Выбрать главу

Uniosła ją odrobinę w górę. Potrawa była ciemnozielona i ociekała tłuszczem.

– Szpinak a la Grecque – oznajmiła. – Zaprosiłam George'a na kolację. Jim zajrzał do garnka.

– Szczęściarz z tego George'a – stwierdził. – Usiłuję na nowo rozpalić nasz stary romans. Szczerze mówiąc, nie pozostało mi nic innego. W porównaniu u staruszkami w pumpach z Pasadeny, George stanowi pierwszorzędny towar. Niech sobie nawet dłubie w uszach, przynajmniej jest mężczyzną.

– Ta wróżba, o której wspomniałaś… – zaczął Jim.

– Myślałam, że nie chcesz wiedzieć, co ci się przydarzy.

– Nie może być już nic gorszego niż to, co dzieje się obecnie.

– W takim razie nie ma sprawy, ale nie mogę poświęcić ci zbyt wiele czasu. Mam w piekarniku kleftiko i muszę zrobić sałatkę z fetą. Nie masz przypadkiem u siebie żadnych greckich nagrań? Kompletnie zapomniałam.

– Dysponuję jedynie Skrzypkiem na dachu, pozostawionym przez poprzedniego lokatora. Był rabinem.

Valerie wytarła dłonie i poprosiła go do salonu. Odszukała talię tarota i kazała mu ją przetasować.

– Zamknij oczy i poproś karty, by ukazały ci wszystko… to, co najciemniejsze i najjaśniejsze.

Jim wypełnił jej polecenie, lecz gdy zamknął oczy, był w stanie myśleć jedynie o Dolly wychodzącej przed rozpędzoną ciężarówkę. Oraz o Deanie, Mike'u i Fynie.

– Skup się – skarciła go Valerie, choć nie miał pojęcia, skąd wiedziała, o czym myślał.

Kiedy skończył tasować, rozłożyła karty na niewielkim stoliczku. Przez dłuższą chwilę spoglądała na nie, zakrywając usta dłonią.

– O co chodzi? – zapytał Jim. – Złe nowiny czy co? Valerie podniosła kartę przedstawiającą dwóch mężczyzn w dziwnych, średniowiecznych strojach, z ptakami siedzącymi im na głowach. Jeden zwrócony był twarzą, drugi plecami do patrzących. Jeden ptak był biały, drugi zaś czarny. Sznur małych ludzików, narysowanych bez zachowania perspektywy, maszerował przez dolną część karty.

– Stoisz przed niezwykle ważną decyzją – powiedziała Valerie. – Ta decyzja wpłynie na resztę twego życia i na tych, którzy na ciebie liczą.

Uniosła kolejną kartę. Byli na niej ludzie niosący kosze na głowach. Obcinali sobie dłonie i stopy i rzucali je naokoło jałowej ziemi.

– Jeśli dokonasz niewłaściwego wyboru, ty oraz ci, którzy na ciebie liczą, sami siebie zniszczycie. Być może nie dosłownie, lecz pod wszystkimi innymi względami, w każdym razie przestaniecie być sobą.

Trzecia karta była tą samą, która pojawiła się podczas pierwszej wróżby. Kaplica na szczycie wzgórza, lekko uchylone drzwi… i wyglądające zza nich czerwone ślepia.

– Zaczekaj no – odezwał się Jim. – Te oczy… wydawało mi się, że były żółte.

Valerie uważnie przyjrzała się karcie.

– Masz całkowitą słuszność. Były żółte.

– Nie ma dwóch takich samych kart? Jedna z żółtymi oczyma, a druga z czerwonymi?

– Nie, jest tylko ta jedna.

– To jak mogła się zmienić?

– Nie wiem. Ale spodziewam się, że ma to jakieś znaczenie.

– Na przykład jakie?

– Nie jestem pewna. Czerwień zawsze była kolorem krwi i choroby.

– Świetnie. Pokaż mi następną kartę.

Na czwartej karcie widniał czarny nagrobek na opustoszałym wybrzeżu. Wyryta na nim była liczba XVI.

– Szesnaście – stwierdziła Valerie. – To oznacza, że szesnastu ludzi umrze tego samego dnia.

Jim pośpiesznie obliczył w pamięci.

– W klasie zostało czternastu uczniów, do tego ja. Razem piętnaście. Plus ktoś jeszcze… Bóg jeden wie kto.

– Jim… nie powinieneś brać tego zbyt dosłownie.

– Czemu nie? Do tej pory wszystko zawsze się sprawdzało, dobrze mówię?

– Karty pokazują ci pewne ewentualności, nie nieuniknione zdarzenia. Ty możesz zmienić przyszłość sygnalizowaną przez karty… takie jest ich przeznaczenie. Przepędzają demony z kościołów, a zło z ludzkiego życia.

– W porządku. Pokaż mi ostatnią kartę.

Valerie podniosła ostatnią kartę i odwróciła ją. Widniał na niej niezwykły rysunek dwojga całujących się ludzi, mężczyzny i dziewczyny. Wydawali się zawieszeni pośród nocnego nieba, na tle księżyca, daleko pod stopami mieli ciemne czubki drzew.

– Co to oznacza? W kontekście pozostałych kart nie dostrzegam logicznego związku.

– To jedna z kart ukazujących ewentualne zakończenia – objaśniła Valerie. – Przedstawia rozwiązanie twego problemu.

– Pocałunek w locie? Co to za rozwiązanie?

– Naprawdę nie potrafię ci powiedzieć. Ale to czysto symboliczna scena. Tak naprawdę nikogo nie będziesz w locie całował.

Jim spojrzał na rozłożone karty i ogarnął go niepokój – zwłaszcza na widok tej z kaplicą na wzgórzu. Wiedział, jaki wybór go czeka, by uchronić uczniów przed śmiercią albo ciężkimi obrażeniami.

Podniósł się z miejsca.

– Dzięki, Valerie – powiedział, całując ją w policzek.

– Poczekaj – zatrzymała go. – Wybierz jeszcze jedną kartę.

Złapał pierwszą z brzegu i podał ją Valerie. Przedstawiała mężczyznę sięgającego dłonią do wnętrza pieca, by wydobyć rozpalony do czerwoności krucyfiks.

– No i? – zapytał ją. – Poparzę sobie palce czy co?

– Nie… ta karta oznacza, że kiedy nadejdzie czas, byś zrobił to, co będziesz musiał, nie wolno ci się wahać ani przez sekundę.

Następnego dnia wszystkie lekcje w klasie Jima odwołano na znak żałoby po Dolly, a do szkoły przyjechało dwóch psychologów, by porozmawiać z jej przyjaciółmi. Jim spędził cały dzień w bibliotece, starając się dowiedzieć jak najwięcej o wierzeniach Majów, a zwłaszcza o demonie noszącym imię Xipe Totec. Początkowo w ręce wpadały mu tylko suche rozprawy o kalendarzu Majów oraz setki teorii na temat zagadki ich wyginięcia i opustoszałych miast w sercu dżungli.

Niektórzy historycy przypuszczali, że powodem mogła być epidemia albo trzęsienie ziemi. Inni sugerowali, że prosty lud powstał wraz z niewolnikami przeciw bezproduktywnym kapłanom, których opętały tajemnice czasu i innych światów.

Jedna z dziwniejszych interpretacji odwoływała się do stwierdzenia, że Majowie mieli znacznie wolniejsze tętno od współczesnych ludzi -jedynie pięćdziesiąt dwa uderzenia na minutę, podczas gdy u współczesnego człowieka liczba wierzeń waha się w granicach od siedemdziesięciu pięciu do osiemdziesięciu – i w związku z tym stali się tak bardzo rozleniwieni i ociężali, że po prostu zmęczyli się życiem.

W książce Magia Majów napotkał taką myśclass="underline" „Ze względu tu swój odizolowany charakter, cywilizacja Majów stała się niezwykle zamkniętą społecznością – gospodarczo, religijnie i emocjonalnie. Jedna z legend głosi, że z krainy umarłych przybył demon, który pozbawił ich wszelkich lęków, a ponieważ byli tak blisko ze sobą związani, lęki te utworzyły potworną istotę, która zmasakrowała prawie wszystkich i zaniosła ich dusze do Mictlampy, meksykańskiego odpowiednika piekła. Ci, którzy przeżyli tę rzeź, wkrótce zginęli w dżungli bądź też z rąk innych Indian, jako że nie znali lęku i nie próbowali się bronić".

Jim zamknął książkę i usiadł wygodniej na krześle. Demoniczne karty tarota powiedziały prawdę: stał przed trudnym wyborem i dokładnie wiedział, na czym miał on polegać. Xipe Totec pragnął, by Lęk porwał wszystkich jego Podopiecznych za jednym zamachem. Lecz skoro to się powiodło, najwyraźniej gotów był zabierać ich dusze pojedynczo – będzie atakować wtedy, kiedy okażą się najbardziej bezbronni.