Выбрать главу

— Umrzemy tutaj i nikt nawet się nie dowie. I nikt po nas nie zapłacze. Paskudne miejsce.

Mówiąc to dyszał ciężko, nieprzywykły do prac tak ciężkich jak ścinanie drzew. Przez ostatnie miesiące wprawił się nieco w operowaniu brązowym toporem i potrafił wbić go w pień pod właściwym kątem. Do lasu wybrał się tego dnia z Asonem, by pomóc młodzieńcowi, no i żeby się rozgrzać. Deszcze ustały, ale pojawił się śnieg. Padał od czasu do czasu. Pokrył cienką warstwą ziemię i było go więcej tylko wokół pni drzew. Palce drętwiały dziwnie, gdy się go dotykało. Inteb nie zdołał polubić śniegu i, co więcej, nienawidził jego czystej bieli.

— Umieraj tutaj — mruknął pod nosem, a Ason nie odpowiedział, tylko wytarł wilgotne dłonie w ubranie i znów zamachał toporem. Pień zaskrzypiał i zaczął pękać, odsunęli się więc i poczekali, aż drzewo padnie z hukiem. Ason cisnął siekierę na ziemię i pociągnął spory łyk z zabranego do lasu garnka.

— Rozmawiałem z ojcem Naikeri, starym Lerem — powiedział Inteb, głównie po to, by zmącić nienawistną ciszę lasu. — Obecnie jest ślepy, ale kiedyś sporo podróżował. Wie wszystko o tej wyspie i o jeszcze jednej, bardziej wysuniętej na północ. Ta druga to Domnann, gdzie żyje większość ich ludu. Wie nawet, skąd przybyli Geramani. Powiada, że oni handlują z Atlantydą, i ja mu wierzę. To stamtąd dostają egipskie paciorki i inne rzeczy. Płyną na wielkich łodziach do wielkiej rzeki na południu, nazywa się jakoś z cudzoziemska, nie pamiętam jak. Mieszkają w górze rzeki. Ler mówi, że jeśli popłynie się tą rzeką dość daleko, to wtedy trafia się na inną rzekę, która wpada do innego morza. Jeśli nie kłamie, co też jest możliwe, albo nie wymyślił sobie sam całej tej historii, to może chodzić o Danube, rzekę która wpada do Morza Wschodniego. Wiemy, że Atlantydzi plączą się wszędzie wzdłuż koryta tej rzeki, mają tam swoje kopalnie cyny, przez co Geramani znają ten metal. Bo i czemu inaczej mieliby ją kraść? Bez wątpienia sprzedali naszą cynę Atlantydom. A jeśli oni mogli to zrobić, to my też możemy.

Aż się cofnął, gdy Ason spojrzał nań lodowato, pokazując jednak, że słucha.

— Nie, Asonie. Źle mnie zrozumiałeś. Nie, żebyśmy mieli prowadzić taki handel, myślę o naszym powrocie do Argolidy. Tylko o powrocie. Nic tu po nas. Wybieramy cynę z ziemi, ale co z niej mamy? Wiem, że chcesz wrócić do Myken. Możemy to zrobić.

Ason wbił tylko ostrze w kolejny pień i to była jego odpowiedź. Inteb westchnął, wzruszył z rezygnacją ramionami i zajął się obcinaniem gałązek z powalonego poprzednio drzewa.

Było już prawie ciemno, gdy przyciągnęli drewno w pobliże kopalni i ułożyli je obok pieców. Trzęsący się z zimna i wilgoci chłopcy znikali właśnie w swoich kwaterach, gdzie zamykano ich na całą noc. Aias przysiadł przy ogniu i powąchał aromatyczną parę dobywającą się z bulgoczącego kociołka. Naikeri przyniosła bez pytania garniec piwa. Okryta wieloma warstwami odzieży wyglądała dość niezgrabnie.

— Zostały tylko dwa — powiedziała, nie kierując tych słów do nikogo konkretnego. Na północy zimą to normalna sprawa. Zapasy kurczą się, aż w końcu znikają i wtedy wszystko zależy od tego, czy uda się cokolwiek upolować.

— Widziałem tropy saren — powiedział Ason i wszyscy pomyśleli o tym samym. — Drewna starczy na jakieś dwa dni. Jutro rano wyruszę na polowanie.

— Też mogę iść. Poniosę mięso — zaproponował Aias.

— Ty pracuj tutaj. Nikogo mi nie trzeba.

I rzeczywiście. Na innych nie zwracał ostatnio prawie żadnej uwagi. Liczyli się o tyle, o ile pracowali. Naikeri złożyła ręce na piersiach i zastanowiła się, czemu od tak dawna już się do niej nie zbliżał. Wszyscy w gromadce czuli się coraz bardziej obco. Aias splunął w ogień, wpatrzony w płomienie Inteb wyobrażał sobie utęsknioną, cieplejszą krainę na południu.

— Syn siostry mego ojca zabił lochę — powiedziała Naikeri. — Były z nią dwa warchlaczki. Teraz ma trzy ciepłe skóry. — Zamieszała gęsty gulasz i oblizała łyżkę. — Słyszałam też, że wojownicy z Dun Uala przeprowadzili największy ostatnimi laty napad na stada w Dun Ar Apa. Wielu zginęło, stracili wiele krów.

Inteb jako jedyny nastawiał ucha. Zdawkowe wieści i plotki pochodziły od tych Albich, którzy niezależnie od pory roku wędrowali po wyspie. Wiedzieli całkiem sporo i rozgłaszali wszystko, prawdę i kłamstwa. Inteb wolałby jakieś bardziej cywilizowane źródło informacji, ale skoro niczego takiego nie było… Nie cierpiał Naikeri i nie miał najmniejszego zamiaru nawiązywać rozmowy, ale słuchanie to co innego.

— Kolejny chłopak uciekł dzisiaj — powiedział Aias, ale nikt nawet nie mrugnął. Ostatnio zdarzało się to aż nazbyt często.

***

Pewnego wieczoru, po całym dniu rąbania drewna, Aias i Inteb jak zwykle przysiedli się do Asona przy palenisku. Ason napełnił miskę gorącą strawą, dmuchnął na zawartość i uniósł naczynie do ust. Reszta uczyniła to samo. Danie było sycące i dobre, suszone mięso gotowane z ziarnem, z oczkami tłuszczu pływającymi na powierzchni. Na zewnątrz zawodził wicher, przez szpary między drzwiami a framugą wpadały drobiny śniegu. Szary blask dnia gasł nieodwołalnie i tylko las czernił się wkoło na tle ciemnego nieba. Kto żyw garnął się odruchowo do maleńkiej oazy światła i ciepła.

Coś zaszeleściło na zewnątrz, odgłos był słaby, ledwo przebił się przez wycie wiatru. Wiedziony instynktem myśliwego Ason uniósł czujnie głowę. Wstawał właśnie, gdy drzwi otwarły się gwałtownie i uderzyły o ścianę, omal nie urywając się ze skórzanych zawiasów.

W progu stał mężczyzna w zbroi. Hełm miał z brązu, brodę długą i pochylił się tak, jakby chciał zaraz zaatakować mieszkańców chaty. W dłoni trzymał długi, nagi miecz.

4.

Mężczyźni przy ogniu sięgnęli gorączkowo po broń, tymczasem za pierwszym przybyszem w drzwiach pojawili się następni, a wszyscy z mieczami. I wszyscy też zastygli w miejscu, słysząc głos Asona.

— Atroclus!

Pierwszy ze zbrojnych otworzył szeroko usta ze zdumienia, powoli opuścił broń i zamrugał oczami, usiłując dojrzeć coś w mdłym blasku ognia. W końcu pojął, że to nie złudzenie.

— Asonie, bracie! Ale przecież ty nie żyjesz! — Miecz znów uniósł się groźnie, a Ason roześmiał się serdecznie.

— Trudniej mnie zabić niż myślisz, kuzynie Atroclu-sie. Długo by mówić, jak tu przybyłem. Ale po pierwsze, co z Mykenami i moim ojcem? Siadaj i opowiadaj.

Atroclus podszedł do ognia i otrząsnął śnieg z białego, wełnianego płaszcza. Pięciu innych wcisnęło się za nim, aż w chacie zrobiło się naprawdę ciasno. Wypuścili miecze i głośno przywitali się z Asonem, ten poznał ich i pozdrowił każdego z osobna zwracając się doń po imieniu. Na-ikeri podała w milczeniu piwo i wycofała się do wnęki, gdzie sypiała.

— Wiesz, co stało się na Therze? — spytał Atroclus. — Mówili, że tam zginąłeś.

— Uciekłem, jak widzisz. Czy wyspa została zniszczona? Czy Atlas zginął?

— Za dużo szczęścia jak na jeden raz. Wielu straciło życie, zatonął niejeden statek, ale Atlas uciekł wraz z dworem na Kretę. Ziemia trzęsła się jeszcze przez osiem dni, płomienie buchały z głębi i popiół pokrył całą wyspę, ale potem się uspokoiło. Ludzie wrócili i życie płynie dalej, chociaż słyszeliśmy, że grunt drga czasem pod stopami. Wszystko to mocno rozwścieczyło Atlasa, który uznał ponoć wybuch za atak na jego osobę. Teraz nawiedza zbrojnie wybrzeża Argolidy. Jego ludzie spustoszyli już Lernę i Nauplion. Pewnie szuka skarbów lub niewolników, by przebłagać swych bogów, nie wiemy dokładnie. Tak czy inaczej, wojuje też z nami i ciężkie dni nastały dla Myken. Kiedy Perimedes usłyszał o twojej śmierci, wpadł w rozpacz i postarzał się w oczach. Ale w potrzebie wojennej poniechał żałoby i poprowadził nas do walki. Wiele krwi popłynęło, wielu przyjaciół nigdy już nie ujrzysz. Dopiero późną jesienią daliśmy radę przygotować i statek, i załogę. Długo płynęliśmy, bo wiatry wiały przeciwne i pogoda nam nie sprzyjała. Dwakroć musieliśmy wyciągać statek na brzeg i naprawiać burty, ale przecież dotarliśmy. A teraz opowiedz nam o sobie i o tym, skąd ty się tu wziąłeś?