Выбрать главу

— Mam powiedzieć sierpień, czy coś takiego?

— Nie. To nie jest test skojarzeniowy — maszyna wykona całą pracę. Ale możesz mówić, jeśli chcesz.

— Nie ma sprawy.

— Dwanaście.

Apostołowie, pomyślała Cordelia. Jajka. Dni Bożego Narodzenia.

— Śmierć.

Narodziny, pomyślała Cordelia. Ci Barrayarczycy z wyższych klas społecznych przekazują wszystko swoim dzieciom. Nazwisko, własność, kulturę, nawet ciągłość stanowisk w rządzie. To potężne brzemię. Nic dziwnego, że dzieci uginają się pod tym ciężarem.

— Narodziny.

Śmierć, pomyślała Cordelia. Mężczyzna bez synów jest tam jedynie żywym upiorem. Nie ma dla niego przyszłości. A kiedy pada ich rząd, płacą za to życiem swoich dzieci. Pięć tysięcy.

Mehta przesunęła popielniczkę odrobinę w lewo. Nic to nie pomogło, w istocie jeszcze pogorszyło sprawę.

— Seks.

Mało prawdopodobne, skoro ja jestem tutaj, a on tam…

— Siedemnaście.

Kanistry, pomyślała Cordelia. Ciekawe, jak się miewają te nieszczęsne drobiny życia.

Doktor Mehta zmarszczyła niepewnie brwi, sprawdzając odczyt aparatu.

— Siedemnaście? — powtórzyła.

Osiemnaście, pomyślała stanowczo Cordelia. Doktor Mehta zanotowała coś sobie.

— Admirał Vorrutyer.

Biedny zaszlachtowany wieprz. Wiesz, myślę, że mówiłeś prawdę — musiałeś kiedyś kochać Arala, aby później tak bardzo go znienawidzić. Zastanawiam się, co ci zrobił? Najpewniej odrzucił. Rozumiem twój ból, może jednak mamy ze sobą coś wspólnego…

Mehta poprawiła kolejną gałkę, ponownie ściągnęła brwi i przywróciła ją do poprzedniego położenia.

— Admirał Vorkosigan.

Kochany, bądźmy sobie wierni… Cordelia, znużona, skupiła wzrok na błękitnym mundurze Mehty. Jeśli zacznie to drążyć, natrafi na istny gejzer — pewnie sama już o tym wie, właśnie coś notuje…

Mehta zerknęła na chronometr i przechyliła się naprzód, patrząc na nią z uwagą.

— Pomówmy o admirale Vorkosiganie.

Lepiej nie, pomyślała Cordelia.

— Co chcesz wiedzieć?

— Orientujesz się, czy jest zaangażowany w działalność wywiadowczą?

— Nie sądzę. Kiedy nie dowodzi patrolem, pracuje przede wszystkim w sztabie, jako taktyk.

— Rzeźnik Komarru.

— To cholerne kłamstwo — odparła automatycznie Cordelia, po czym pożałowała, że w ogóle się odezwała.

— Kto ci to powiedział? — spytała Mehta.

— On.

— On. Ach.

Dorwę cię za to “Ach” — nie. Współpraca. Spokój. Jestem spokojna… Chciałabym, aby ta kobieta zgasiła papierosa. Palą mnie oczy.

— Jakie przedstawił ci dowody?

Żadnych, uświadomiła sobie Cordelia.

— Jego słowo. Honor.

— To dość niewymierne. — Kolejna notatka. — A ty mu uwierzyłaś?

— Tak.

— Dlaczego?

— Cóż, wydawało się to przystawać do jego charakteru.

— Wcześniej, podczas misji zwiadowczej, byłaś przez sześć dni jego jeńcem. Prawda?

— Owszem.

Mehta postukała palcem w świetlne pióro. “Hmmm” westchnęła z roztargnieniem, spoglądając poprzez swą rozmówczynię.

— Wydajesz się przekonana o prawdomówności tego Vorkosigana. Nie sądzisz, aby kiedykolwiek cię okłamał?

— Cóż, owszem. Ale w końcu byłam oficerem przeciwnej strony.

— A jednak bez cienia wątpliwości przyjmujesz jego stwierdzenia.

Cordelia próbowała wyjaśnić:

— Na Barrayarze słowo człowieka to coś więcej niż tylko błaha obietnica. Przynajmniej dla owych staroświeckich arystokratów. Na Boga, stanowi przecież nawet podstawę ich rządu. Wszystkie te przysięgi lenne, i tak dalej.

Mehta gwizdnęła bezdźwięcznie.

— Czyżbyś akceptowała ich formę rządzenia?

Cordelia poruszyła się niespokojnie.

— Niezupełnie. Po prostu zaczynam nieco lepiej ją rozumieć. Przypuszczam, że można by mieć z niej pożytek.

— Wróćmy do kwestii słowa honoru. Wierzysz, że nigdy go nie złamał?

— No…

— A zatem to zrobił.

— Byłam przy tym. Widziałam jak to robił, ale nic nie ma za darmo!

— A zatem łamie słowo za jakąś cenę.

— Nie cenę. Koszt.

— Nie bardzo pojmuję różnicę.

— Cena to coś, co dostajesz, koszt — coś, co tracisz. Na Escobarze stracił wiele.

Rozmowa przenosiła się na niebezpieczny grunt. Muszę zmienić temat, pomyślała sennie Cordelia. Albo może się zdrzemnąć…

Mehta ponownie sprawdziła godzinę i z uwagą przyjrzała się twarzy Cordelii.

— Escobar — powiedziała.

— Widzisz, Aral utracił swój honor na Escobarze. Powiedział, że po wszystkim wróci do domu i porządnie się upije. Myślę, że Escobar złamał mu serce.

— Aral… Mówisz do niego po imieniu?

— On nazywa mnie drogą panią kapitan. — Zawsze myślała, że to zabawne. — W pewnym sensie słowa te zdradzają bardzo wiele. Naprawdę uważa mnie za kobietę żołnierza. I znów Vorrutyer miał rację; sądzę, że stanowię dla niego rozwiązanie pewnego problemu. Cieszę się…

W pokoju dziwnie pocieplało. Cordelia ziewnęła. Smużki dymu wiły się wokół niej niczym macki.

— Żołnierz.

— Aral kocha swoich żołnierzy. Naprawdę. Pełen jest szczególnego barrayarskiego patriotyzmu. Cały honor dla cesarza. Wątpię, by cesarz był tego wart…

— Cesarz.

— Biedny drań. Umęczony jak Bothari. Może równie jak on szalony.

— Bothari? Kto to jest Bothari?

— Rozmawia z demonami. Demony mu odpowiadają. Spodobałby ci się. Aral go lubi. Ja też. Dobry gość, jeśli chcesz znaleźć towarzysza podróży do piekła. Zna tamtejszy język.

Mehta zmarszczyła brwi. Ponownie pokręciła gałkami i postukała długim paznokciem w ekran, po czym cofnęła się o krok.

— Cesarz.

Cordelia walczyła, by nie zamknąć oczu. Powieki ciążyły jej nieznośnie. Mehta zapaliła kolejnego papierosa i położyła go obok niedopałka pierwszego.

— Książę — powiedziała Cordelia. Nie wolno mi mówić o księciu.

— Książę — powtórzyła Mehta.

— Nie wolno mi mówić o księciu. Góra trupów… — Cordelia zmrużyła oczy, próbując ochronić je przed dymem. Dym — dziwny gryzący dym papierosów, które raz zapalone, nigdy nie trafiły do ust…

— Ty… mnie… narkotyzujesz… — jej głos przeszedł w zduszony ryk i Cordelia skoczyła na równe nogi. Powietrze było lepkie niczym klej. Mehta nachyliła się naprzód, w skupieniu rozchylając usta. Nagle zdumiona zerwała się z krzesła i cofnęła, gdy pacjentka rzuciła się na nią.

Cordelia zepchnęła ze stołu rejestrator i upadła na niego, gdy runął na podłogę, uderzając go raz po raz swą zdrową, prawą ręką.

— Nic nie powiem! Żadnych więcej śmierci! Nie możesz mnie zmusić! Zawaliłaś sprawę — nigdy ci się nie uda. Przykro mi, mój cień pamięta każde słowo, przepraszam, strzelił do niego, proszę, wypuśćcie mnie, proszę wypuśćcie mnie, proszęwypuśćciemnie…

Mehta próbowała podnieść ją z podłogi, mówiąc coś kojąco. Cordelia w przerwach własnego bełkotu dosłyszała pojedyncze słowa:

— Nie powinno tak działać… Reakcja idiosynkratyczna… Naprawdę niezwykłe… Proszę, pani kapitan Naismith, niech się pani położy.

Dostrzegła błysk w dłoni lekarki. Ampułka.

— Nie! — krzyknęła przekręcając się na plecy i kopiąc gwałtownie. Trafiła. Ampułka poszybowała w powietrzu i zniknęła pod niskim stolikiem.