Rzut oka w ekran. Krosvitza pochłonął już cień pod rufą rakiety. Wieżyczki zatrzymały się. Błysnęła platforma windy. Wtedy błękitne stożki drgnęły i zaczęły pełznąć z powrotem. Nie minęła minuta, a wokół statku widniał już jednolity, regularny pierścień. Zwierzę zostało zapędzone tam, gdzie było jego miejsce.
— Naprzód — powiedziałem. Poczułem chłód na policzkach. Spokojnie, jakbym przystępował do wykonania jednego ze zwykłych ćwiczeń na poligonie, ująłem ster. Jeśli w tych przeklętych wieżyczkach są żywe istoty…
Tym razem nie trwało to nawet dwóch minut. Riva mruknął potem, że nabieramy wprawy.
Od najbliższej wieżyczki dzieliło nas już nie więcej niż pięć metrów. Raptem „Phobos” wyrżnął dziobem w coś niewidocznego, okręcił się dokoła własnej osi i zaczął ryczeć wszystkimi silnikami, bezradnie grzebiąc w miejscu. Okienka czujników oszalały. Przez moment śledziłem ich potępieńcze rozbłyski, po czym szczęki zwarły mi się tak, że aż zabolało. Ale nie bałem się. Nie popadłem w odrętwienie. Nie zacząłem snuć marzeń ani wspominać lepszych czasów. Ogarnęło mnie jedno jedyne pragnienie: dopaść tego poświęcającego diabelstwa, rozgnieść je na miazgę, rozpylić, wetrzeć w szklisty grunt, żeby śladu nie zostało. Rzuciłem się do sterów. Dałem pełny gaz.
Ryk silników wzmógł się jeszcze. Pojazd zaczął dygotać, początkowo wolno, potem coraz szybciej. Nagle ruszył z takim przyspieszeniem, że nie udało mi się utrzymać steru. Poleciałem do przodu jak wystrzelony. Poczułem silne uderzenie i usłyszałem ostry trzask. Chwilę jeszcze balansowałem, ale zwaliłbym się niechybnie pod podstawy ekranów, gdyby nie nowe pchnięcie, tym razem do tyłu. Frunąłem jak odbita piłka i wylądowałem na brzuchu, w moim własnym fotelu.
Wygramoliłem się z trudem i rzuciłem okiem na wskaźniki. Stały w pozycjach idealnie zgodnych z programem, jakby nigdy nic. W kabinie panowała cisza.
Wtedy właśnie Riva powiedział, że nabieramy wprawy. Mylił się jednak. Prawda, że wydostaliśmy się tym razem ze strefy zerowej szybko i w gruncie rzeczy bez większych perturbacji. Ale tylko dlatego, że „Phobos” po uderzeniu w coś, czego nie było widać, obrócił się tyłem. Nie miałem najmniejszego zamiaru wycofywać się stamtąd. Pamiętałem o tym aż za dobrze. Ruszyłem pełną mocą silników do przodu. Tylko że ten przód był nie tam, gdzie się spodziewałem.
Słowem, mieliśmy szczęście. Znowu. Za dużo tego szczęścia. Za dużo przypadków.
Jechaliśmy teraz z powrotem ku przełęczy. Jakiś czas nie zmieniałem kierunku. Dopiero kiedy oddaliliśmy się od kordonu na bezpieczną odległość, zawróciłem i stanąłem. Powiedziałem Rivie, żeby się zajął Snaggiem. W czasie, kiedy przekazywał meldunek, myślałem.
Wokół wieżyczek utrzymuje się strefa zerowa. Ludzie wewnątrz statku pozostają prawdopodobnie pod jej wpływem. Nie prawdopodobnie, lecz na pewno. Świadczyło o tym zachowanie Krosvitza. A zatem byli nieobliczalni. Czyli że nie mogliśmy ryzykować skażenia radioaktywnego w polu, otaczającym rakietę. Nasza najgroźniejsza broń, antymateria, stała się bezużyteczna. Ogień laserów spływał po wieżyczkach jak niewinny promyk latarki. Mieliśmy próbkę, kiedy Krosvitz zdobył się na akt rozpaczy, którego byliśmy milczącymi świadkami.
Pozostawało jedno. Mały miotacz antyprotonów o bardzo ograniczonym i ściśle obliczonym polu rażenia. Ale jak go zaprogramować? O ręcznym celowaniu nie było mowy. Wewnątrz strefy sami mogliśmy przecież spowodować nieobliczalne szkody. Nie nadawaliśmy się tam praktycznie do niczego.
Nie znaliśmy budowy urządzeń, wytwarzających paraliżujące pola. Nie znaliśmy ich struktury. Ani materiału, z jakiego je wykonano. Jak w takich warunkach zaprogramować celowniki, żeby reagowały tylko na wieżyczki i czarne piguły — jak je nazywaliśmy — a zachowywały się obojętnie wobec wszystkich innych przedmiotów? Czy to jest w ogóle możliwe?
— Nie — odpowiedziałem sobie na głos. — Niemożliwe.
Tak też było. Teoretycznie moglibyśmy wprawdzie próbować podjeżdżać na bezpieczny dystans kolejno od jednej wieżyczki do drugiej i niszczyć je przy użyciu ręcznie sterowanych miotaczy. Ale było więcej niż pewne, że obcy odpowiedzą wystrzeleniem w nas czarnych automatów. Nie możemy sobie pozwalać na luksus odblokowanych celowników.
Nie. Na dobrą sprawę istniało jedno jedyne rozwiązanie, dające nie gwarancję, ale przynajmniej jakie takie prawdopodobieństwo powodzenia. Mianowicie zdobyć jedną czarną pigułę i „pokazać” ją neuromatowi, aby ten zapisał jej charakterystykę w programach miotaczy. Zauważyłem, że strefa po jej przekroczeniu działa z pewnym opóźnieniem rzędu dziesiątych sekundy. Za mało dla ludzi, nawet dla nas, ale aż nadto dla neuromatu. Proste. Rzec można, dziecinnie proste. Tylko wyjść, wziąć pod pachę jedną pigułę, przynieść do kabiny i zaprezentować ją komputerom. Ale chciałbym widzieć tego, kto to zrobi. Kto znalazłszy się w strefie zerowej nie zapomni natychmiast, po co tam poszedł.
Zaraz, zaraz… Jak powiedziałem? Że chciałbym tego kogoś zobaczyć?
Nic trudnego. Zobaczę go. I to zapewne niebawem. Jak tylko skończy się ta ciuciubabka i będę mógł zerknąć do lustra.
— Bierz ster — rzuciłem do Rivy. Usłuchał, nie pytając, co chcę zrobić.
Wstałem i ruszyłem w stronę studzienki, prowadzącej do grodzi ładunkowych. Zszedłem po drabiniastych uchwytach i poświeciłem reflektorem. Krótki korytarzyk, szerokości człowieka w skafandrze, rozdwajał się. Na lewo wejście do komór energetycznych i stosu. Na prawo przechodziło się przez kilka klatek, ułożonych tarasowata wzdłuż stopni, a stąd do pojemnika z aparaturą wysięgnika.
Zmitrężyłem dobre trzy kwadranse, zanim w stosach zapasowych części, przekaźników, przetwornic chemicznych i tysięcy innych rupieci znalazłem to, czego szukałem. Wycofałem się czym prędzej, pozostawiając po sobie bałagan, za jaki oberwałbym dobrze po uszach, gdyby rzecz działa się na ćwiczeniach. Ale nie byłem na ćwiczeniach. I nie miałem wcale pewności, czy któremukolwiek z egzaminatorów przyszłoby na myśl coś tak paradoksalnie prostego.
Zatrzasnąłem za sobą klapę włazu i odszedłem kilka kroków, żeby dostać się w pole widzenia Rivy. Następnie podniosłem przedmiot, który z takim trudem odnalazłem i poprosiłem, żeby go sobie dobrze obejrzał.
Był to stary, niemal muzealny aparat do zdjęć holograficznych. Z archaiczną migawką. Żeby ją zwolnić, przyciskało się palcem mały, srebrny guziczek. Żadnego zdalnego sterowania, żadnych samoczynnych przekaźników, żadnych automatów, żadnych sprzężeń. Prościutki, zacny mechanizm, niewrażliwy na wszelkie możliwe strefy, jako że pozbawiony wszystkiego, co wiązało się z automatyczną łącznością.
W normalnych warunkach zadanie można by było, rzecz jasna, powierzyć automatycznym kamerom, którymi najeżony był nasz pojazd. Cóż, kiedy cała pokładowa aparatura zaczynała fiksować natychmiast lub niemal natychmiast, kiedy to, co tym razem miała zapamiętać, znalazło się w jej polu widzenia. Graniczyłoby z cudem, gdyby któraś z tych piguł spadła akurat tam, gdzie już przedtem skierowaliśmy obiektywy. Wtedy istotnie w ciągu tych ułamków sekundy, jakie mijały, zanim dochodziło do całkowitego zerwania łączności, aparatura zdążyłaby coś zarejestrować.
Ale szczęśliwych przypadków mieliśmy już dość. Trudno liczyć, by powtarzały się w nieskończoność.
Teraz miałem przynajmniej realną szansę. Oczywiście, o ile poradzę sobie z własną łącznością, wewnątrz mojego układu nerwowego. I jeśli kształt czarnego aparatu wystarczy, aby zaprogramować miotacz. Ale miałem nadzieję, że „piguły” nie będą przypominać żadnych ziemskich urządzeń.