— Nie wiem…
Oczywiście, że nie wie. Ale wrócił. Nie tak, jak Collins. Dlaczego? Dlatego, że w przeciwieństwie do niego, był facetem z inforpolu. Co powiedziałem Rivie?
— Al.… — odezwał się nagle.
— Co jeszcze?
— … przepraszam.
— Przepraszam! — powtórzył sarkastycznie Riva.
Ale ja zrozumiałem, co Snagg ma na myśli. Nie chodziło mu o odblokowane automaty, opuszczenie rakiety i o wszystko, co robił lub czego nie robił, pozostając w strefie zerowej. Myślał teraz, jak przyjął moją relację. Wtedy kiedy wróciłem z samotnego lotu do „Heliosa”. Przepraszał za to, że nie wierzył.
— Dobra — rzuciłem. — Tylko nie ruszaj więcej blokady celowników.
Mruknął coś niezrozumiale i wyłączył się.
Nie wspominałem już o sondzie. Nie była potrzebna. Przed nami rozpościerała się obszerna, kolista nisza. Jakby dno krateru o łagodnych, łukowato wygiętych zboczach.
W centralnym punkcie kotliny, w jej najniżej położonym miejscu lśnił jasnobłękitnym światłem regularny pierścień. Jak aureola nad głowami świętych na średniowiecznych malowidłach. Tylko że miejsce głowy zajmował widoczny jak na dłoni strzelisty kontur potężnego cygara. Na pierwszy rzut oka rozpoznaliśmy rakietę. I nie mogła to być żadna inna rakieta, jak „Proxima” albo „Monitor”.
Powiększyłem obraz.
Gładka jak stół płaszczyzna. Kamienne jezioro, bez śladu fali i wiatru. Powleczone jakby warstewką szkliwa. Błękitne światła, padające z przysadzistych wieżyczek, kładły się na tej powierzchni monstrualnie długimi palcami. Pod ich dotykiem powłoka lśniła jak lustro.
Wieżyczki stały jedna przy drugiej w regularnych, kilkumetrowych odstępach. Świeciły tylko ich szpiczaste czuby. Poza tym nie było w nich nic, na czym można by oprzeć wzrok. Szerokie, koliste podstawy unosiły stożkowate, proporcjonalne kształty, bez śladu jakichkolwiek anten, celowników czy miotaczy. Tak to przynajmniej wyglądało z tej wysokości i z odległości dobrych sześciu kilometrów.
Przełęcz spadająca za nami na pokrytą wydmowymi wzgórzami wyżynę niemal pionowym kominem, tutaj spływała łagodnie szerokim żlebem. „Phobos” toczył się miękko, z wyłączonymi światłami, odrobinę tylko ciemniejszy od wypełniającego przestrzeń granatu. Nie minęła godzina, kiedy żleb wyprowadził nas, rozszerzającym się i twardniejącym w szklistą masę językiem, na skraj jeziorowatej kotliny. Zastopowałem.
Pierścień błękitnych latarni, opasujący rakietę i przywodzący na myśl kordon, był nie dalej niż o półtora kilometra. Jak dotąd nie spostrzegliśmy w nim żadnych zmian, żadnego ruchu, który mógłby świadczyć, że nas zauważono i że spotkamy się z zawczasu obmyślonym przyjęciem.
To była „Proxima”. Białe litery na burcie majaczyły wprawdzie tylko niewyraźnymi plamami, ale przypomniałem sobie, że „Monitor” był nieco mniejszy od „Heliosa” i różnił się od statków drugiej ekspedycji budową dysz.
Klapy włazów były zatrzaśnięte. Wzdłuż korpusu ciągnęła się jednak nie uszkodzona pionowa prowadnica windy.
Wywołałem Snagga, przekazałem mu ostatnie wiadomości i powiedziałem, żeby posłał meldunek bazie. Mruknął: „ucieszą się” czy coś w tym rodzaju i dodał, że obcy przestali się nim interesować.
— Czy to cię martwi? — spytał łagodnie Riva.
— Przynajmniej coś się działo.
— Potem nam wszystko opowiesz — odpowiedział mu obiecująco Riva, takim tonem, jakby mówił do dziecka. Rozmowa rozwijała się interesująco, ale kazałem im przerwać, bo wokół rakiety powstał jakich ruch. Zamigotała w świetle platforma windy. Wytężyłem wzrok. Obiektywy kamery naszego pojazdu dawały już największe powiększenie, na jakie było je stać.
Winda spłynęła i nagle z bezkształtnej, zagęszczonej masy cienia leżącego pod dyszami statku wyskoczył człowiek. Odruchowo sięgnąłem do klawiatury celowników.
— Minus pięć od zera — zabrzmiał chłodny głos Rivy.
Bez tego wiedziałem, że nie możemy strzelać. Więcej szkody zrobilibyśmy ludziom niż kordonowi. Pochyliłem się w fotelu i patrzyłem.
Człowiek, odziany w próżniowy skafander, biegł potykając się i zataczając. W pewnej chwili uniósł wysoko ramiona i wtedy zobaczyłem, że jest uzbrojony. Miał ręczny miotacz.
Pierścień opasujący szeroko miejsce postoju statku ani drgnął. Nie zaobserwowaliśmy w nim najmniejszego poruszenia nawet wtedy, kiedy mężczyzna dotarł do samych niemal wieżyczek. Nagle zachwiał się i upadł na kolana. Błysnął miotacz. Ujrzeliśmy cieniutką strugę światła, strzelającą w kierunku najbliższego stożka i oplatającą go momentalnie płomieniem podobnym do wyładowania atmosferycznego. Mężczyzna nie odejmował palców od spustu. Ale promienisty sztych zafalował. Trafił w grunt, rozpryskując się miliardami krystalicznych ogników, przeniósł się z kolei na drugą wieżyczkę, ale liznął ją tylko, wzniósł się stromo w górę i począł szyć granatowy bezmiar przestrzeni. Czas płynął. Kolba miotacza musiała już parzyć dłonie strzelającego, nawet przez grube, próżniowe rękawice.
Raptem wylot miotacza zmatowiał. Przez ułamek sekundy unosiło się z niego coś przypominającego strużkę pary, wreszcie zgasł zupełnie. Zrozumiałem, że to nie obłąkany strzelec zwolnił w końcu spust, a po prostu wyczerpał się ładunek energii. To również dawało coś do myślenia.
Miotacz błysnął w locie, odrzucony daleko w bok. Mężczyzna upadł twarzą na ziemię i wił się jak ranne zwierzę. Po chwili znieruchomiał. Uniósł się na łokciach, kilka sekund trwał tak bez ruchu, po czym zaczął walić pięścią w szkliste podłoże. Wyrzucał w górę całe ramię i spuszczał je z szybkością i siłą ciężkiego młota. Wreszcie opadł ponownie, płasko przywierając do ziemi. Wtedy wieżyczki, ale nie najbliższa leżącego, tylko trzy czy cztery po obu jej stronach, posunęły się do przodu. Pełzły powoli i nierównomiernie. Wkrótce utworzyły jakby podkowę, wysuniętą otwartymi ramionami w stronę nieruchomej rakiety. Przypominały teraz kształtem niewód założony na płytkiej wodzie. Przystanęły na moment. Znowu ruszyły, już równocześnie, bardzo powoli, ale z jednakową szybkością. Kiedy stożek stanowiący najgłębszą część łuku znalazł się tak blisko, że niemal dotykał kasku leżącego, ten uniósł się z widocznym wysiłkiem i poleciał do tyłu, jak uderzony. Upadł na plecy, ale natychmiast podkurczył nogi i zaczął pełznąć, odpychając się stopami, niezdarnym ruchem kaleki. Świetlista podkowa przyspieszyła. Mężczyzna upadł znowu, przewrócił się na bok, chwilę przebierał bezradnie nogami, aż wreszcie udało się mu wstać. Skoczył do tyłu, zachwiał się, zatoczył, po czym, łapiąc równowagę, wyprostował na całą wysokość.
Wtedy dopiero poznałem jego skafander. Nie był taki jak wszystkie. Nawet z tej odległości rysował się niewyraźnie białoczarny emblemat na lewym ramieniu. Podłużna narośl na udzie to zespół wyjść dobrze mi znanej, specjalnej aparatury. Odruchowo sięgnąłem ręką do biodra i pojechałem nią wzdłuż mięśnia, muskając palcami końce przewodów. I to nie był zwykły skafander. Ludzikom nic by nie przyszło z jego wszystkich przekaźników i wzmacniaczy. A ten facet na dole, szczuty nagonką świecących wieżyczek, padający i zbierający się z największym wysiłkiem, z każdym ruchem bliższy klatki, jaką stanowił właz statku, to Krosvitz.
Czy naprawdę powiedziałem kiedyś do Liny: „Nie będę go lubił…”?
Właśnie.
— Kompresja? — rzuciłem przez zaciśnięte zęby.
— Pełna moc — odpowiedział natychmiast Riva.
— Przeciek?
— Zero.
— Usuń blokadę.
Dostrzegłem ruch w okienkach automatów celowniczych. Nie mogliśmy bić ciągłym, strefowym ogniem. Nie tutaj.