Выбрать главу

– To znaczy, że sygnał z satelity idzie na fali zgodnej z częstotliwością mysiej dziury?

– Tak podejrzewam. Próbuję teraz za pomocą anteny CS sprawdzić wszystkie mikrofale, emitowane wewnątrz – Te ptaszki mają najlepszy na świecie system detekcyjny, nie powinno to długo… jest! Wcisnął klawisz ENTER i na ekranie pojawił się wykres.

– Widzi pan? – Mózgowiec wydrukował go. – To standardowy zapis odbijanego sygnału. Satelita wysyła sygnał poszukiwawczy – to te wysokie szpice skierowane do góry, po jakieś dziesięć gigaherców – i zaraz potem odbiornik na ziemi, czyli prezydent, odbija go. To te szpice do dołu.

Zakreślił odpowiednie miejsca kółkami.

– Poszukiwanie i odbicie. Jeśli nie brać pod uwagę interferencji, wygląda na to, że to powtarza się co dwadzieścia pięć sekund. Kapitanie, ten generał nie kłamie. W bazie jest coś, co odbija zabezpieczony mikrofalowy sygnał satelitarny.

– Skąd pewność, że to nie sygnał kierunkowy?

– Z powodu nieregularności. Widzi pan, że sekwencja nie powtarza się dokładnie tak samo? Od czasu do czasu między sygnałem poszukiwawczym i zwrotnym pojawia się skok średni. – Mózgowiec stuknął palcem w mniejsze szpice w dwóch kółkach.

– Co one oznaczają?

– To sygnały interferencyjne. Oznaczają, że źródło sygnału zwrotnego się porusza.

– Jezu… więc to prawda.

– A zaraz będzie jeszcze gorzej – odezwała się stojąca przy oknie Gant. – Rzuć na to okiem.

Schofield podszedł do okienka i wyjrzał. Krew zastygła mu w żyłach. Musiało ich być przynajmniej dwudziestu. W hangarze znajdowało się przynajmniej dwudziestu komandosów 7. Szwadronu. Po chwili otoczyli samolot.

Najpierw dotarł do nich odór, który przypominał zapachy ogrodu zoologicznego – był to specyficzny fetor odchodów i trocin w zamkniętym pomieszczeniu.

Juliet Janson prowadziła, ciągnąc za sobą prezydenta. Pozostała dwójka agentów wbiegła zaraz za nimi i zatrzasnęła drzwi.

Znajdowali się w rozległym, zaciemnionym pomieszczeniu, obstawionym pod trzema ścianami szeregami klatek, zrobionych z masywnych, kutych prętów, wpuszczonych w beton. Pod czwartą ścianą stały klatki o nowocześniejszym wyglądzie – ich sięgające od podłogi do sufitu ściany wykonano z przezroczystego pleksiglasu, a w środku znajdowała się atramentowo-czarna woda. Nie było widać, co się w niej kryje.

Nagle skądś dobiegł głośny ryk i agentka Janson mimowolnie odwróciła się w jego kierunku.

W jednej ze stalowych klatek po prawej stronie znajdowało się coś wielkiego. Z powodu niedostatku światła za grubymi czarnymi prętami widać było jedynie wielką, futrzastą, podrygującą bryłę.

Dolatywał stamtąd paskudny dźwięk – jakby ktoś powoli przeciągał paznokciami po szkolnej tablicy.

Agent specjalny Curtis podszedł do klatki i zajrzał w ciemność.

– Nie podchodź za blisko! – krzyknęła Janson.

Ale Curtis już był przy klatce.

Całe pomieszczenie wypełnił straszliwy, mrożący krew w żyłach ryk i zza prętów wyprysnął wielki czarny łeb porośnięty zmierzwioną sierścią, o dzikich oczach i błyskających piętnastocentymetrowych kłach – i sięgnął po nieszczęsnego agenta.

Curtis odruchowo odskoczył i usiadł na tyłku, a oszalały z wściekłości zwierzak bezskutecznie machał mu przed nosem potężną owłosioną łapą, powstrzymywany jedynie przez wzmacniane pręty.

Janson podeszła bliżej, by dokładniej przyjrzeć się stworowi.

Był ogromny, miał przynajmniej dwa metry i siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i cały był pokryty czarnym futrem. W podziemnej betonowej celi wydawał się zupełnie nie na miejscu.

Nie do wiary!

W klatce siedział niedźwiedź.

Nie wyglądał na zbyt szczęśliwego. Jego futro było matowe, przepocone, sfilcowane i pozbijane w grudy. Tylne łapy zwierzęcia oklejały zaschnięte odchody i wielki zwierzak wyglądał jak potwór z kiepskiego horroru.

W innych klatkach też były niedźwiedzie – cztery samice i dwa młode.

– Jezu… – jęknął prezydent.

– Co tu się dzieje? – zapytał Julio Ramondo.

– Niewiele mnie to obchodzi – mruknęła Janson i ruszyła z prezydentem w kierunku masywnych drzwi po przeciwległej stronie pomieszczenia. – Bez względu na to, co to jest, nie możemy tu zostać.

W hangarze na poziomie 1 panowała cisza. Boeing AWACS był otoczony przez komandosów 7. Szwadronu.

– Miałem nadzieję, że przynajmniej tutaj ich nie będzie – mruknął Schofield.

– Skąd oni przez cały czas wiedzą, gdzie jesteśmy? – zdziwiła się Matka.

Gant popatrzyła na Schofielda.

– Na moje oko taka baza musi być okablowana jak cholera.

– Też tak sądzę – odparł Schofield.

– O czym wy gadacie? – spytała Matka.

– O kamerach – odparł Schofield. – Nadzorujących kamerach. Gdzieś w tej bazie siedzi ktoś i obserwując monitory, przez cały czas mówi tym chłopakom, gdzie akurat…

BUMMM!

Z zewnątrz doleciał głośny łomot.

Gant wyjrzała przez okienko samolotu.

– Cholera, są na skrzydle!

– Jezu… idą do drzwi! – jęknął Schofield. Wymienili się z Gant spojrzeniami.

– Będą szturmować samolot.

Wyglądali jak pełznące po samolociku zabawce mrówki. Ośmiu komandosów – po czterech z każdej strony – szło po skrzydłach boeinga.

Kapitan Luther „Pyton” Willis, dowódca oddziału Charlie 7. Szwadronu, stał na podłodze hangaru i patrzył na swoich ludzi, przesuwających się po skrzydłach.

– Avengery już są w drodze – powiedział jego starszy sierżant.

Pyton nie odpowiedział, jedynie skinął głową.

Schofield biegł środkowym przejściem wzdłuż samolotu i sprawdzał tylne wyjścia. Gant i Mózgowiec pilnowali obu bocznych okien.

– Tutaj nikogo nie ma! – zawołał Schofield z tyłu, gdzie były luki awaryjne. – Lis!

– Mam czterech na lewym skrzydle!

– Ja mam czterech na prawym! – krzyknął Mózgowiec.

– Matka!

Nie było odpowiedzi.

– Matka!

Schofield szybko pobiegł na dziób.

Nigdzie nie było śladu Newman. Miała pilnować przednich wejść do samolotu – klapy ratunkowej w podłodze przedniej kabiny i luków sufitowych nad fotelami katapultowymi pilotów.

Biegnąc, Schofield rzucił okiem na komandosów na lewym skrzydle.

Co oni tam właściwie robią?

Nie uda im się wejść do środka lukami przy skrzydłach, pomyślał Schofield. On i jego ludzie, nawet uzbrojeni tylko w pistolety, mogli skutecznie bronić tak małego wejścia.

W tym momencie zobaczył avengery.

Były dwa i wjeżdżały do hangaru po specjalnej rampie dla pojazdów kołowych, znajdującej się we wschodniej części poziomu.

Avenger to zmodyfikowany hunwee. Ma taką samą szeroką karoserię, ale w jego tylnej części zamontowane są dwie platformy do umieszczania na każdej czterech rakiet ziemia-powietrze typu Stinger. Pod spodem platform są jeszcze dodatkowo dwa ciężkie karabiny maszynowe kalibru pięćdziesiąt. W efekcie jest to bardzo skuteczna i bardzo ruchliwa jednostka, przeznaczona do niszczenia samolotów.

– Już wiem, co zamierzają! – zawołał Schofield. Zamierzali ostrzelać samolot ze stingerów, a potem, wykorzystując zamęt i dym, wejść do niego.

Świetny plan, pomyślał Schofield. I bardzo bolesny dla niego i trójki jego towarzyszy.

Avengery rozdzieliły się i pomknęły w bok, oflankowując samolot z obu stron.