Była to przecież Gildia Skrytobójców. Tutaj się nosi czerń. Noc jest czarna i oni także. No i czerń jest taka stylowa, a wszyscy się zgadzali, że skrytobójca bez stylu jest tylko wysoko opłacanym i aroganckim zbirem.
Wszyscy prefekci mieli już po osiemnaście lat, a zatem wolno im było odwiedzać te części miasta, o których młodsi chłopcy nie powinni nawet wiedzieć. Ich pryszcze nie strzelały już na widok kobiety. Nauczyli się już, że świat jest ostrygą, którą można otworzyć złotem, jeśli nie wystarcza sztylet.
— Prawdopodobnie ktoś z rodziców — uznał jeden z nich.
— Ciekawe, kto jest tym szczęściarzem.
— Wiem, kim ona jest — oświadczył „Ludo” Ludorum, głowa Domu Żmii. — Słyszałem, jak wykładowcy o niej mówią. To madame Roberta Maserole. Kupiła stary dom przy Łatwej. Podobno zarobiła stosy forsy w Genoi i chce się tutaj osiedlić. Pewnie szuka możliwości inwestycji.
— Madame? — powtórzył inny, nazwiskiem Downey. — Tytuł grzecznościowy czy funkcja zawodowa?
— W Genoi? Może być jednym i drugim — odparł ktoś i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
— Folly częstuje ją szampanem — zauważył Downey. — Są przy trzeciej butelce. O czym oni tyle gadają?
— O polityce — stwierdził Ludo. — Wszyscy wiedzą że Winder nie zachowa się przyzwoicie, więc sprawa spada na nas. A Folly jest zły, bo straciliśmy tam już trzech chłopaków. Winder jest całkiem sprytny. Gdzie spojrzeć, stoją gwardziści i żołnierze.
— Winder to pętak — uznał Downey.
— Tak, Downey. Wszystkich nazywasz pętakami — odparł spokojnie Ludo.
— I mam rację.
Downey znów usiadł przodem do stołu i jakiś ruch — a raczej brak ruchu — zwrócił jego uwagę. W pobliżu dalszego końca młody skrytobójca czytał książkę, ułożoną przed talerzem na podstawce. Był pochłonięty lekturą, a pusty widelec znieruchomiał w połowie drogi do ust.
Downey mrugnął do kolegów, z tacy przed sobą wybrał jabłko, zamachnął się dyskretnie i wypuścił je ze złośliwą celnością.
Widelec poruszył się niczym język węża i nabił jabłko w powietrzu.
Czytający odwrócił kartkę. Potem, nie odrywając wzroku od książki, delikatnie przysunął widelec i nadgryzł owoc.
Wszyscy pozostali spojrzeli na Downeya. Dały się słyszeć jeden czy dwa chichoty. Młody człowiek zmarszczył czoło. Ponieważ atak się nie powiódł, zmuszony był odwołać się do zjadliwej drwiny, która sprawiała mu jednak poważne trudności.
— Naprawdę jesteś pętakiem, Zaczepiaczu Psów — oznajmił.
— Tak, Downey — odpowiedział spokojnie czytający, wciąż skupiony na lekturze.
— Kiedy masz zamiar zdać jakiś porządny egzamin, Zaczepiaczu Psów?
— Trudno powiedzieć, Downey.
— Nigdy nikogo nie zabiłeś, co, Zaczepiaczu Psów?
— Prawdopodobnie nie, Downey.
Czytający przewrócił następną kartkę. Cichy szelest rozzłościł Downeya jeszcze bardziej.
— A co takiego czytasz? — warknął. — Robertson, pokaż mi, co czyta Zaczepiacz Psów, dobrze? No już, podaj mi to!
Chłopiec siedzący obok tego, który obecnie znany był jako Zaczepiacz Psów, porwał książkę z podstawki i rzucił wzdłuż stołu. Czytający westchnął i wyprostował się. Downey przerzucił kartki.
— No i patrzcie, chłopaki — powiedział. — Zaczepiacz Psów czyta książkę z obrazkami. — Uniósł ją otwartą do góry. — Sam ją pokolorowałeś? Farbkami czy kredkami, Zaczepiaczu Psów?
Były czytający wpatrywał się w sufit.
— Nie, Downey. Została ręcznie pokolorowana przez pannę Emelię Jane, siostrę lorda Winstanleigha Greville-Pipe, autora, według jego osobistych instrukcji. Zauważ, że jest to napisane na stronie tytułowej.
— A tu mamy śliczny obrazek tygrysa — brnął dalej Downey. — Dlaczego to wszystko oglądasz, Zaczepiaczu Psów?
— Ponieważ lord Winstanleigh miał pewne interesujące teorie na temat sztuki ukrywania się, Downey.
— Co? Czarno-pomarańczowy tygrys między zielonymi drzewami? — Downey z irytacją przewracał kartki. — Ruda małpa w zielonej dżungli? Czarno-biała zebra w żółtych trawach? Co to jest, podręcznik, jak tego nie robić?
Znowu rozległy się chichoty, jednakże nieco wymuszone. Downey miał przyjaciół, ponieważ był ważny i bogaty, ale czasem człowiek krępował się przebywać w jego towarzystwie.
— Prawdę mówiąc, lord Winstanleigh zaprezentował też pewne ciekawe uwagi o zagrożeniach intuicyjnego…
— Czy ta książka należy do gildii, Zaczepiaczu Psów? — przerwał mu Downey.
— Nie, Downey. Została wydana prywatnie jakiś czas temu, a mnie udało się odnaleźć egzemplarz w…
Downey machnął ręką. Książka pofrunęła, strasząc siedzących przy stole młodszych chłopców, i wylądowała w głębi kominka. Jedzący przy głównych stołach obejrzeli się, a potem bez zainteresowania wrócili do posiłku. Płomienie zaczęły lizać kartki. Przez jedną chwilę tygrys płonął łuną.
— To była rzadka książka, co? — Downey uśmiechnął się złośliwie.
— Myślę, że teraz można ją nazwać nieistniejącą — odparł Zaczepiacz Psów. — To był jedyny zachowany egzemplarz. Nawet grawerowane płyty drukarskie zostały przetopione.
— Czy ty się czasem denerwujesz, Zaczepiaczu Psów?
— Ależ tak, Downey — zapewnił były czytający. Odsunął krzesło i wstał. — A teraz myślę, że pójdę wcześniej spać. — Skinął głową siedzącym przy stole. — Dobranoc, Downey, panowie…
— Pętak z ciebie, Vetinari.
— Skoro tak twierdzisz, Downey.
Vimesowi łatwiej się myślało, kiedy jego stopy były w ruchu. Ta prosta aktywność uspokajała go i porządkowała myśli.
Poza pilnowaniem godziny strażniczej i trzymaniem warty przy bramach nocna straż nie miała wiele roboty. Po części dlatego, że była niekompetentna, a po części, ponieważ nikt od niej niczego więcej nie wymagał. Patrolowali ulice powoli, żeby każdemu niebezpiecznemu osobnikowi dać czas na odejście spacerkiem albo wtopienie się w mrok, a także dzwonili dzwonkami, by obwieścić pogrążonemu we śnie światu — a w każdym razie światu, który spał do tej chwili — że wbrew pozorom wszystko jest w porządku. Zatrzymywali też co spokojniejszych pijaków oraz łagodniejsze gatunki zbłąkanych zwierząt.
Uważają, że szpieguję dla Windera, myślał Vimes. Szpiegować strażników z posterunku przy Kopalni Melasy? To jakby szpiegować ciasto.
Vimes stanowczo odmówił noszenia dzwonka. Młody Sam zdobył sobie lżejszy, ale z szacunku dla stanowczo wyrażonych życzeń Vimesa owinął serce ściereczką.
— Czy powóz dzisiaj wyjeżdża, sir? — spytał, kiedy zmierzch pociemniał do nocy.
— Tak. Pojadą nim Colon i Waddy.
— I będą zabierać ludzi na Kablową?
— Nie. Kazałem im doprowadzić wszystkich na posterunek straży. Ryjek pobierze od nich po pół dolara kary i zapisze nazwiska i adresy. Może zorganizujemy loterię.
— Będziemy mieli kłopoty, sierżancie.
— Godzina strażnicza ma tylko nastraszyć ludzi. Nie ma wielkiego znaczenia.
— Nasza mama mówi, że niedługo zaczną się prawdziwe kłopoty — oświadczył Sam. — Słyszała w sklepie rybnym. Wszyscy mówią, że Snapcase zamieszka w pałacu. On słucha ludzi.
— Tak, akurat — mruknął Vimes.
A ja słucham piorunów, pomyślał. Ale nic w związku z tym nie robię.
— Nasza mama mówi, że kiedy Snapcase zostanie Patrycjuszem, każdy w mieście będzie miał prawo głosu — ciągnął Sam.