Nagle Book dostrzegł wyjście z sytuacji.
– A co mi tam! – mruknął.
Wyciągnął rękę do przodu, złapał rączkę wyrzutni maghooka i wcisnął klawisz oznakowany „M”. Aktywował magnes.
Broń natychmiast zareagowała.
Na głowicy zapaliło się światełko i magnes zaczął szukać najbliższego metalu.
Znajdował się on oczywiście w czole Goliata.
Z głośnym DOMP! – magnes przyssał się do czoła wielkoluda. Uderzenie było bardzo mocne – jakby głowica chciała wcisnąć się pod skórę.
Goliat ryknął wściekle i sięgnął do swojego czoła – wypuszczając Booka.
Book II padł na podłogę, ściskając dłonią poszarpaną ranę w bicepsie.
Goliat wirował wokół własnej osi, szarpiąc magnes na czole.
Book II trzymał się od niego z dala – ale tylko do chwili, aż zataczający się wielkolud oparł plecy o ścianę. Wtedy szybko do niego podszedł, złapał zdrową ręką uchwyt maghooka i pociągnął za spust.
Wyrzutnia odpaliła z głośnym sykiem i głowa Goliata została odrzucona do tyłu i w dół. Jego kark załamał się niemal o dziewięćdziesiąt stopni, a czaszka huknęła o ścianę, wybijając w niej dziurę wielkości pięści. Zgodnie z trzecim prawem termodynamiki, Booka odrzuciło kilka metrów do tyłu.
Mimo wszystko był w lepszym stanie od Goliata. Wielkolud osuwał się powoli na podłogę – oczy miał rozszerzone przerażeniem, a z jego pękniętej czaszki powoli wysączała się mieszanina krwi i mózgu.
Podczas gdy Book II walczył z Goliatem, ciągle lekko oszołomiona Juliet szukała na podłodze swojego pistoletu. Kiedy go wreszcie znalazła i wstała, zamarła. Dwadzieścia metrów od niej stał Seth Grimshaw. – Przypominam sobie ciebie… – powiedział, podchodząc.
Janson nie odzywała się. Grimshaw nadal trzymał w jednej ręce Piłkę, a w drugiej nisko opuszczony karabinek P-90.
– Byłaś w „Bonaventure”, kiedy próbowałem zdjąć Jego Wysokość… ty pieprzona patriotko… mała cwana dupko. Uważasz, że ochrona skorumpowanego prezydenta to coś bardzo honorowego?
Dziewczyna w dalszym ciągu milczała.
Trzymała berettę przy udzie.
Grimshaw celował prosto w nią i uśmiechał się.
– Spróbuj teraz zatrzymać to – powiedział i zaczął pociągać za spust.
Janson zachowywała spokój. Wiedziała, że ma tylko jedną szansę. Jak wszyscy agenci Secret Service, doskonale strzelała, a Grimshaw – jak większość przestępców – strzelał z biodra. Secret Service analizował takie sytuacje i ze statystyk wynikało, że prawdopodobnie przynajmniej trzy pierwsze strzały Grimshawa nie trafią.
Potrzebowała jednak czasu na podniesienie broni, będzie go więc musiała trafić za pierwszym strzałem…
Pomóż swojej szansie, powiedziała sobie. Pomóż szansie.
W chwili, gdy Grimshaw pociągnął za spust, błyskawicznie poderwała broń i strzeliła… w tym samym momencie, gdy Grimshaw wystrzelił trzypociskową serię.
Wydawało się, że ich szansę są bardzo nierówne…
Oboje upadli – jak lustrzane odbicia – na plecy, z obojga trysnęła krew.
Janson leżała na plecach, wpatrywała się w sufit hangaru i bardzo szybko oddychała. W lewym ramieniu miała poszarpaną, zakrwawioną ranę.
Grimshaw nie ruszał się.
Nawet nie drgnął.
Choć Janson jeszcze tego nie wiedziała, jej pojedyncza kula trafiła go między oczy, wybijając u nasady czoła dziurę, w którą dałoby się wsadzić palec. Rana wyjściowa w jego potylicy była znacznie większa.
Seth Grimshaw nie żył.
Piłka leżała spokojnie obok niego.
Pociąg X mknął tunelem.
Po rozmowie z prezydentem Schofield przeszedł do kabiny maszynisty. Za dwie minuty mieli dotrzeć do Strefy 8 i potrzebował chwili spokoju.
W tym momencie z cichym sykiem otworzyły się drzwi za jego plecami i do sterówki weszła Matka.
– Co słychać? – spytała, gdy usiadła.
– Mówiąc szczerze, kiedy budziłem się dziś rano, nie spodziewałem się takiego dnia.
– Dlaczego jej nie pocałowałeś? – spytała nieoczekiwanie Matka.
– Co? Kogo?
– Libby. Kiedy poszliście na kolację i odprowadziłeś ją do domu. Dlaczego jej nie pocałowałeś?
Schofield westchnął.
– Nie zrobiłabyś kariery w korpusie dyplomatycznym.
– Pieprzę to. Jeśli mam dziś zginąć, nie zamierzam z tego powodu płakać. Dlaczego jej nie pocałowałeś? Chciała, żebyś to zrobił.
– Naprawdę? Niech to cholera…
– No więc dlaczego?
– Ponieważ… chyba się przestraszyłem.
– Strachu na Wróble, o czym ty, kurwa, gadasz? Czego się przestraszyłeś? Ta dziewczyna szaleje za tobą.
– Ja za nią też. Od dawna. Pamiętasz dzień, kiedy do nas dołączyła, a Komisja Kwalifikacyjna zrobiła grilla w bazie? Już wtedy wiedziałem – natychmiast jak ją zobaczyłem – ale wtedy sądziłem, że nigdy się mną nie zainteresuje, przez to… – Dotknął pionowych blizn na swoich powiekach.
Matka prychnęła.
– Nie rozmawiałem wtedy z nią zbyt długo. Zdawało mi się, że w którymś momencie przyłapała mnie na gapieniu się w przestrzeń… ciekawe, czy wie, że myślałem wtedy o niej.
– Strachu na Wróble, oboje przecież wiemy, że Lis widzi więcej niż tylko twoje oczy.
– Właśnie w tym problem. Wiem o tym. Nie wiem tylko do końca, co mi tak naprawdę chodziło po głowie w zeszłym tygodniu, kiedy poszliśmy na randkę. Cały wieczór świetnie się ze sobą czuliśmy. Wszystko szło doskonale, a kiedy wreszcie stanęliśmy pod jej drzwiami, nie chciałem wszystkiego spieprzyć i… bo ja wiem… chyba po prostu… sparaliżowało mnie.
Matka pokiwała głową jak mędrzec i nagle parsknęła śmiechem.
– Cieszę się, że cię to bawi – burknął Schofield. Matka klepnęła go w ramię.
– Strachu na Wróble, czasami miło wiedzieć, że masz także słabe strony, jak każdy człowiek… Skaczesz z lodowych klifów i bujasz się na linie nad przepaściami, ale sztywniejesz, kiedy chodzi o pocałowanie dziewczyny. Jesteś cudowny!
– Dzięki. Matka wstała.
– Obiecaj mi tylko jedno – powiedziała. – Kiedy zobaczysz Gant, pocałuj ją, zrozumiano?!
Podczas gdy Schofield, Matka i prezydent mknęli w pociągu X pod pustynią, Cezar Russell i czterech pozostałych komandosów 7. Szwadronu lecieli penetratorami wysoko nad pustynią – w tym samym kierunku, wyprzedzając o kilka minut pociąg.
Przed helikopterami pojawił się kompleks naziemnych budynków Strefy 8.
Strefa 8 była mniejszą kopią Strefy 7: znajdowały się tu dwa prostopadłościenne hangary, dwupiętrowa wieża kontrolna i asfaltowy pas startowy – wraz z ukrytymi pod piaskiem przedłużeniami, które zauważył rano Schofield.
Gdy helikoptery nadlatywały nad bazę, wielkie wrota jednego z hangarów zaczęły się otwierać.
Trochę to potrwało, kiedy jednak wrota były już otwarte, Cezar Russell wytrzeszczył oczy.
Z hangaru powoli wytoczyła się jedna z najbardziej niezwykłych maszyn latających świata.
Dokładniej mówiąc, były to dwie maszyny latające. Jedną był potężny srebrny boeing 747. Wielkonosa maszyna o potężnych skrzydłach wychynęła powoli z cienia hangaru.
Ale uwagę Cezara przyciągnął zamocowany na kadłubie boeinga mniejszy samolot.
Był pomalowany tak, jak maluje się wszystkie wahadłowce NASA: kadłub na biało, spód i dziób na czarno, na boku amerykańska flaga i wielkie litery UNITED STATES.
Nie był to jednak zwykły wahadłowiec.
Był to X-38, jeden z dwóch smukłych miniwahadłowców, zbudowanych przez siły powietrzne Stanów Zjednoczonych do niszczenia satelitów oraz – w razie potrzeby – atakowania stacji kosmicznych i przejmowania ich lub likwidowania.