— Dla mnie to też jest dziwne, proszę pani — powiedział kapitan. — Nie przypomina żadnej znanej mi maszynerii obcych. Niemniej to chyba po prostu duża, a raczej długa klatka obiegająca statek. Może miała mieścić więcej niż jeden okaz bądź ten okaz potrzebował dużo przestrzeni. To tylko domysły, ale te sztaby i pręty mogły służyć do unieruchamiania tych stworzeń w konkretnej sekcji klatki. Na przykład w czasie żywienia albo badań.
— Ciekawy domysł — mruknął Conway. — Krata zaś byłaby ostatnią przeszkodą na wypadek, gdyby inne urządzenia zawiodły. Lecz tym razem się nie sprawdziła. Jednak bardziej mnie interesuje, jak daleko sięga ta klatka. Gdyby przedłużyć ten łuk do przeciwległej części statku, otrzymamy miejsce, gdzie Prilicla wyczuł obecność dwóch żywych istot. Powiedział, że jedna z nich przejawia prymitywną, może zwierzęcą złość, druga zaś bardziej złożone emocje. Załóżmy, że na statku jest jeszcze jeden wielki obcy, może w klatce na drugim końcu klatki, a może nawet poza nią, a razem z nim przebywa ciężko ranny niewidomy, który nie miał tyle szczęścia co jego towarzysz i nie zdołał zabić tamtego stwora…
Urwał, usłyszawszy w słuchawkach głos Naydrad. Informowała, że czeka na zewnątrz z noszami. Murchison przepchnęła pierwszego niewidomego w kierunku śluzy.
— Naydrad, poczekaj kilka minut, to załadujesz wszystkie trzy okazy — powiedziała.
Fletcher patrzył na Conwaya wzrokiem wyraźnie mówiącym, że wcale to, a wcale nie podoba mu się perspektywa napotkania następnego wielkiego FSOJ. Wskazał na ciało drugiej ślepej istoty.
— Temu tutaj o mało nie udało się uciec po tym, jak zabił FSOJ swoim szpikulcem. Gdybyśmy sprawdzili, dokąd właściwie próbował się schronić, może udałoby się ustalić, gdzie należy szukać tego, który ocalał.
— Pomogę panu — powiedział Conway.
Czas uciekał. Ocalałym mogło nie zostać go już wiele i niezależnie od tego, do jakiego gatunku należeli, na pewno z utęsknieniem wypatrywali pomocy.
Na poziomie podłogi otwierał się niski prostokątny otwór, dość jednak szeroki i wysoki, żeby mniejsza z istot mogła przezeń przejść. Zmarły zdążył się wsunąć do środka prawie na jedną trzecią swojego ciała. Gdy wyciągali jego zwłoki, poczuli opór i musieli lekko szarpnąć, żeby je ruszyć. Przenosili ciało do śluzy, gdy w słuchawkach rozległ się podniecony głos:
— Sir! Na samej górze statku otwiera się jakaś pokrywa. To chyba… tak, antena się wysuwa.
— Prilicla, czy któryś z rozbitków jest przytomny? — spytał natychmiast Conway.
— Nie, przyjacielu.
Fletcher spojrzał uważnie na Conwaya.
— Jeśli to nie rozbitkowie wysunęli antenę, to zapewne nasze dzieło. Może uruchomiliśmy ją, wyciągając małego obcego z otworu… — Pochylił się nagle i zawisł poziomo na wysokości dziwnego przejścia, głowę niemal wsunął do środka. — Proszę zobaczyć, doktorze. Chyba znaleźliśmy centralę.
Wymiary małego tunelu były tylko trochę większe niż średnica niewidomych istot. I tutaj krzywizna statku ograniczała pole widzenia. Na jakieś piętnaście cali od wejścia podłoga była z gładkiego metalu, ale na suficie dostrzegli takie same, opisane dotykowo włączniki jak ten, który napotkali w śluzie. Brak było oczywiście jakichkolwiek napisów czy wyświetlaczy. Dalej sufit znikał gdzieś w górze, a pośrodku przejścia stało pierwsze ze stanowisk kontrolnych układów statku.
Przypominało eliptyczną kanapkę z wejściami z dwóch boków. Wewnątrz można było dostrzec setki rozmaitych przełączników, z zewnątrz zaś biegły całe pęki kabli. Większość znikała w centralnej części statku, reszta zaś w podłodze albo w suficie. Trudno było orzec, czy któryś z nich ciągnie się ku obwodowej części jednostki. Nie były opisane kolorami, ale rozmaitymi wzorami wyżłobionymi na otulinach. Dalej widać było kolejne stanowisko.
— Są tylko dwa, a my wiemy, że załoga składała się co najmniej z trzech istot — powiedział Fletcher. — Rozbitek jest pewnie za łukiem krzywizny. Gdybyśmy tylko przecisnęli się przez ten tunel…
— Fizycznie niemożliwe — wtrącił Conway.
— …nie uruchamiając przypadkowo jakiegoś układu… — ciągnął kapitan. — Zastanawia mnie, dlaczego te istoty, które chociaż niewidome, wcale nie wyglądają na mało rozgarnięte, umieściły stanowiska kontrolne tak blisko klatki z niebezpiecznym zwierzęciem. Przecież to się aż prosi o wypadek.
— Skoro nie mogły go mieć na oku, chciały go mieć pod ręką — podsunął Conway.
— To miał być żart? — spytał kapitan z dezaprobatą. Zdjął jedną z rękawic i sięgnął w głąb otworu. — Chyba znalazłem ten przełącznik, który poruszyliśmy, wyciągając zwłoki. Nacisnę go.
Kilka chwil później znowu usłyszeli w słuchawkach głos Chena:
— Obok pierwszej anteny wysunęła się druga, sir.
— Przepraszam — mruknął Fletcher. Na jego twarzy odmalował się wyraz głębokiej koncentracji, gdy obmacywał nie znane mu kontrolki. Po chwili Chen zameldował, że obie anteny się schowały. — Jeśli przyjąć, że wszystkie rodzaje przełączników zostały podobnie pogrupowane, to te zawiadujące siłownią, sterami, układami podtrzymywania życia, łącznością i tak dalej też są zapewne na osobnych panelach. Przypuszczam, że ten tu obcy sięgał właśnie do kontrolek łączności. Zdołał wystrzelić boję alarmową i zginął. Doktorze, mógłby mi pan podać rękę?
Conway wyciągnął rękę, żeby pomóc mu stanąć na nogach, podczas gdy Fletcher ostrożnie cofał swoją z otworu. Nagle kapitan poślizgnął się i odruchowo machnął tą ręką, żeby się czegoś złapać, choć przecież upadek mu nie groził.
— Dotknąłem czegoś — powiedział z niepokojem w głosie.
— Nie da się ukryć — mruknął Conway i wskazał korytarz.
— Sir! — zawołał Haslam przez radio. — Cały statek wibruje! Odbieramy też metaliczne dźwięki!
Murchison czym prędzej wróciła od śluzy. Z wprawą zatrzymała się na ścianie.
— Co się dzieje? — spytała i też spojrzała na klatkę. — Co tu się dzieje?
Jak tylko sięgali wzrokiem, długie metalowe elementy chowały się energicznie w ścianach albo niczym tłoki przesuwały tam i z powrotem. Niektóre były pogięte i uderzały o siebie; to one robiły taki niemiłosierny hałas. Gdy patrzyli na to pandemonium mechanicznej aktywności, w ścianie kilka metrów od nich odskoczyła jakaś klapka i ze środka wyleciała masa czegoś przypominającego gęstą owsiankę. Popłynęła niczym niekształtna piłka przez korytarz, aż trafiła na pierwszy z prętów.
Kawałki masy rozleciały się na wszystkie strony i zaraz zostały zmłócone przez kolejne pręty, aż w korytarzu zawirowało od nich, jakby wdarła się tu śnieżyca. Murchison złapała kilka drobin do woreczka na próbki.
— Wygląda to na podajnik żywności. Analiza tej substancji sporo nam powie o metabolizmie większych istot. Jednak gdy teraz na to patrzę, te pręty i sztaby nie służyły raczej obezwładnianiu FSOJ. Chyba żeby miały za zadanie pozbawić go przytomności.
— Przy typie fizjologicznym FSOJ to może być jedyna metoda opanowania takiej istoty, jeśli nie dysponuje się ciężkim generatorem wiązki odpychającej — powiedział z namysłem Conway.
— Tak czy owak, moja sympatia do tych istot jakby zmalała — stwierdziła Murchison. — Ten korytarz przypomina mi izbę tortur.
Conwayowi przyszło do głowy to samo, a sądząc po niewyraźnej minie kapitana, i on musiał pomyśleć coś podobnego. Wszystkich ich uczono dotąd, że nie ma czegoś takiego jak z gruntu zła i nieprzyjazna inteligentna rasa, a oni głęboko w to wierzyli. Gdyby wysunęli chociaż cień sugestii, że może być inaczej, zostaliby natychmiast odprawieni ze Szpitala, a kapitan nie mógłby dłużej służyć w Korpusie Kontroli. Owszem, obcy byli bardzo różnorodni, czasem przejawiali wręcz szokujące cechy, a na początku kontaktu należało zachowywać jak największą ostrożność i uważać na każde słowo i gest, przynajmniej do czasu, gdy lepiej się ich poznało, nie było jednak ras przesiąkniętych złem. Wszędzie pojawiały się socjopatyczne czy zwichrowane jednostki, ale nigdy nie dotyczyło to całego gatunku.