Выбрать главу

– Emilka, ty wiesz, o co mi chodży z Rafałem! Nie wykręcaj szę!

– Omciu. Chcesz, to ja cię nauczę jeszcze jednego idiomu?

– Proszę, naucz, ja chętnie. Ale i tak muszysz mi powiedżecz… – To uważaj, Omciu. Nie wybiegaj przed orkiestrę. My się z Rafałem tylko przyjaźnimy.

– Aha, to ja wybiegam przed orkiestrę? Tak? To dlaczego jestesz smutna?

– Ja chyba jestem raczej zła, babciu Omciu. To może podobnie wygląda. Wszystko przez mojego byłego narzeczonego…

Pękłam. Wygadałam się przed Omcią ze wszystkich moich zmartwień i strachów powodowanych przez cholernego Kałacha, te jego telefony, sms-y, pogróżki, zagadkowe i niekonkretne, a obrzydliwe i denerwujące ględzenie…

– Ja już dawno bym mu oddała te zakichane pieniądze, tylko ich nie mam! Dostałam sto osiemdziesiąt pięć tysięcy, osiemdziesiąt włożyłam w Rotmistrzówkę, więc są nie do ruszenia, za pięć dych mniej więcej kupiłam samochód, trochę mi poszło, mam w banku czterdzieści pięć tysięcy. Ja te czterdzieści pięć tysięcy mogę łobuzowi dać, ale on chce sto dwadzieścia! Mogę sprzedać samochód, ale to potrwa. A poza tym i tak nie dobiję do tych stu dwudziestu.

– A powiedz, dżecko, dlaczego policja nic nie robi w tej sprawie?

– Policja podobno robi, tylko ogólnie, nie akurat w tej sprawie. Bo ta sprawa jest praktycznie nie do ruszenia. Pogróżek mu nikt nie udowodni. Weźmie forsę i powie, że miałam wobec niego zobowiązania, które spłacam. A jak mu podskoczę, to boję się, że zrobi krzywdę koniom albo Rafałowi, bo też mu już groził, to znaczy mnie groził…

– A, ty szę boisz o Rafała. Dobrze – ucieszyła się Omcia. – A jak powiedżałasz? Że mu podskoczysz?

– Taki idiom, babciu. To znaczy, że się sprzeciwię.

– Rozumiem. Ale szę boisz podskoczycz.

– No pewnie, że się boję. Pamięta babcia, co chcieli zrobić Latawcowi? Gdyby ich chłopaki nie przyłapali, byłoby po koniu! A nie zawsze możemy mieć tyle szczęścia.

– Ja wszystko rozumiem. To teraz ty posłuchaj. Ja mam taki plan. Ja czy pożyczę pieniądze na twój wkład w Rotmiszsz…ówkę. Te oszemdżesząt tyszęcy. Ty mnie spłaczysz, kiedy będżesz mogła. Ty nic nie mów, na raże ja mówię. Dołożysz do tego czterdżeszczy, co masz w banku, albo sprzedasz auto, jak wolisz. I zapchasz mu gębę. Czy to jest dobry idiom?

– Doskonały! – Zaśmiałam się przez ściśnięte gardło. Jak ja mam przyjąć taką pożyczkę od starszej pani? Przecież w życiu jej nie spłacę, nie zdążę, do diabła! Czym na nią zarobię? Wożeniem pokręconych dzieci? Przy naszym cenniku?

Starsza pani chyba dobrze wiedziała, co mi chodzi po głowie, bo nagle położyła dłoń na mojej ręce, spojrzała mi głęboko w oczy i powiedziała:

– Emilko. Ja nie wiem, co bym zrobiła na twoim miejscu. Ale kiedy chodży o konie, albo on by grożył, że zrobi krzywdę mojemu mężowi, to znaczy mężczyźnie, którego ja kocham, to bym nie ryzykowała. Tak samo jak ty. Ty mnie nie każ tego wszystkiego tłumaczycz po polsku, bo mnie szę mózg zagotuje. To mnie Kajtek nauczył, tego idiomu. Czy idioma? Idiomu? Gut. Sytuacja jest taka: ja mam pieniądze, ty nie masz. Ja ich tyle nie poczebuję, co mam. Starczy mi do końca życzą i jeszcze dużo zostanie. Ja nie wiem i nie chcę wiedżecz, co będże po mojej szmierczy, ale teraz jeszli mogę zrobicz cosz pożytecznego, to ja chcę to zrobicz. Podpiszemy kontrakt. Ja czy dam dwadżeszcza lat na oddanie tej pożyczki. Nie pacz tak na mnie. Czy uważasz, że ja nie pożyję dwadżeszcza lat?…

Rzuciłam się jej na szyję i oświadczyłam, że pożyje jeszcze setkę.

– Setki nie, ale z oszemdżesząt – zachichotała. – Będę starsza niż ten dżadek z Kaukazu, co miał sto czterdżeszczy… Po rewolucji pażdżernikowej!

– Omciu, kurczę, nie wiem…

– Emilka! Nie mów tyle! Tylko pamiętaj, żeby wżącz od gangstera kwit. Że ty mu oddajesz sto dwadżeszcza tyszęcy za samochód. I on ma podpisacz, że nie ma pretensji. Mój Helmut spisze umowę dla was, a Janek ją przetłumaczy na polski. I czeba szę z tym spieszycz, dopóki Helmut jest w szoku…

– To jednak Helmut jest w szoku! Tak nam się wydawało!

– Podsłuchiwaliszcze?

– Nie da się ukryć…

– Trochę na niego nawrzeszczałam – oświadczyła swobodnie Omcia. – On nie znoszy, kiedy ja na niego wrzeszczę, mówi, że jestem stara jędza.

– Omci to mówi w oczy?

– Tak, bo my jesteszmy starzy przyjaczele. Ale ja mu płacę, więc on muszy słuchacz. No dobrze, dżecko, to jutro od rana robimy te papiery, a teraz ja już pójdę spacz, żeby mi szę cera nie pomarszczyła jeszcze bardżej. Gute Nacht, kochana Emilko.

– Dobranoc, Omciu. Spij słodko.

Wyściskałyśmy się (delikatnie, żeby mi się babcia Omcia nie rozsypała) i oddaliłam się do swojego pokoju, specjalnie starając się na nikogo nie natknąć, bo nie byłam w nastroju do rozmów z kimkolwiek.

Byłam w szoku, jak Helmut. Omcia miała dziś najwyraźniej dobry dzień.

Lula

Coś Emilka naknuła z Marianną, tylko nie chce nikomu powiedzieć, ale od rana siedzą u niej z Jankiem i mecenasem Helmutem i produkują jakieś urzędowe papiery. Próbowałam Janka podpytać, wołając go do kuchni po tacę z ciastem i kawą dla nich wszystkich, ale tacę wziął, a słowa nie pisnął, zasłaniając się cudzą tajemnicą.

– Ale nie martw się, kochanie moje – powiedział, całując mnie na pocieszenie. – Jak się sprawa cała zakończy, dowiesz się o wszystkim. Emilka z babcią Omcią na pewno wydadzą specjalny komunikat.

I prysnął z mojego pola widzenia. Muszę go uświadomić, że po ślubie nie zamierzam tolerować podobnych praktyk.

Albo może lepiej nie będę go uświadamiać, po co uprzedzać fakty?

Siedzieli nad papierami do obiadu, przy czym Emilka opuściła ich nieco wcześniej, obiad zjedli w roztargnieniu, chociaż zrobiłam solę atlantycką w koperkowym sosie – i sola mrożona, i koperek, ale trudno, żeby ryba z Atlantyku dojechała do Jeleniej Góry inaczej niż w stanie zamrożonym; a koperek jest nasz, z ogródka, zrobiłyśmy tego z Emilką sto dwadzieścia takich małych trumienek jak od dwuosobowych lodów, albo od dziesięciu deka smalcu domowego w delikatesach w Karpaczu (odkąd odkryłam ten smalec, przestałam robić sama). Po obiedzie Janek wymamrotał coś na kształt przeprosin, że znika przed deserem, zabrał Emilkę i Helmuta i gdzieś pojechali.

I znowu nic nie powiedzieli po powrocie!

Jak tak dalej pójdzie, zastanowię się nad separacją Janka od stołu i łoża.

No, może na razie tylko od stołu. Od łoża byłoby mi szkoda.

Emilka

Byłam w szoku jak Helmut, a teraz jestem w szoku jak dwa Helmuty. Nie, jak dziesięciu Helmutów, jak cały pułk Helmutów, czy może cały batalion, nie wiem, co jest większe, batalion czy pułk. Ja jestem w takim szoku jak to większe.

Wczoraj zaraz po śniadaniu zebraliśmy się u Omci, żeby napisać dla mnie dwie umowy – z Omcią o pożyczkę gotówkową i z Leszkiem o rekompensatę za samochód. Przy okazji wyszło na jaw, że przyzwoity i prawdomówny Jan Pudełko też w razie potrzeby potrafi kręcić jak pies ogonem. Potrzeby, nawiasem mówiąc, swoiście pojętej!

Tę umowę z Omcią Helmut najpierw wyprodukował na laptopie w wersji niemieckiej, potem Janek zabrał się za tłumaczenie, ale już mi podsunęli papiery do podpisania – więc podpisałam, bo komu mam wierzyć bardziej niż moim przyjaciołom, a w szczególności Janowi Pudełko???

No i kiedy Pudełko zrobiło tłumaczenie, okazało się, że któryś tam osiemset sześćdziesiąty, albo coś koło tego, punkt przewiduje spłatę przeze mnie długu Omci – owszem, w ciągu dwudziestu lat – jednakowoż z zastrzeżeniem, że w razie śmierci Omci pozostała do spłacenia część długu automatycznie ulega zatarciu, czy jak tam oni się prawniczo wyrażali.

No więc teraz podstępna staruszka MUSI pożyć jeszcze dwadzieścia lat!

Powiedziałam jej o tym, a ona tylko machnęła na mnie ręką. Helmut się śmiał, co dowodzi, że zaczyna podlegać dziwnym wpływom Rotmistrzówki.

Oczywiście, zmusiłam ich wszystkich do przyrzeczenia, że o całej sprawie będą milczeć jak rodzinne grobowce do momentu, kiedy już Kałach dostanie forsę, a ja odetchnę z ulgą. Inaczej zaczęłyby się narzekania, dobre rady, a ja mam już dość tego wszystkiego! Nadeszła pora czynu!!!

Zanim przystąpiłam do czynu, tego właściwego, pojechaliśmy z Jasiem i Helmutem do Wrocławia i w kapiącej złotem i marmurami (czy można kapać marmurem?) filii niemieckiego banku odwiecznie obsługującego rodzinę Kruegerów – do innych ani Omcia, ani Helmut nie mieli zaufania – podjęliśmy potworną sumę pieniędzy w gotówce. Janek zapakował to ładnie w nierzucający się w oczy granatowy plecak, lekko podniszczony. Potem odwiedziliśmy mój bank i plecak zrobił się pękaty.

– A teraz słuchaj, moja droga – powiedział, już w samochodzie, Janek, a ton jego nie dopuszczał żadnego sprzeciwu. – Jak widzisz, pomagamy ci, nikt nikomu słowa nie pisnął, nawet ja Luli, choć to nie było łatwe. Konspiracja jest absolutna. Ale co innego zachowanie tajemnicy, a co innego puszczenie cię samej na konferencję z bandytą, w towarzystwie plecaka ze stu dwudziestoma tysiącami złotych. Otóż sama nigdzie nie pójdziesz. Ja pójdę z tobą jako twój bodyguard.

Helmut po słowie „bodyguard” chyba się domyślił, o czym Jasio mówi, bo zaczął energicznie kiwać swoją imponującą, siwą głową.

Spojrzałam na Jasia i oto dostrzegłam faceta, któremu sprzeciwić się niepodobna. No, no. Rozumiem Lulę. Taki mężczyzna to jest MĘŻCZYZNA! Takiemu mężczyźnie ja też się nie sprzeciwię.

Ja tylko troszeczkę go oszukam.

Nie jestem pewna, czy można oszukać troszeczkę, to tak jak to jajeczko częściowo nieświeże. Ale coś mi mówi, że lepiej będzie, jeśli sama udam się na spotkanie z Leszkiem, ostatecznie byliśmy z sobą dwa lata, nie sądzę, żeby miał zrobić mi jakąś krzywdę. A przy obcym facecie może dostać głupawki, będzie chciał zaimponować, diabli wiedzą co jeszcze. Porozmawiamy sobie szczerze, dam mu pieniądze, on podpisze mi te kwity i wreszcie się ode mnie odczepi raz na zawsze!

Przemyślawszy sprawę błyskawicznie, zakomunikowałam Jasiowi, że zaraz zadzwonię do Leszka i umówię się z nim, po czym oddaliłam się w kierunku mojej komórki, a po powrocie zełgałam Jasiowi, że umówiłam się na jutro. To znaczy na dziś, bo to było wczoraj.