— A teraz słuchajcie Inteba, który zrobi to, co mi obiecał.
Inteb przekulał nogą okrągły i zielonkawy kamień i wskazał nań palcem. Wszyscy wojownicy posłusznie wbili wzrok w otoczak.
— To jest maul! — zawołał, a ludzie przepychali się i wyciągali szyje, jakby nikt tu w życiu nie widział kamienia. — To twardy kamień, twardszy niż inne. Wasi kamieniarze obrabiają za jego pomocą inne kamienie. Robią to tak.
Schylił się, uniósł odłam, a ważył on jedną trzecią tego, co sam Egipcjanin, i puścił. Rozległ się znajomy huk. Inteb przetoczył ciężar na bok i zebrał na palec trochę białego pyłu.
— Właśnie tak to się dzieje. Za każdym razem, gdy twardy kamień upadnie na biały kamień, ten drugi kruszy się trochę. Wieloma uderzeniami można go wygładzić, wyżłobić albo nawet wydrążyć. Zawsze trwa to wiele dni. Ale koniec z tym, od dzisiaj zaczniemy pracować po nowemu. Powoli przeszedł całą długość głazu w jedną stronę, potem z powrotem, następnie wskazał na wielki monolit.
— Dzisiaj rozłupiemy go na pół. Ja i wojownicy. Gdy zaciągniemy go do grodziska, stanie się on kamieniem Asona. Obrobimy go i ustawimy. Żaden wojownik nie miał jeszcze równie wspaniałego kamienia. To będzie dopiero początek, ale teraz zajmiemy się tylko tym głazem…
Ktoś się roześmiał. Ason skoczył do przodu i wyciągnął miecz ku gapiom, aż co bliżsi się cofnęli.
— Inteb mówi w moim imieniu — zawołał gniewnie. — Jego słowa to moje słowa. Jeśli ktoś się z niego śmieje, ze mnie się śmieje. Zetnę głowę każdemu, kto będzie się ze mnie śmiał. Słyszycie?
Usłyszeli i zrozumieli. Kobiety zakryły twarze, sporo dzieci uciekło. Mężczyźni zostali, byli przecież wojownikami, ale twarze mieli teraz, nomen omen, kamienne.
— Będę potrzebował tylko najsilniejszych — powiedział Inteb z zapadłej ciszy. — Każdy wojownik weźmie zielony kamień. Im będzie silniejszy, tym większy kamień sobie wybierze i tym większego zaszczytu dostąpi. Kilka kamieni już tu jest, a Dursan szuka następnych.
Skoro w grę zaczęły wchodzić siła i honor, wojownicy zatknęli topory za pasy i przystąpili do wyszukiwania jak największych „narzędzi". Większość otoczaków w pobliżu nie nadawała się do niczego i mężowie musieli je wyrzucać. Głośno przeklinali, ale w końcu wszyscy wrócili z zielonymi odłamkami. Gdy zebrała się już grupa ponad dwudziestu stosownie wyposażonych wojowników, Inteb kazał przerwać poszukiwania.
— Więcej się nie zmieści. Nigdy jeszcze nie spotkało was większe wyróżnienie.
Wspięli się za nim na górę, przechwalając się swą zręcznością i siłą. Przy pomocy Mykeńczyków Inteb ustawił Yernich w jednej linii wzdłuż krawędzi. Stali ramię przy ramieniu. Słuchali Egipcjanina i ze wszystkich sił próbowali pojąć jego słowa. Zadanie było proste, ale Yerni nigdy jeszcze nie pracowali w zespole, nie wiedzieli, że można zjednoczyć wysiłki grupy. Na górę podano małe kamienie, każdy wielkości pięści, i za ich pomocą wojownicy ćwiczyli uderzenie tak długo, aż wykonywali je prawie jednocześnie. Inteb wyrysował węglem drzewnym dwie linie, obie biegły przez całą długość głazu, pierwsza odległa o krok od drugiej. Niektórzy zaczęli narzekać na zmuszanie mężów do tak głupich zajęć, ale nikt się nie śmiał. Inteb cierpliwie powtarzał instrukcje, chociaż z wolna zaczęła łapać go chrypka.
— Właśnie, wszyscy stają stopami na tej linii. Nie przed czy za, ale dokładnie na linii. Dobrze. Unieście kamienie nad głowę… trzymać, aż powiem… potem, wszyscy w tej samej chwili… puścić!
Kamyki zagrzechotały nierówno, nie wszystkie trafiły w linię, część stoczyła się aż na ziemię. Mykeńczycy odsunęli gapiów, ale paru chłopców pobiegło zebrać kamyki i podać je z powrotem na górę. Przynajmniej oni bawili się dobrze.
— Nie, niech tam zostaną — powiedział Inteb. — I wyrzućcie pozostałe. Teraz weźmiemy zielone.
Wojownicy ożywili się i sięgnęli po większe ciężary. Osobliwy to był widok, ponad dwudziestu spoconych mężów, każdy tulący spory kamień do piersi. Tłum ucichł.
— Unieść! — zawołał Egipcjanin i szereg posłuchał. — Trzymać! — Niektórzy byli wolniejsi, a jeden nawet upuścił sobie kamień na stopę i zaklął. — Jeszcze wyżej! A teraz… puść!
Zadudniło, wojownicy odskoczyli.
Nic się nie stało.
— Nie dość dobrze, nierówno, nie na samej linii! — Inteb przekrzyczał szmer tłumu. — Albo zrobicie to jak trzeba, albo nic z tego nie będzie, bydlaki. Unieść razem, trzymać razem, puszczać razem… puść!
I znów bez efektu. Tubylcy zaczęli się burzyć i Mykeńczycy musieli dobyć broni, a Ason zaczął krążyć za plecami wojowników.
— Psie syny! — krzyczał. — To trudniejsze niż zabijanie. Tu trzeba się postarać, albo zatłukę was wszystkich. Nie żartuję.
Zmusił ich jakoś, by sięgnęli po kamienie. Protestowali głośno, ale posłuchali. Płazem miecza Ason potraktował jednego, który próbował się odwrócić, przeklął wszystkich w trzech językach. Poskutkowało.
— Nad głowę! Dalej, gównojady! — zawołał. — Jeszcze wyżej, trzymać, wszyscy, co mówię!? I równo, wszyscy razem, bo teraz kamienie mają spaść dokładnie na linię… Teraz!
Pomagając sobie wrzaskiem, Yerni puścili ciężary i głaz zadrżał.
Z jękiem, chrzęstem i hukiem pękł dokładnie wzdłuż wyrysowanej przez Inteba linii. Wielki odłam runął na ziemię, pod stopy rozkrzyczanego tłumu.
Wojownicy patrzyli ogłupiali na swoje dzieło.
2.
Wojownicy nie wierzyli własnym oczom. Skała pękła, ale czemu? Przecież nie za sprawą dwudziestu mężów, z których każdy upuścił swój kamień. Taki związek był nie do zaakceptowania. Łatwiej było już uznać, że to grom spadł z nieba. Tubylcy widzieli szczątki zwierząt i drzewa połamane od uderzeń piorunów, znali wielką moc błyskawic. Znali też własną siłę, a ta nie kojarzyła im się nijak z kruszeniem skał. Zeskoczyli na dół, odepchnęli tłum, z otwartymi ustami zaczęli oglądać świeżą biel w miejscu pęknięcia, zbierali odłamki i przypatrywali się im, próbowali nawet je rozgryzać, jakby mogło kryć się w nich coś tajemniczego, niewidzialnego dla oka. Jednak były to tylko kamienie i nic ponadto. Nie dawały się złamać w żaden sposób.
— Słuchajcie! — zawołał Ason stając samotnie na głazie. — Oto dzień wart zapamiętania. Dzisiaj rozłupano wielki kamień Asona. Rozpalimy wielkie ognisko, upieczemy woły i owce, wypijemy, a wszyscy wojownicy zasiądą przy moim boku.
Propozycja spotkała się z rykiem aprobaty.
— Dziś wieczorem zostanę nowym wodzem grodziska, które zwać się teraz będzie Dun Ason.
Rozległy się jeszcze głośniejsze krzyki i tylko rodzina zgasłego przedwcześnie Uali spojrzała spode łba. Nowy wódz powinien zostać wybrany spośród nich. Nie odważyli się powiedzieć tego głośno, inni wojownicy bowiem mieli nadzieję na liczne zwycięstwa i zaszczyty, które staną się ich udziałem pod przywództwem Asona. On był tu najsilniejszy, był najgroźniejszym wojownikiem, a teraz wystarczyło jedno jego słowo, by pękły wielkie kamienie. Za takim wodzem-bykiem wszyscy pójdą nawet w ogień.
— Teraz zrobimy to samo z drugiej strony — powiedział Inteb uradowany, że znów może obrabiać głazy.
— Może raczej nie — mruknął Ason. — Starczy atrakcji na jeden dzień. Kobiety muszą przygotować ucztę, druidzi też mają sporo do roboty. Jutro wrócimy do pracy.
Nawet podczas nieobecności wojowników Donbaksho dostarczali do grodziska ziarno, a kobiety przygotowywały piwo, które za sprawą upałów fermentowało błyskawicznie w płaskich i szerokich garnkach. Obecnie chłodziło się w mrocznym i zimnym kącie. Przyciągnięto tłustą krowę i pierwszy rzeźnik grodziska, muskularny niewolnik, narzucił brudny od krwi skórzany fartuch, wziął do ręki kamienny młot i ugodził nim precyzyjnie w czaszkę zwierzęcia. Dwóch pomocników trzymało w tym czasie krowę za rogi. Ta padła natychmiast martwa i starsze kobiety rozcięły jej podgardle, aby złapać jak najwięcej juchy. Potem przywleczono jeszcze inne zwierzęta i przygotowania ruszyły pełną parą. Do wieczora było jeszcze daleko, gdy pierwsi wojownicy siedli już na swych miejscach i dobrali się do piwa.