– On już nie wróci, prawda?
– O ile mi wiadomo, nie.
– Więc jak pan myśli, powinnam wam dziękować czy nie?
– David został oczyszczony, proszę pani – odezwał się Rafael. – Już nigdy nie będzie się bał koszmarów o Yamie.
Pani Pyonghwa spojrzała najpierw na niego, potem na Jima. Następnie bez słowa wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwi.
– To oczyszczenie zrobiło na mnie wielkie wrażenie – powiedział Jim do Rafaela, kiedy mercedes wyjechał z podjazdu przed szpitalem. – Wychodzi na to, że niewłaściwie cię zrozumiałem.
– To, co robię, nie jest niczym wielkim, proszę pana. To Słowa posiadają tę moc. Kryje się w nich magia Majów. Ja muszę jedynie je powtarzać.
– Cóż, czy to Słowa, czy też ty sam, masz przed sobą wspaniałą przyszłość. Mógłbyś zająć się tym zawodowo jako psychoterapeuta… zwłaszcza w tym mieście.
– Ludzie, których oczyszczam… – uśmiechnął się Rafael – hmm, lubię dobierać ich bardzo starannie. Nigdy nie wiadomo, co można wypuścić na świat. Skąd miałem wiedzieć, że boi się czegoś takiego?
– A jednak udało ci się i tylko to się liczy. Szkoda, że ten biedny strażnik tak bardzo oberwał.
– Powinien pan pozwolić mi się oczyścić z lęku wysokości, proszę pana – poradził mu Rafael.
– Nie, chyba nie skorzystam, chłopcze. Myślę, że lęk wysokości jest bardzo zdrowy. Podwieźć cię do domu?
Kiedy jechali Santa Monica Boulevard, mając za plecami słońce, Jim zapytał:
– Dokąd one odchodzą, te strachy, skoro je już przepędzisz? To znaczy… jeżeli w ogóle dokądś odchodzą.
– Po prostu rozwiewają się jak dym – odparł Rafael.
– Pani Pyonghwa chciała się dowiedzieć, czy mogą powrócić.
– A czy dym może przybrać swą dawną postać?
– Chyba nie – przyznał Jim, lecz z jakiejś przyczyny słowa Rafaela nie w pełni go usatysfakcjonowały. Zadał pytanie… a jeśli odpowiedź na nie brzmiała „tak"? Dwa dni wcześniej za nic by nie powiedział, że kot niegdyś noszący imię Tibbles mógłby do niego powrócić.
– Gdzie mieszkasz? – zapytał Jim, gdy mijali świątynię mormonów.
– Proszę tu mnie wysadzić. Tu wystarczy.
– Mogę zawieźć cię pod same drzwi. Dla mnie to żaden problem.
– Jest w porządku. Naprawdę.
– Chyba nie wstydzisz się tego, że twoi koledzy mogliby zobaczyć, jak wysiadasz z tego samochodu, co?
– Wcale nie o to chodzi. Proszę mnie tu wysadzić, a będzie doskonale.
– Jak chcesz.
Jim wjechał na krawężnik i Rafael wysiadł z samochodu. Zanim odszedł, przechylił się jeszcze przez drzwi i powiedział:
– Byłbym wdzięczny, gdyby nie opowiadał pan nikomu tego. co się dziś wydarzyło. Wszyscy inni obiecali zachować to dla siebie. W przeciwnym razie cała szkoła będzie mnie błagać o sesje oczyszczające.
– Jasne, rozumiem. Potrafię dochować tajemnicy.
– Dziękuję panu – rzucił i odszedł w kierunku Pelham Avenue.
Dziwny młody człowiek, pomyślał Jim, odprowadzając go wzrokiem; jego długi wieczorny cień maszerował przy nim na szczudłach. Niewiele wiedział o Rafaelu poza tym, że jego ojciec przyjechał do Los Angeles do pracy w pośrednictwie specjalizującym się w zatrudnianiu sprzątaczek, pokojówek i wszelakiej innej służby domowej. Oprócz milkliwości (zazwyczaj) jego problemem była niemożność skojarzenia słowa napisanego na papierze z wypowiedzianym. Nie potrafił nawet pojąć, w jaki sposób litery R-A-F-A-E-L układają się w jego imię.
Jim różnymi metodami starał się mu pomóc, lecz jak na razie nie zdołał otworzyć tej części mózgu Rafaela, która odpowiedzialna była za płynne czytanie na głos. Pod wszystkimi innymi względami inteligencja Rafaela była znacznie wyższa niż przeciętna.
Rafael skręcił w Pelham Avenue, a Jim włączył się z powrotem do ruchu. Po drodze spojrzał w dół Pelham Avenue i ku swemu zdumieniu nigdzie nie dostrzegł Rafaela. Nie było tam żadnych przecznic, żadnych wejść do budynków – nawet ani jednego samochodu, którym mógłby się zabrać. Jim zmarszczył czoło i zwolnił, lecz jadąca za nim furgonetka zatrąbiła swym dwutonowym klaksonem i musiał na powrót przyśpieszyć.
Zniknięcie Rafaela napełniło go dziwnym przeczuciem, że za jego powierzchownością i rytuałem przepędzającym strach kryje się coś znacznie poważniejszego.
Kiedy dotarł do domu obładowany zakupami, kot niegdyś noszący imię Tibbles czekał na niego przed drzwiami. Zamruczał głośno i otarł się o jego nogi.
– I co dzisiaj porabiałeś? – zapytał Jim. – Mam nadzieję, że byłeś grzeczny.
Otworzył drzwi do mieszkania i zaniósł torby prosto do kuchni.
– Kupiłem ci twoje ulubione przysmaki. Szynka z indyka i kocie ciasteczka.
Rozkładał zakupy na półkach, gdy usłyszał niepewne stukanie do drzwi. Kot niegdyś noszący imię Tibbles zjeżył się nagle.
– Uspokój się, kocie – skarcił go i poszedł otworzyć. Na progu stał Myrlin Buffield z dwieście jeden. Myrlin był mocno zbudowany, włosy sczesywał do tyłu, a w uchu nosił złoty kolczyk w kształcie sztyletu. Przypominał emerytowanego zapaśnika, lecz nikt nie wiedział, z czego się utrzymuje, ani też nie starał się tego dociec.
– Hej, Myrlin. W czym mogę pomóc?
Myrlin bez słów wyciągnął przed siebie obie ręce. Pocięte były dziesiątkami nabrzmiałych, czerwonych zadrapań.
– Co się stało? Wyglądasz, jakbyś pokłócił się z kłębkiem drutu kolczastego.
– Ależ nie, z twoim cholernym kotem.
– Moim kotem? To dzieło mojego kota? Co chciałeś mu zrobić?
– Nic. Siedział na półpiętrze, kiedy wróciłem z pracy. Pochyliłem się, by go pogłaskać, a wtedy po prostu mu odbiło. – Całkiem wiernie zaczął naśladować kota, któremu odbija, łącznie z pluciem i drapaniem.
– No no – powiedział Jim.
– No no? Mówię ci, to cholerne bydlę wpadło w furię.
– Daj spokój, Myrlin. To z natury bardzo potulne stworzenie. – Tak czy owak, miał bardzo złe przeczucia. Najpierw Valerie, teraz Myrlin. Kogo zaatakuje następnym razem?
– Zamierzam postawić ci ultimatum – oznajmił Myrlin. – Albo będziesz go trzymał z dala ode mnie. albo zaduszę go własnymi rękami. Jasne?
– Myrlin…
– Nie rozumiesz po angielsku? Mógłbym cię za to pozwać do sądu.
– Przepraszam. Jestem pewien, żeTibbles też tego żałuje. Obaj żałujemy. Dopilnuję, by to się więcej nie powtórzyło.
Myrlin wrócił do swego mieszkania po przeciwnej stronie korytarza i zatrzasnął za sobą drzwi. W chwilę później rozległy się zza nich pierwsze dźwięki Dies irae Verdiego. Jeżeli to nie było ostrzeżenie, to co?
Jim wszedł do kuchni, gdzie kot niegdyś noszący imię Tibbles stał niecierpliwie przy swej misce.
– Czym ty jesteś? To znaczy, czym ty naprawdę jesteś? Co z ciebie za kot? – zapytał Jim, mierząc go wzrokiem.
Tibbles ziewnął. Jim otworzył puszkę kociej konserwy z indyka i łyżką wydłubał trochę mięsa do miski. Kot pożarł ją w takim tempie, jak gdyby nie jadł od roku. Jim obserwował go przez chwilę i doszedł do wniosku, że niezależnie od zmiany temperamentu musi być prawdziwym kotem. Jedynie kot pochłaniałby coś takiego z podobną żarłocznością.
Wciąż jeszcze jadł, gdy ponownie rozległo się stukanie i do mieszkania weszła Valerie. Miała na sobie białe rybaczki, czarną koronkową bluzkę i złotą szyfonową chustę we włosach.
– Jest tutaj? – zapytała ochrypłym scenicznym szeptem.
Tibbles przerwał obiad i podniósł głowę. Jim nigdy przedtem nie widział na jego pysku podobnego napięcia, nawet podczas podkradania się do przepiórki.