Выбрать главу

Rytualnemu mianowaniu wodza przewodził druid Ne-med. Wciąż żywił sporo pretensji do Asona, ale starał się tego nie okazywać. Wdział swe najlepsze szaty i wysokie nakrycie głowy, które zwężało się ku czubkowi. Prawdziwe cudo pokryte złotem, długie na łokieć i ozdobione wzorami w linie i koła. Stanął między ogniskiem a Asonem, złożył ręce na piersi i poczekał, aż zgromadzenie umilknie. Potem zaczął swoje zawodzenie głosem wysokim, z początku matowym, potem coraz żywszym. Z wolna zaczął nawiązywać do tematu, przy czym wykorzystywał stare teksty, które zmieniał tylko tu i ówdzie. Jednak wojownicy i tak siedzieli zasłuchani i potakiwali, gdy słyszeli znane partie tekstu.

Grzmot i wycie wichru, Skrzypienie i łomot, Głuchy jęk pękającej skały, Uszy puchną od takiego zgiełku.
Usłyszałem wielkie dudnienie, Jakby tarcza o tarczę uderzyła. Spadające topory, miażdżące topory Skruszyły czaszki.
To z bitwy się wyłoniła. Pieśni bohaterów, Pieśń wojowników, szalejących ze złości, Pojawili się groźni mężowie, wielcy wodzowie.
A pośrodku stał Ason, Ason, jak orzeł szybki, Ason, co wrogów patroszył, krew toczył, Mąż z długim ostrzem, szarżujący byk.
I gdy się spotkali, Gdy uderzył Ason, Uali pękła głowa. Pępek mu się otworzył. Przy drugim uderzeniu Rozpadł się na troje.

Nemed wciągnął powietrze głęboko i prawie jednym tchem wyśpiewał:

Czerwoni od krwi i szarzy od mózgów, Odcięli szczęki od głów, głowy od szyj, ręce od ramion, nadgarstki od rąk, pięści od nadgarstków, kciuki od pięści, paznokcie od kciuków, nogi od bioder, kolana od nóg, łydki od kolan, kostki od łydek, stopy od kostek, palce od stóp, paznokcie od palców, I rzucili kawałki ciał w górę, Aż wzleciały jak rój pszczół, I zabrzęczały w blasku słońca.

Tłum krzyczał i zaczął naśladować brzęczenie, które umilkło dopiero, gdy Nemed złapał oddech i raz jeszcze odśpiewał fragment o pszczołach. Reszta była podobna, powtarzała się niczym refren. Tubylcy słuchali tego z o wiele większym zainteresowaniem niż Ason, który nie widział żadnego sensu w opowiadaniu oczywistych bajek, skoro przecież i tak nikt nie dawał im wiary. Nemed długo budował napięcie, aż w końcu obrócił się i wskazał na Asona.

— Macie jakieś pytania? — krzyknął.

— Ja mam pytanie — stwierdził Ason i stanął przed łukiem. — Co szczególnego ma się dzisiaj zdarzyć? Czym ten dzień będzie różnił się od innych?

Ledwo to powiedział, innych dwóch druidów przyciągnęło szamoczącego się słabo mężczyznę. Zapewne jakiegoś jeńca. Ason nie zwrócił nań większej uwagi. Ustawiono go przed druidem i na dany znak puszczono, a Nemed wbił mu w plecy ostry sztylet. Ostrze dosięgło serca i jeniec padł wijąc się na ziemi. Po chwili znieruchomiał. Nie żył.

Gdy jeszcze konał, Nemed stanął nad nim i przyjrzał się uważnie położeniu kończyn. Ze śmiertelnych drgawek wróżyło się o wiele lepiej niż z chmur czy lotu ptaków. Druid musiał być zadowolony z tego, co dojrzał, wyprostował się bowiem i wskazał z szacunkiem na Asona. Zgodnie z obrzędem zdawał pytania i udzielał odpowiedzi. Był to wstęp do uczynienia Mykeńczyka wodzem-bykiem.

Dokonało się.

***

— Wstałeś wraz z jutrzenką, Egipcjaninie — zawołał Aias z kładki nad bramą, gdy Inteb wychodził z grodziska. Nad równiną snuła się jeszcze mgła, ptaki dopiero się budziły.

— W takim świetle można wyczytać w kamieniu rzeczy, których gdzie indziej nie dojrzysz.

— Wiem. To kwestia cieni.

Inteb zatrzymał się i ciekawie zadarł głowę.

— Jak na pięściarza sporo wiesz o obróbce kamienia.

— Jako niewolnik nauczyłem się wielu rzeczy, krzepki byłem i nie myślałem za wiele. Dopiero walka na pięści to odmieniła, ale przedtem pływałem na galerach, pracowałem też w kamieniołomie na wzgórzu Karatepe.

— Tam jest tylko piaskowiec — żachnął się Inteb. — Zębami można go rozłupać. Chodź ze mną, a pokażę ci, jak twardy jest prawdziwy kamień.

Poranne słońce rozproszyło opary i rozjaśniło powierzchnię głazu. Inteb krążył wokół niego i czynił jakieś znaki kawałkiem zwęglonego drewna. Aias przyglądał się i poziewywał; nie spał wcale tej nocy.

— Z tej strony pójdzie nawet łatwiej — powiedział Inteb. — Przede wszystkim tutaj kamień nie jest tak gruby i odłamie się gładko. Yerni wiedzą już, że to możliwe i może uda się ich zapędzić do wspólnej pracy.

— Bat ze skóry konia wodnego byłby dobrym argumentem.

— To działa tylko na niewolników i wieśniaków, Aiasie. Też mi ich brakuje. Gdybym chciał tak potraktować jakiegoś tubylca, skończyłbym z toporem w głowie. Myślę jednak, że przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie kogoś poszukać, może tych Donbaksho. Wystarczą silne ramiona i upór w codziennym powtarzaniu tej samej roboty.

Chłopcy wyganiający bydło na pastwiska dojrzeli Inteba przy głazie i wieść o tym szybko ściągnęła co trzeźwiejszych wojowników. Prym wiedli ci, którzy poprzedniego dnia nie mieli okazji pracować kamieniami. Ze śmiechem wspięli się na górę, zignorowali narzekającego na ścieranie znaków Inteba i niczym doświadczeni kamieniarze zaczęli oglądać zielone otoczaki. Gdy ekipa była już w komplecie i tłum zebrał się wkoło, Aias poszedł po Asona.

— Jedno cięcie z każdego boku — wyjaśnił im Inteb. — To opłacalna metoda, oszczędza siły i czas, ale nie każdy to potrafi. — To nie była przechwałka, tylko stwierdzenie faktu i Mykeńczyk dobrze o tym wiedział. — Kamień będzie szeroki u podstawy i coraz węższy ku szczytowi, podobnie jak świątynia Niweserre nad Nilem czy kolumny na podwórcu Sahure. To ciekawsza linia, wolę ją znacznie bardziej niż proste płaszczyzny. Zresztą, to i tak nie dla ciebie, twój kamień będzie żywy, jakby dopiero co wyrósł z głębi ziemi. Zaczynamy.

Tym razem wojownicy słuchali uważnie i starali się wszystko zrozumieć. Wiedzieli już, że porywają się na rzecz możliwą. Tłum cofnął się i obsiadł inne głazy. Aias pomógł Intebowi ustawić stosownie ludzi i skoordynować ich działania. Ćwiczenie z kamykami zajęło o wiele mniej czasu niż poprzednio. Gdy kazano im podnieść maule, jeden z wojowników krzyknął „Ason abu!", inni przyłączyli się do zawołania.

Unieśli ciężary wysoko. Gdy padła komenda, opuścili je jednocześnie.