Выбрать главу

Doskonale słyszeli głos komandosa nad nimi, który mówił właśnie do mikrofonu:

– Charlie Sześć, tu Charlie Jeden, nie ma ich w poprzecznym tunelu na poziomie jeden. Rozumiem – już idziemy.

Załomotały ciężkie kroki, a potem zapadła cisza. Schofield odetchnął z ulgą.

– Teraz dokąd? – spytał Mózgowiec.

– Tam – odparł Schofield i wskazał brodą stalowe wrota po przeciwległej stronie szybu.

– Gotów? – wrzasnął Book II do Elvisa.

– Gotów!

Book II popatrzył na wielki biały ciągnik, połączony liną z ogonem Nighthawka Dwa. Potężne opony, niziutko osadzona karoseria i maleńka, dwuosobowa kabina sprawiały, że pojazd wyglądał jak cegła na kołach albo jakiś gigantyczny insekt. Właśnie z powodu swojego wyglądu miał wśród pracowników lotnisk na całym świecie przydomek „Karaluch”.

Ciągnik, zamocowany do Nighthawka Dwa, stał przodem do pokrytej tytanem pancernej kurtyny, która kilka minut temu opadła przed wrotami hangaru, szczelnie go zamykając.

Book II trzymał w rękach dwie niklowane, paradne beretty – swoją i wziętą od leżącego na podłodze zabitego żołnierza piechoty morskiej.

– Siadaj za kierownicą! – wrzasnął do Elvisa. – Ja wsiądę z drugiej strony!

– Robi się!

– Okej! Teraz!

Błyskawicznie wstali i pomknęli przez otwartą przestrzeń. Ich nogi poruszały się w synchronicznym rytmie.

Niemal natychmiast w beton za nimi załomotały pociski.

Elvis skoczył na fotel kierowcy i zatrzasnął za sobą drzwi. Bookowi II udało się dotrzeć do drugich drzwi, ale został potężnie ostrzelany, zamiast więc wsiąść do kabiny, skoczył na dach pojazdu.

– Elvis! Gaz! – wrzasnął.

Elvis wcisnął rozrusznik i silnik ciągnika o mocy 600 koni mechanicznych ryknął przeraźliwie. Elvis wrzucił bieg i wcisnął pedał gazu.

Zapiszczały opony i ciągnik wyprysnął do przodu, prosto na pancerną zasłonę, oddzielającą bazę od świata. Bez trudu pociągnął za sobą Nighthawka Dwa – uzbrojony helikopter transportowy Super Stallion CH-53E.

Oba znajdujące się w hangarze pododdziały 7. Szwadronu – razem dwudziestu ludzi – rozproszyły się po hangarze i ruszyły w pogoń za karaluchem.

W boki pojazdu zagrzechotały kule.

Elvis szarpnął kierownicą i ciągnik zaczął zawracać, kierując się ku południowemu biuru.

Znajdujący się na dachu karalucha Book II ukląkł na jedno kolano i zaczął strzelać z obu pistoletów do zbliżających się komandosów 7. Szwadronu.

Niewiele to dało – przeciwnik miał zbyt wielką przewagę ognia. Rozkład sił był mniej więcej taki, jakby ktoś próbował zatrzymać nadlatującą rakietę typu Patriot z procy. Book II schował się za kabiną.

– A to skubaniec! – wrzasnął nagle Elvis. Book II popatrzył w górę.

Mniej więcej trzydzieści metrów przed nimi – dokładnie na torze ich jazdy – stał komandos z oddziału wroga. Na ramieniu trzymał wyrzutnię rakiet przeciwczołgowych Predator.

Pociągnął za spust.

Z tyłu wyrzutni wystrzelił snop dymu, a z przodu wyprysnął mały cylindryczny pocisk, który pomknął ku karaluchowi, Pozostawiając za sobą prostą jak struna smugę rozgrzanego powietrza.

Natychmiast szarpnął gwałtownie kierownicą w lewo. Potężny pojazd zakręcił tak ostro, że oba prawe koła uniosły się w powietrze. Przez chwilę można było sądzić, że ciągnij wjedzie prosto w przepaść szybu centralnego.

Obracał się jednak powoli z piskiem opon, aż w końcu zmienił kierunek jazdy. Teraz pędzili na północ, wąskim pasem podłogi między szybem a Marine One.

Nighthawk Dwa nie miał tyle szczęścia co oni.

Gwałtowny skręt Elvisa sprawił, że maszyna znalazła się dokładnie w polu rażenia Predatora.

Rakieta trafiła w helikopter i przebiła pancerne szyby jego kokpitu.

Efekt był piorunujący.

Cały przód super stalliona eksplodował, zasypując podłogę szkłem i poskręcanymi fragmentami metalu. W miejscu, gdzie powinna się znajdować oszklona kula kabiny pilotów, ziała teraz czarna dziura o poszarpanych brzegach.

Uderzenie rakiety zniszczyło także koła helikoptera, więc potężna maszyna – czy raczej to, co z niej zostało – była ciągnięta przez kierowany przez Elvisa pojazd po betonie, wznosząc kłęby iskier.

– Elvis! – wrzasnął Book II. – Do windy! Do głównej windy!

Ciągnik gnał na północ, a komandosi 7. Szwadronu skakali na boki jak pchły, próbując przed nim uciec.

Drzwi do windy znajdowały się po prawej stronie, więc Elvis znów gwałtownie szarpnął kierownicą. Karaluch skręcił w prawo, ścinając róg szybu centralnego – i zwisający z dachu pojazdu Book II przez ułamek sekundy ujrzał w dole kilkudziesięciometrową przepaść.

Trzy sekundy później ciągnik – ze szczątkami helikoptera za sobą – zatrzymał się, zarzucając na boki, przed drzwiami windy w północnej ścianie hangaru.

Book II zeskoczył na podłogę i wcisnął klawisz wzywający windę. Ledwie Elvis do niego dołączył, zza pojazdu wyskoczyło dwóch uzbrojonych ludzi.

Book II poderwał pistolety w górę.

– Stop! Stop! Stop! – krzyknął jeden z mężczyzn, pokojowo unosząc w górę własną broń.

– Spokojnie, sierżancie – powiedział drugi. – Jesteśmy z wami.

Book II puścił cyngle.

Obaj mężczyźni byli żołnierzami piechoty morskiej.

Jednym z nich był Ashley Lewicky, zawodowy sierżant o zrośniętych nad nosem brwiach, poobijanym nosie jak kartofel i szerokich ustach. Był do tego niski i krępy, a jego kryptonim, „Maszyna Miłości”, był złośliwym żartem. Miał mniej więcej tyle samo lat co Elvis i byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni.

Drugi komandos stanowił niemal zupełne przeciwieństwo Maszyny Miłości. Był wysoki, przystojny, miał dwadzieścia dziewięć lat, nazywał się Tom Reeves i był kapitanem. Dowództwo uważało go za obiecującego oficera, więc szybko awansował. We wspinaniu się po drabinie hierarchii służbowej przegonił nawet kilku bardziej doświadczonych poruczników, ale mimo swoich niewątpliwych umiejętności żołnierskich otrzymał od podwładnych przydomek „Calvin”, ponieważ wyglądał jak model z reklamy męskiej bielizny Calvina Kleina.

– Jezus Maria… Elvis! Gdzie ty się uczyłeś prowadzić? – wykrzyknął Maszyna Miłości. – Na konkursach demolowania samochodów?

– Dlaczego? – zapytał zdziwiony Elvis. – Gdzieście się schowali?

– A jak sądzisz, tępaku? W Nighthawku Dwa! Było nam tam całkiem dobrze, dopóki nie podstawiliście nas pod tę Pieprzoną rakie…

W tym momencie w ścianę nad ich głowami załomotały Pociski.

Komandosi 7. Szwadronu – oddział Bravo – nacierali na nich ławą. – 7 Zakładam, że podjeżdżając tu, robiliście to z jakimś zamiarem – powiedział Calvin Reeves do Booka II.

Brzęknął dzwonek, informując, że winda dojechała. Otworzyły się drzwi. Na szczęście kabina okazała się pusta. Oto nasz zamiar, sir – odparł Book II.

– Akceptuję – oświadczył Calvin i wbiegli do środka.

Book II natychmiast nacisnął klawisz zamykania.

Drzwi zaczęły się zamykać. Przez szczelinę wpadł do środka pojedynczy pocisk, uderzając z trzaskiem o ścianę naprzeciwko.

– Prędzej… – poganiał Elvis powolny mechanizm.

Drzwi ciągle jeszcze nie były domknięte.

Na dachu stojącego przed windą karalucha zadudniły uderzenia buciorów, trzasnęły repetowane pistolety maszynowe.

Połówki drzwi zetknęły się…

…i w tym samym momencie na ich wewnętrznej stronie wyskoczyły wielkie wybrzuszenia, wypchnięte pociskami dużego kalibru.

Chwilę im to zajęło, ale wreszcie, przesuwając się centymetr po centymetrze i przez cały czas zwisając na palcach z rynienki na kable, Schofield, Matka i reszta dotarli do szerokich drzwi po przeciwległej stronie szybu centralnego.