Выбрать главу

— Kamień.

— I tyle tylko, ale to nic dziwnego, bo jesteś wojownikiem. Potrafisz zatem ocenić szybko, czy twój przeciwnik dobrze włada mieczem. Tak samo ja umiem wejrzeć pod powierzchnię kamienia. Pamiętasz mury Myken i Lwią Bramę?

— Nigdy ich nie zapomnę. Pamiętani też, kto je zbudował.

— Jam to uczynił, tak i teraz wiesz, że mówię prawdę. Zauważ, jak te wielkie głazy tkwią w ziemi. Zupełnie tak, jakby na nas czekały.

— Wielka to zagadka.

— W żadnym przypadku. W Egipcie widujemy to samo. Często pod powierzchnią ziemi kryje się skała, wystarczy zedrzeć wierzchnią warstwę. Tutaj zrobiły to za nas wiatry i deszcze. Spójrz na te ostre krawędzie i drobne rysy.

— Nic mi nie mówią.

— A mi mówią wiele. Skała ma słoje jak drewno i gdy uderzyć w nią umiejętnie, tak samo się rozszczepi. Weźmiemy te dwie największe kolumny i nadamy im stosowny kształt, a potem zabierzemy do grodziska. Osadzimy je zaraz za kamieniem obrad. Wszyscy będą je podziwiać i zastanawiać się, jak te głazy tam zawędrowały.

— A jak tam zawędrują? — spytał Ason patrząc sceptycznie na olbrzymie bloki. Wiedział, że muszą być niesamowicie ciężkie.

— Sposobem, Asonie. Tym samym, dzięki któremu wyrosły mury Myken. Zaczniemy jeszcze dzisiaj.

Ason położył się na chłodnym jeszcze po nocy kamieniu. Drzemał, Inteb zaś krążył między głazami niczym myśliwy tropiący zwierzynę. W końcu obudził Asona krzykiem i podprowadził do długiego, wysokiego do piersi bloku kamienia.

— To jest to — powiedział klepiąc obiekt. Ason spojrzał nań pytająco.

— Jesteś wspaniałym budowniczym, Intebie, nikt temu nie zaprzeczy, ale co można uczynić z głazem wielkim jak okręt? W murach Myken nie ma czegoś tak dużego.

Inteb uśmiechnął się i skłonił Asona do wejścia na górę. Głaz faktycznie przypominał sporą galerę: nie tylko wielkością, ale i zarysem. Wybrzuszał się pośrodku, zwężał na końcach. Inteb obmierzył go krokami.

— Długi jest na pięciu ludzi, a może nawet dłuższy — stwierdził z zadowoleniem. — Wierzch ma płaski i niewiele trzeba go będzie wygładzać. Miejmy nadzieję, że od spodu wygląda podobnie. Pozostanie jeszcze naprostować boki i usunąć ten wielki występ.

— Starczy nam życia? — spytał z niedowierzaniem Ason. — Chcesz ruszyć te kamienie bez narzędzi? Czy to możliwe?

— Zrobię to, Asonie. Jeśli zapragniesz, zrobię to nawet dzisiaj.

Ason tylko pokiwał głową, ale gdy pojął w końcu, że to nie żart, krzyknął z radości i porwał Inteba w ramiona.

— Jeśli faktycznie możesz to uczynić, wielce ułatwisz mi sprawy. Ustanowię tu moje królestwo. Yerni jeszcze tego nie wiedzą, ale świta dla nich nowy dzień.

— Będę potrzebował wszystkich silnych mężów do pomocy. I kamieniarzy z grodziska.

— Bierz ich wedle potrzeb. Rozkazuj w moim imieniu.

Wrócili do grodziska, zjedli trochę i popili, uzgodnili plany. Naikeri obsłużyła ich na wzgórku przed domostwem. Słuchała rozmów, ale nic z nich nie pojmowała. Potem Ason nałożył świeżo wypolerowaną zbroję i poszedł zebrać ludzi. Inteb nakreślił patykiem na ziemi kilka rysunków i poszedł szukać miejscowego kamieniarza.

— Twoje imię? — spytał. Starszy mężczyzna obejrzał się przez jedno ramię, potem przez drugie, a gdy upewnił się, że to o niego chodzi, wbił spojrzenie w klepisko i Inteb musiał powtórzyć pytanie, tym razem ostrzejszym tonem. Mężczyzna ścisnął zniekształcone pięści.

— Dursan — odparł niechętnie.

— Kto jeszcze tu potrafi obrabiać kamienie?

Dursan rozejrzał się, jakby szukał czyjejś pomocy, nie rozumiał bowiem zbyt dobrze tego śniadoskórego przybysza. Ale niczego ani nikogo nie wypatrzył. Wybąkał, że jest jeszcze dwóch, którzy pomagają mu w pracy. Inteb posłał po nich. Czekając, przesunął dłońmi po błękitnym kamieniu, który Dursan akurat obrabiał.

— Skąd pochodzi? — spytał. — W okolicy takich nie ma.

— Z daleka.

— To wiem, inaczej bym nie pytał. A teraz zbierz myśli i powiedz więcej.

Nagabywany Dursan zeznał w końcu, że błękitne kamienie przywozi się z dalekiej góry, gdzie jest ich dużo. Trudno je jednak ruszyć z miejsca. Jeden silny wojownik musi wziąć ze sobą pięciu mężów, zaciągnąć kamień na kłodach na brzeg, a potem załadować na solidną tratwę. Później zwykle długo trzeba wiosłować, by wypłynąć z zatoki, a następnie podążać wzdłuż brzegu. Jest to trudne, bo ocean burzy się w różnych porach roku. Podróż dobiega końca u ujścia pewnej rzeki. Z opowieści wynikało, że dalszy transport przebiega w górę nurtu owej rzeki, dalej lądem i znów rzeką, tym razem z nurtem. Tą drugą była rzeka Avon. Przepływała niedaleko grodziska. Inteb zastanowił się, jak ważne muszą być owe kamienie dla tubylców. Tyle pracy…

— Ale czemu właśnie z tamtej góry? — spytał. — Bliżej też musi być sporo dobrego kamienia.

— Zawsze tak robiono. Oni też tak robili, póki ich nie przegoniliśmy. To było za czasów mojego ojca.

— Oni?

— Donbaksho. Wypasali tu bydło, ale nie wiedzieli, jak walczyć. Teraz my mamy bydło, a oni dają nam ziarno. Handlowali tutaj, teraz my tu handlujemy. Zawsze trzymali straż na szczycie góry, tej od kamieni, i patrzyli, czy Albi nie płyną rzeką Domnann. Widać stamtąd cały kanał. Teraz Albi przypływają do nas z brązem i złotem, i handlują z nami. Nie musimy wystawiać straży na górze. — Dursan chrząknął z satysfakcją. Znaczy, Yerni byli lepszymi wojownikami. Potem pokazał na wielki kamień niemal całkowicie zagrzebany w ziemi. — Widzisz, to nasz kamień narad. Wiesz, jak się tu znalazł? Mój ojciec to zrobił. To był najwyższy stojący kamień plemienia Donbaksho, wszyscy przychodzili, żeby go dotknąć i zobaczyć. Mój ojciec wykopał dół, przewrócił kamień i pogrzebał go. Teraz stoimy na nim, stoimy na Donbaksho.

Niebawem przyszli obaj pomocnicy kamieniarza, zaś pierwsi wojownicy zaczęli opuszczać swoje mieszkania i schodzić na dół.

Zaroiło się jak w mrowisku. Yerni wymachiwali toporami i przygładzali wąsy, kobiety krążyły w pewnym oddaleniu ciekawe, jaki też może być powód takiego rozgardiaszu w środku dnia. Mykeńczyk obszedł wszystkich i łomocząc mieczem w drzwi wezwał na naradę, tak więc przybyli. Ci, którzy mieli własne kamienie, siedli w ich cieniu lub przytulili się do chłodnej powierzchni, bo dzień był upalny. Ason zjawił się na czele oddziału odzianych w brąz Mykeńczyków i jak zwykle przyciągnął wszystkie spojrzenia. Podprowadził wojowników do kamienia narad, za którym ich rozstawił, sam stając przed nim. Gdy uniósł miecz, gwar rozmów ucichł z miejsca.

— Stoję przy kamieniu narad i chcę wam coś powiedzieć. Zobaczycie dziś coś, czego jeszcze nie widzieliście. Zobaczycie dziś cud, o którym będziecie opowiadać swoim dzieciom. One opowiedzą także swoim dzieciom i tak dalej bez końca. Zobaczycie, jak robi się coś, co nie jest do zrobienia. A gdy to już się stanie, to powiem wam coś, czego jeszcze nie słyszeliście.

Tłum zaszemrał, zakołysał się. Nikt nie pojmował, o czym mowa, ale wszyscy bardzo chcieli ujrzeć to coś. Poznali już nieco Asona i jeśli on twierdził, że coś zrobi, należało mu wierzyć. Ponownie uciszył okrzykiem tłum.

— Idźcie za mną — powiedział i skierował się do wyjścia z grodziska. Mykeńczycy pomaszerowali za nim, Yerni nie kazali na siebie czekać. Ruszyli hałaśliwą ciżbą, kobiety, dzieci i drwale pociągnęli w ogonie pochodu. Nawet druidzi nie wytrzymali i też poszli sprawdzić, co to za nowy pomysł. Ason zaprowadził całe towarzystwo na pole kamieni, wspiął się na ten jeden wybrany przez In-teba. Egipcjanin też wszedł na górę i poprosił Dursana, aby ten podał mu ciężki odłamek głazu.