni mają na myśli to, co ja myślę, że mają.
Mieli.
– Czy ciocia uważa, że mój tata i ciocia Lula są w sobie zakochani?
Pewnie, że uważam, ale czy to jest temat do omawiania z takimi małolatami?
– A ty jak uważasz? – zapytałam dyplomatycznie.
– Ja uważam, że tak. Bo oni, ciociu, sypiają ze sobą.
Zadławiłam się herbatą.
Kajtuś zawahał się przez moment, a potem walnął mnie w plecy, aż huknęło.
– Z czego to wnosisz, synku? – wykrztusiłam przez łzy.
– Tato chodzi w nocy do cioci Luli. Tym dorosłym to się, ciociu, wydaje, że my jesteśmy ślepi i głusi. A poza tym Jagoda widziała, jak się całowali w stajni. Ja też widziałem, kilka razy. No więc, ciociu, moim zdaniem, wszystko wskazuje na to, że są bardzo zakochani. I chyba ciocia Lula jest o ciocię zazdrosna… trochę.
Bystre dziecko.
– Czy wy we dwoje z Jagódką omawiacie wszystkie nasze prywatne sprawy?
– Pewnie, że tak. Z kim mam omawiać, jak nie z Jagodą. Jesteśmy tu jak w rodzinie, a przecież żaden dorosły nie będzie ze mną chciał w ogóle gadać na takie tematy.
– Proszę, proszę. A przecież przyszedłeś do mnie, a ja jestem dorosła.
– Komuś musieliśmy zaufać – powiedział poważnie Kajetan, a ja poczułam się dumna.
– No dobrze – powiedziałam. – Załóżmy, że są zakochani, ja też mam pewne przesłanki, by tak sądzić. I co z tego wynika?
– Zastanawialiśmy się z Jagodą, czy oni będą się chcieli ożenić. No bo jeśli są zakochani, to pewnie by chcieli. Z drugiej strony tato może myśleć, że ja mogę tego nie chcieć, ciocia rozumie, ze względu na mamę.
– Ciocia rozumie. A jakie jest twoje zdanie w tej sprawie?
Kajtek zamyślił się na chwilę nad swoją szklanką. Jagódka patrzyła w niego jak w tęczę. Wreszcie siorbnął ostatni łyk i odstawił szklankę.
– Ja bym chyba nie miał nic przeciwko temu. Ja lubię ciocię Lulę. Mamy… już nie ma. To nie jest żadna sprawa rozwodowa, więc jakby się ożenili, to by niczego nie zmieniało, no, rozumie ciocia?
– Rozumiem. W odniesieniu do twojej mamy.
– No właśnie.
– Bardzo rozsądne podejście – pochwaliłam. – A jakież wnioski wyciągniemy z naszej wiedzy? I w czym mam wam doradzić?