Выбрать главу

Drzwi świątyni były zamknięte. Vimes bezskutecznie szarpał za uchwyt, a potem tłukł rękojeścią miecza o drewno. Bez efektu. Nie zostawił nawet śladu na deskach.

Za to drzwi do sklepu ze starzyzną, tuż obok, stały otworem. Kiedyś mu ten sklep zastępował krawca i szewca. I podobnie jak lombard, zawsze był czynny.

Vimes wszedł do wnętrza i natychmiast otuliła go zakurzona ciemność.

Była to prawdziwa grota odzieży. Z sufitu zwisały rzędy używanych garniturów. Stare półki uginały się pod stosami koszul, kamizelek i skarpet. Tu i tam w mroku wyrastały pudła, o które Vimes zaczepiał kolanami. Zwały znoszonych butów ześlizgiwały się i przesuwały pod nogami. A zapach… Gdyby ubóstwo miało zapach, byłby właśnie taki. Gdyby upokorzona duma miała zapach, byłby właśnie taki. Zawierał też nutę środka dezynfekującego.

Już kilka stóp od drzwi Vimes się zgubił. Skręcił i przeciskał się kolejnymi alejami duszących tkanin. Zastanawiał się, czy ktoś tu kiedyś umarł i jak udałoby się to odkryć. Odsunął wieszak z wyświeconym, przetartym garniturem…

— Ty chcieć?

Odwrócił się.

Nie zobaczył nikogo. Dopiero po chwili opuścił nieco wzrok i spojrzał w oczy człowieka. Sklepikarz był całkiem łysy, bardzo niski i chudy, a ubrany w jakieś niekształtne ubranie, którego zapewne nawet sklep ze starzyzną nie zdołał wcisnąć klientowi. Kto to jest? Kto… Zaskakujące, ale imię wydawało się całkiem świeżym wspomnieniem.

— Aha, hm, no tak… Pan Sen…

— Szum Śni Sen — powiedział pan Szum. Chwycił garnitur, który Vimes wciąż trzymał w ręku. — Dobre oko, dobre oko, piękny materiał, należeć kapłan, dla pana pięćdziesiąt pensów, żal sprzedać, czasy teraz ciężkie.

Vimes pospiesznie odwiesił garnitur na stojak i wyjął swoją odznakę. Szum spojrzał na nią niechętnie.

— Ja zapłacić już inny glina — oświadczył. — Jeden dolar, jeden miesiąc, żadne kłopoty. Już zapłacić inny glina.

— Zapłacić? — powtórzył Vimes.

— Dwa paskowy glina już ja zapłacić. Jeden dolar, jeden miesiąc, żadne kłopoty!

— Kapral Quirke — mruknął Vimes. — Nie musi pan płacić glinom, panie Szum. Jesteśmy tu, by pana chronić.

Mimo ledwie podstawowej znajomości języka, pan Szum wyrazem twarzy jasno sugerował, że stojący przed nim trzypaskowy i jednokoronowy glina spadł tu z planety idiotów.

— Proszę posłuchać! Nie mam teraz czasu! Gdzie są tylne drzwi? To sprawa straży!

— Ja zapłacić! Ja płacić ochrona! Jeden miesiąc, żadne kłopoty!

Vimes burknął coś i ruszył tunelem między ścianami ubrań.

Jego uwagę zwrócił błysk szkła. Jak krab przecisnął się bokiem wzdłuż ciasnej alejki, aż trafił na kontuar zawalony kolejnymi beznadziejnymi towarami. Ale za nim spostrzegł drzwi za zasłoną z paciorków. Na wpół przebrnął, na wpół przepłynął nad stosami szmat i przedarł się do małego pokoiku za drzwiami.

Pan Szum przecisnął się do starego krawieckiego manekina, tak odrapanego, poobijanego i pogiętego, że wyglądał, jakby ktoś wydobył go z wulkanicznych popiołów starożytnego miasta.

Pociągnął za ramię i manekinowi zapaliły się oczy.

— Tu Numer Trzeci — powiedział do ucha manekina. — Właśnie przeszedł. O rany, ależ jest wściekły…

Tylne drzwi były zamknięte, ale ustąpiły, gdy Vimes naparł na nie całym ciężarem. Zatoczył się na dziedziniec i przyjrzał murowi oddzielającemu brudny placyk od ogrodów świątyni. Podskoczył i drapiąc butami o ścianę, podciągnął się na szczyt. Czuł, jak rozsypuje się pod nim kilka cegieł.

Wylądował na plecach i spojrzał na chudą postać w żółtej szacie, siedzącą na kamiennej ławie.

— Może herbaty, komendancie? — zaproponował sprzątacz.

— Nie chcę żadnej herbaty! — wrzasnął Vimes i wstał.

Sprzątacz wrzucił do stojącej przy nim czarki z herbatą grudkę zjełczałego masła jaka.

— A zatem czego pan chce, panie Vimes z bardzo użytecznymi stopami?

— Nie mogę sobie z tym poradzić! Wiesz, o czym mówię!

— Wie pan, trochę herbaty naprawdę by pana uspokoiło.

— Nie mów mi, żebym się uspokoił! Kiedy zamierzacie odesłać mnie do domu?

Kolejny mnich wynurzył się ze świątyni. Był wyższy, potężniejszy od sprzątacza, miał siwą brodę i twarz dobrotliwego dyrektora banku. Podał Vimesowi kubek.

Vimes wahał się przez moment, po czym wziął kubek i starannie wylał zawartość na ziemię.

— Nie ufam wam — oświadczył.

— Nie wyobrażam sobie, co moglibyśmy dodać do herbaty, żeby smakowała gorzej niż ta, którą tutaj pijecie — rzekł spokojnie sprzątacz. — Niech pan siada, wasza łaskawość. Proszę.

Vimes osunął się na ławę. Wściekłość, która napędzała go do tej pory, nieco ostygła, choć ciągle czuł, jak w nim bulgocze. Odruchowo wyjął i wsadził sobie do ust na wpół wypalone cygaro.

— Sprzątacz twierdził, że znajdzie pan nas w taki czy inny sposób — stwierdził drugi mnich i westchnął. — To tyle, jeśli chodzi o tajemnicę.

— Ale czemu was to martwi? — Vimes zapalił ogryzek cygara. — Możecie pograć czasem i wyjdzie na to, że nic się nie zdarzyło.

— Nie zamierzamy tego robić — zapewnił drugi mnich.

— Zresztą jak mógłbym wam zaszkodzić? Chodzić i opowiadać, że ci zwariowani mnisi, których widuje się na ulicach, potrafią przesuwać czas? Zamknęliby mnie! A w ogóle to kim ty jesteś?

— To jest Qu. — Sprzątacz skinął głową na kolegę. — Kiedy nadejdzie pora, przeniesie pana z powrotem. Ale jeszcze nie teraz.

Vimes westchnął ciężko. Już nie był wściekły, pozostało mu uczucie beznadziejnej pustki. Patrzył tępo na dziwne skałki zajmujące większą część ogrodu. Wydawały się jakoś znajome.

Zamrugał.

— Rozmawiałem dzisiaj z ludźmi, którzy mają umrzeć — powiedział. — Wiecie, jak się po tym czuję?

Mnisi popatrzyli na niego ze zdziwieniem.

— No… tak — powiedział Qu.

— Wiemy — potwierdził sprzątacz. — Każdy, z kim rozmawiamy, umrze. Każdy, z kim pan rozmawia, umrze. Wszyscy umierają.

— Zmieniałem wydarzenia — oświadczył Vimes. I dodał, jakby się usprawiedliwiał: — Niby dlaczego nie? Carcer zmienia. Nie mam pojęcia, jak teraz wszystko się potoczy. Czy nie zmienia się historia, nawet jeśli człowiek rozdepcze mrówkę?

— Dla mrówki z całą pewnością — przyznał Qu.

Sprzątacz machnął ręką.

— Tłumaczyłem przecież, panie Vimes. Historia znajdzie sposób. To tak jak rozbicie statku. Płynie pan do brzegu, ale fale łamią się niezależnie od tego, co pan zrobi. Czyż nie jest napisane: „Wielkie morze nie dba o to, którędy płyną małe rybki”? Ludzie umierają, kiedy nadejdzie ich czas…

— Czas Keela nie nadszedł! To Carcer napadł biedaka!

— Nadszedł jego czas w tej teraźniejszości, komendancie — wyjaśnił Qu. — Ale odegra swoją rolę w tej drugiej. W końcu. Dopłynie pan do brzegu. Musi pan. W przeciwnym razie…

— …nie będzie brzegu — dokończył sprzątacz.

— Nie — rzekł Vimes. — Musi być coś więcej. Ja nie płynę, ja tonę. Wiecie, że to było zabawne? Z początku. Te nocne wyjścia z chłopakami. Wyczuwanie ulic przez podeszwy butów. Ale teraz… co z Sybil? Czy moje wspomnienia są prawdziwe? O ile wiem, ona jest dziewczyną, mieszka z ojcem. Czy w ogóle istnieje gdzieś jako moja żona, która rodzi moje dziecko? Ale tak naprawdę? Czy to tylko moje złudzenia? Możecie to udowodnić? Czy to się dzieje? Czy dopiero się wydarzy? Co jest prawdziwe?

Mnisi milczeli. Sprzątacz zerknął na Qu, który wzruszył ramionami. Sprzątacz spojrzał bardziej wymownie i tym razem Qu zrezygnowany machnął ręką, jakby chciał powiedzieć: No dobrze, dobrze, choć uważam, że to błąd…