Wiedział także, że Leon Ron Hailey został skazany za swoje zbrodnie na łączną karę czterystu pięćdziesięciu dwóch lat więzienia i miał nigdy nie opuścić celi. Po pięciu latach zgodził się oddać do dyspozycji nauki. Wszystkimi „obiektami badawczymi” w Strefie 7 byli więźniowie z wielokrotnymi wyrokami dożywocia.
– Obiekt numer dwa – kontynuował Botha – otrzymał szczepionkę w postaci surowicy uwodnionej. Została dodana do szklanki wody, którą wypił dokładnie pół godziny temu. Jest to biały mężczyzna, dwieście trzy centymetry wzrostu, dziewięćdziesiąt siedem i pół kilograma wagi, trzydzieści dwa lata. Uwalniam środek czynny.
Znów syknęło i do komory wleciała żółtawa chmura.
Mężczyzna w komorze zauważył pojawienie się gazu, ale w odróżnieniu od obiektu numer jeden nie zareagował na ten fakt. Był znacznie wyższy od swojego poprzednika, miał szerokie bary, grube bicepsy, potężne pięści i niewielką jajowatą głowę, jakby pochodzącą z innego ciała.
Beznamiętnie wpatrywał się w działającą jak weneckie lustro ścianę komory przed sobą, jakby zupełnie nie obchodziło go, co się z nim będzie działo.
Nie zakasłał. Nie zaczął dygotać. Ponieważ miał na twarzy maskę, wirus jeszcze nie dotarł do jego ust.
Botha wcisnął klawisz interkomu.
– Proszę zdjąć maskę.
Obiekt numer dwa bez jakichkolwiek sprzeciwów wykonał polecenie.
Kiedy prezydent ujrzał jego twarz, z wrażenia wstrzymał na chwilę oddech.
Widział tę twarz niejeden raz – w telewizji i w prasie – była to przepełniona złem, wytatuowana twarz Lucifera Jamesa Leary’ego, seryjnego zabójcy, znanego w Ameryce jako „Chirurg z Phoenix”.
Człowiek ten zabił trzydzieści dwie autostopowiczki, głównie młode dziewczyny, które w latach 1991-1998 wziął do samochodu na szosie międzystanowej między Las Vegas a Phoenix. W każdym miejscu, w którym porywał ofiarę, pozostawiał swój znak – rzucał na ziemię coś z jej biżuterii, zwykle pierścionek lub naszyjnik.
Leary’ego wyrzucono ze studiów w akademii medycznej i praktykował teraz na swoich ofiarach. Zabierał je do domu w Phoenix, obcinał im bez znieczulenia kończyny, a następnie zjadał je na ich oczach. Odnalezienie jego domu przez agentów FBI – z zakrwawioną piwnicą i dwoma żywymi, ale częściowo zjedzonymi ofiarami – wstrząsnęło Ameryką.
Lucifer Leary także teraz wyglądał jak uosobienie zła. Całą jego lewą część twarzy pokrywał tatuaż, wyglądający jak ślad po zadrapaniu łapą jakiejś niesamowitej istoty z horroru, zaopatrzoną w pięć ostrych jak brzytwa pazurów. Tatuaż był tak precyzyjny, że wydawało się, iż skóra jest poszarpana, a z brzegów ran ścieka krew. Doskonale spełniał swoje zadanie – wywoływał obrzydzenie i strach.
Morderca uśmiechnął się, ukazując obrzydliwe żółte zęby.
Prezydent dopiero teraz pojął znaczenie tego, co widzi.
Choć Leary zdjął maskę, obecny w powietrzu wirus zdawał się nie wywierać na nim najmniejszego wrażenia.
– Jak pan widzi – dodał Botha z dumą w głosie – nawet przy bezpośrednim wdychaniu wirusa z powietrza podana doustnie szczepionka w postaci uwodnionego serum skutecznie zapobiega zakażeniu. Neutralizuje wnikający do organizmu wirus, blokując uwalnianie przez niego dwuetylopropanazy, białka, które atakuje enzym pigmentacyjny, metahydrogenazę, i białko grupy krwi, DB…
– Poproszę bardziej zrozumiale – powiedział sztywno Prezydent.
– Panie prezydencie, to, co pan właśnie widział, to ogromny skok w dziedzinie broni biotechnologicznej. Jest to pierwsza na świecie broń, stworzona metodami inżynierii genetycznej, środek w pełni syntetyczny, nie ma więc na niego naturalnego antidotum. Działa ze skutecznością, jakiej jeszcze nie widziałem. To wirus sztucznie skonstruowany, a został utworzony – chciałbym, aby mnie pan dobrze zrozumiał – w bardzo szczególny sposób. Jest to „bomba etniczna”, przeznaczona do zabijania jedynie określonych ras ludzi – posiadających określone geny. W tym przypadku atakowani są jedynie ludzie, którzy posiadają enzym zwany metahydrogenazą oraz białko krwi DB. Są to enzymy powodujące białe zabarwienie skóry – typowe dla rasy białej. Panie prezydencie, ten sam enzym, który sprawia, że nasza skóra jest biała, czyni nas podatnymi na ten szczególny wirus. To niesamowite. Nie mam pojęcia, jak Chińczykom udało się coś takiego stworzyć. Mój rząd w Afryce Południowej próbował przez lata skonstruować wirus, który po dodaniu do wody pitnej powodowałby bezpłodność u Murzynów, ale nigdy nam się to nie udało. Analiza budowy tego wirusa wykazuje jednak, że ponieważ pigmentacja Murzynów jest odmianą metahydrogenazy, nietrudno byłoby go tak przekształcić, aby atakował również Afroamerykanów…
– Proszę przejść do sedna – przerwał mu prezydent.
– Sedno jest proste, panie prezydencie: przed tym wirusem bezpieczne są jedynie osoby pochodzenia azjatyckiego, ponieważ nie posiadają białego pigmentu skóry. Natomiast wszyscy biali i czarni na całym świecie umrą. Panie prezydencie, oto najnowsza chińska broń biologiczna: sinowirus.
– Wydaje mi się, że coś tu śmierdzi – powiedział Schofield.
– Bzdura, kapitanie. – Wycior Hagerty zbył go machnięciem ręki. – Naczytał się pan komiksów.
– W takim razie co się stało z Websterem? Nigdzie go nie mogę znaleźć. Nie wolno mu znikać.
– Prawdopodobnie jest w sraczu.
– Sprawdzałem. A Nighthawk Trzy? Gdzie oni są? Dlaczego Hendricks się nie zgłosił?
Hagerty przyglądał mu się beznamiętnie.
– Sir, z całym szacunkiem, ale gdyby pan zechciał rzucić okiem na to, jak ustawili się chłopcy z Siódmego Szwadronu… – nalegał Schofield.
Hagerty odwrócił się ze swoim fotelem. Znajdowali się w południowym biurze w głównym hangarze, razem z grupką ludzi z Białego Domu. Hagerty bez zainteresowania wyjrzał przez okno i popatrzył na rozstawionych po całym hangarze komandosów.
– Wygląda na to, że obstawiają każde wejście – odparł i wzruszył ramionami. – Po to, abyśmy nie porozłazili się po miejscach nie przeznaczonych dla naszych oczu.
Nie, sir. Proszę przyjrzeć im się dokładnie. Grupa na północy pilnuje windy. Środkowa grupa pilnuje platformy. Nic w tym niezwykłego, proszę jednak popatrzeć na trzecią grupę, tę przed drzwiami budynku.
Widzę. Ale co to ma…
– Sir, oni pilnują magazynu.
Hagerty przeniósł wzrok z Schofielda na komandosów. Schofield miał rację – stali przed drzwiami z napisem MAGAZYN.
– Doskonale, kapitanie. Umieszczę pańskie obserwacje w raporcie – burknął Hagerty i wrócił do swoich papierów.
– Ale…
– Powiedziałem, że umieszczę pańskie obserwacje w raporcie, kapitanie Schofield. To wszystko.
Schofield wyprostował się.
– Z całym szacunkiem, sir, ale czy uczestniczył pan kiedyś w walce?
Hagerty zesztywniał.
– Nie jestem pewien, czy podoba mi się pański ton, kapitanie…
– Uczestniczył pan kiedyś w walce?!
– Byłem podczas operacji Pustynna Burza w Arabii Saudyjskiej.
– W walce?
– Nie. Pracowałem w ambasadzie.
– Sir, gdyby kiedykolwiek uczestniczył pan w walce, wiedziałby pan, że te trzy oddziały nie stoją w pozycjach defensywnych, ale ofensywnych. Są tak ustawieni, aby opanować oba biura…
– Nonsens.
Schofield złapał kartkę papieru, na której Hagerty właśnie coś pisał, i zrobił na niej szkic hangaru.