Выбрать главу

— Raczej: je — wtrąciłem. — Prawdopodobnie tworzą pierścień obronny. Nie licząc tych, które wystrzeliwują na spotkanie rakiet, przybywających z zewnątrz systemu Alfy.

— Jak to było z nami — wtrącił znowu Riva.

— Uhm. Mamy za to nieco więcej danych dotyczących losów „Heliosa”. Weszli na orbitę. Przygotowali załogę do lądowania. Kontrolowali zapewne, jak to się zwykle robi, manewry bliźniaczego statku. I nagle stracili z nim łączność. Ich aparatura działała jeszcze normalnie.

— Ludzie — powiedział Riva.

— Ludzie — przytaknął Snagg. — Ludzie działali normalnie. A więc to nie „Helios”, tylko „Proxima” jako pierwsza dostała się w tę strefę. Wtedy, kiedy podchodziła już do lądowania. Thorns robił, co mógł. Wysłał sondy, które jednak lecąc w kierunku „Proximy”, musiały przeciąć pole wygaszające łączność. Więc zdecydował się na zmianę orbity. I wpakował statek w tę samą strefę, w której tkwił już pierwszy.

— Koniec zabawy — powiedziałem. — Dalej będzie tylko czysta zgadywanka. Wiemy, że opuścili statek. Na pokładzie został Areg. Może zresztą poleciał ze wszystkimi i wrócił potem, kiedy zdał sobie sprawę, co się dzieje. W każdym razie opuścił jeszcze na jakiś czas strefę zerową. Świadczy o tym fakt, że udało mu się nawiązać przynajmniej jednostronną łączność z powierzchnią globu. Głosy, które słyszeliśmy, zelektryzowały go do tego stopnia, że zabrał ostatnią rakietkę i poleciał. Potem komputery „Heliosa” znowu wpadły w pląsawicę. Kiedy statek jeszcze raz opuścił skażone pole, na pokładzie był już nie Areg, lecz Thorns. Prawdopodobnie ranny, jeśli to jego skafander znaleźliśmy w kabinie. Mógł to być przypadek. Albo i nie. Poza tym licho wie, czy odniósł tę kontuzję na powierzchni satelity, czy też w drodze na orbitę. Albo wewnątrz statku. Zresztą mniejsza z tym. Wiemy, że przeżył kilka lat. I chyba nie on jeden. A więc musimy postępować ostrożnie…

— Uhm… — Riva uniósł głowę i spojrzał w sufit. — Jak długo się da…

— Damy im szansę — powiedział Snagg, tak cicho, że ledwo usłyszałem. Dłuższą chwilę panowało milczenie.

— Co się tam działo, na dole?… — mruknął wreszcie Riva.

— Bili się — Snagg wzruszył ramionami.

— Nie słyszałem głosów obcych…

— Jutro zobaczymy — przerwałem Rivie, prostując się. — Szkoda, że nie mamy specjalisty — cybernetyka. Może potrafiłby coś powiedzieć o generatorach, stymulujących te strefy. To w tej chwili najważniejsze.

— W każdym razie radzą sobie i z łącznością, i ze sterowaniem — stwierdził po chwili namysłu Snagg.

— Centra nerwowe — powiedział Riva. — Wystarczy zaatakować jedno ogniwo w układzie prospektywnym mózgu… chociażby falami elektromagnetycznymi…

Zastanowiłem się.

— Nie. Moc pól elektromagnetycznych, wytwarzanych przez bioprądy, nie osiąga wielkości progowych. Fale nie mogą oddziaływać na takie pola.

— Niemniej już dwieście lat temu ludzie umieli pobudzać na odległość wypreparowane nerwy i mięśnie. I to właśnie działając polami elektromagnetycznymi niskiej częstotliwości. Do stu herców.

— Umieli aż tyle? — rzucił od niechcenia Snagg.

— Także zwiększać pobudliwość ośrodków układu nerwowego.

— Czy te strefy mogą oddziaływać na korę mózgową? — spytał nagle Riva.

— Uhm…

— Przypuśćmy, że powodują defekty samoregulacji…

— Defekty osobowości — przerwał Snagg,

— Niech będzie — przystałem. — Działając właśnie na starszą filogenicznie część kory. Tam powstają uczucia…

— Samoregulacja musi mieć sprzężenie zwrotne — Snagg pokręcił głową.

Riva spojrzał na niego z nagłym zainteresowaniem.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

Snagg zaczerpnął głęboko powietrza.

— Próbuję sobie wyobrazić wzór, ogólny wzór na sprzężenie zwrotne…

— Zna go każde dziecko — parsknął Riva.

— Z cybernetyki — stwierdziłem. — Nie z fizyki. Zaczynałem się domyślać, o co chodzi Snaggowi.

— A gdybyś go sobie umiał wyobrazić? — Riva utkwił wzrok w czubkach swoich butów.

— Wiedziałbym wówczas, że to samo mógł kiedyś pomyśleć ktoś inny… i nadać tej myśli konkretny kształt.

— Kształt piguł stymulujących strefy zerowe?

— Właśnie.

Tym razem milczeliśmy nieco dłużej.

— Dobra — powiedziałem wreszcie. — Sprzężenia to coś, co mamy w małym palcu. Jeśli je nam odbiorą…

— Zostaną tylko palce — wysyczał Riva.

— Tak. Wiem z praktyki, że nie jest bez znaczenia, o czym myślimy, wchodząc w te przeklęte strefy. Od teraz skupiamy uwagę na zadaniu, jakie mamy wykonać. Koniec. Żadnych rozmów. Snagg?

— Tak?

— Ustal współrzędne „Heliosa”. Nadajnik namiarowy z podwójnym zapasem energii. Generatory, które uruchomiliśmy, niech pracują dalej. Za dziesięć minut rozłączymy statki. Przepal linę. Lądujemy w promieniu pięciu kilometrów od źródła ostatniej emisji, odebranej przez „Heliosa”. Pogotowie za dwadzieścia minut.

Snagg skinął głową i pochylił się nad pulpitem. Riva siedział jeszcze kilka sekund bez ruchu, następnie wstał i podszedł do ekranów „Kwarka” i „Merkurego”.

* * *

— Rozruch.

— Tak, rozruch — głos Snagga brzmiał jak zawsze. Jego wzrok ślizgał się obojętnie po okienkach czujników. Ręce leżały nieruchomo na kontaktach pulpitu.

— Współrzędne.

— Tak, współrzędne — powtórzył Riva.

— „Kwark”, „Merkury”, do korytarza.

Nie upłynęło pięć sekund, a z głównych dyszy statków satelitarnych strzeliły krótkie płomienie. Ich łby zbliżyły się do siebie i z niedostrzegalnym dla gołego oka przyspieszeniem wycelowały w środek tarczy globu. Nie poczułem nic. Szliśmy jedną tysięczną mocy, jaką rozwijają silniki w czasie startu w atmosferze.

Mijały minuty. Tarcza globu rosła powoli, wypełniła horyzont, krawędzie cieni na jej powierzchni uwypukliły się w poszarpaną sinusoidę wzgórz. Na wysokości siedmiu kilometrów przecięliśmy linię terminatora i wpadliśmy w noc. Zaterkotał geiger. To „Kwark” sygnalizował niesłychanie rozrzedzoną chmurę radioaktywnego pyłu. Dwa czy trzy razy ujrzeliśmy pod sobą miniaturowe rozbłyski. Ale w kabinie nie padło ani jedno słowo. Żaden z nas nie oderwał wzroku od czujników i ekranów.

Tak jak powiedziałem, myślałem o tym, co mamy zrobić i tylko o tym.

Tak powiedziałem…

Nagle uprzytomniłem sobie, że przed przystąpieniem do lądowania rozmawialiśmy chwilę. Wszyscy trzej. Wymieniliśmy luźne przypuszczenia, refleksje, wdaliśmy się w spekulacje myślowe, pozbawione w gruncie rzeczy realnych podstaw i nie prowadzące do wniosków, bezpośrednio poprzedzających działanie. Jak do tego doszło? Czy przestaliśmy być ekipą inforpolu, idealnie zgodnie przyjmująca i interpretująca każdy fakt, każdą informację, jakbyśmy byli jednym mózgiem, od dziecka prowadzonym ku bezbłędnej precyzji oceny zjawisk, ugruntowanej w kręgu psychotronu i zautomatyzowanej w ciągu lat ćwiczeń? Nie. A więc co?

Tym razem natychmiast odrzuciłem to pytanie. Musiałem skupić całą uwagę na zadaniu. Pomyślałem tylko, że była to zapewne pierwsza tego rodzaju rozmowa w historii Korpusu.

Znajdowaliśmy się znowu nad półkulą dzienną. Przewaliliśmy się kilometr nad powierzchnią w szyku stożkowym, amortyzatory foteli miauknęły boleśnie, spóźniając się jak zwykle o ułamki sekund, rakiety przekoziołkowały. Stojąc na ogniu schodziliśmy w dół, w ekranach rósł z każdą chwilą obraz łagodnych pagórków, spływających ku zachodowi w rozległą równinę. Najbliższe wzgórze, palone odrzutem, zaczynało już kopcić, z rufy wysunęły się rozczapierzone zastrzały kratownic, sąsiednie zbocze rozbłysło jeszcze raz pomarańczową łuną. Potężne, sprężyste uderzenie teleskopów.