— Wygląda idealnie. — Ani na moment nie odstępowała obu członków personelu medycznego, podczas gdy oni dokonywali pomiarów i pobierali próbki ze swej maleńkiej, zdumionej, oszołomionej i na wpół oślepionej podopiecznej.
— Czemu tak głośno krzyczy? — spytał nerwowo Vorkosigan. Podobnie jak Bothari wciąż jeszcze tkwił w miejscu jak przymurowany.
Ponieważ wie, że urodziła się na Barrayarze, pomyślała Cordelia, z najwyższym trudem powstrzymując cisnące się do ust słowa. Zamiast tego rzekła:
— Ty też byś płakał, gdyby grupka olbrzymów wyrwała cię z miłej ciepłej drzemki i zaczęła tobą podrzucać niczym workiem fasoli. — Cordelia i technik wymienili na wpół rozbawione, na wpół zachwycone spojrzenia.
— Doskonale, milady — stwierdził w końcu technik, gdy doktor powrócił do swej bezcennej maszyny.
— Moja szwagierka twierdzi, że powinno się trzymać je blisko siebie, o tak. Nie na długość ramienia. Ja też bym wrzeszczała, gdybym sądziła, że ktoś trzyma mnie nad dziurą, do której zaraz mnie wrzuci. No już, mała. Uśmiechnij się do cioci Cordelii. Właśnie tak. Cichutko, spokojnie. Zastanawiam się, czy byłaś dość duża, by pamiętać bicie serca matki. — Zanuciła coś niemowlęciu, które zacmokało ustami i ziewnęło. Zręcznym gestem owinęła małą kocykiem. — Masz za sobą długą, niezwykłą podróż.
— Czy chce pan zerknąć do środka? — Lekarz podszedł do mężczyzn. — Albo pan, sierżancie? Podczas ostatniej wizyty zadawał pan tak wiele pytań…
Bothari potrząsnął głową, lecz Vorkosigan zgodził się obejrzeć techniczną wystawę. Widać było wyraźnie, że doktor nie może się doczekać chwili, gdy objaśni mu przeznaczenie kolejnych eksponatów. Cordelia zaniosła dziecko sierżantowi.
— Chcesz ją potrzymać?
— A mogę, milady?
— Na Boga, nie musisz prosić mnie o pozwolenie. Wręcz przeciwnie.
Bothari delikatnie odebrał od niej dziecko. Jego potężne dłonie otuliły ją niczym kołderka. Przez chwilę wpatrywał się w twarz córeczki.
— Czy to na pewno właściwe dziecko? Sądziłem, że będzie miała większy nos.
— Sprawdzano to wiele razy — zapewniała go Cordelia z nadzieją, że Bothari nie zainteresuje się, skąd to wiedziała. Uznała jednak, iż to bezpieczne założenie. — Wszystkie noworodki mają małe noski. Aż do osiemnastego roku życia wygląd dzieci pozostaje wielką niewiadomą.
— Może będzie podobna do matki — rzucił z nadzieją.
Cordelia nie odezwała się ani słowem. Też miała taką nadzieję.
Doktor skończył pokazywać Vorkosiganowi wnętrzności swej wymarzonej maszyny. Vorkosigan zachowując uprzejmość zdołał niemal całkowicie opanować ogarniające go obrzydzenie.
— Czy też chcesz ją potrzymać, Aralu? — zaproponowała Cordelia.
— Niekoniecznie — odparł pośpiesznie.
— Poćwicz trochę. Może któregoś dnia przyda ci się wprawa. — Wymienili spojrzenia pełne dyskretnej nadziei i admirał rozluźnił się, pozwalając namówić się do wszystkiego.
— Hm. Miałem już w rękach koty cięższe od tej małej — odetchnął z ulgą, gdy lekarz zabrał dziewczynkę, aby dokończyć badania.
— Zobaczmy — rzucił. — To ta, której nie oddajemy do cesarskiego sierocińca, prawda? Co z nią zrobimy po okresie obserwacji?
— Poproszono mnie, abym zajął się nią osobiście — odparł Vorkosigan. — Chodzi o zachowanie prywatności jej rodziny. Lady Vorkosigan i ja dostarczymy ją prawnemu opiekunowi.
Lekarz spojrzał na niego z namysłem.
— Och. Rozumiem. — Nie patrzył na Cordelię. — To pan kieruje całym projektem. Może pan zrobić z nimi, co zechce. Nikt nie będzie zadawał żadnych pytań. Zapewniam o tym — dodał szczerze.
— Znakomicie. Jak długo trwa obserwacja?
— Cztery godziny.
— To dobrze. Możemy pójść na lunch. Cordelio, sierżancie?
— Czy mógłbym tu zostać, admirale? Nie jestem głodny.
— Oczywiście, sierżancie. Ludziom kapitana Negriego przydadzą się dodatkowe ćwiczenia.
W drodze do wozu Vorkosigan spytał:
— Z czego się śmiejesz?
— Wcale się nie śmieję.
— Twoje oczy aż błyszczą, tańczą w nich wesołe iskierki.
— Chodzi o lekarza. Obawiam się, że wspólnie zdołaliśmy wprowadzić go w błąd, choć nie mieliśmy takiego zamiaru. Nie połapałeś się w tym?
— Jak widać, nie.
— Myśli, że dziecko, które dziś odkorkowaliśmy, jest moje. Albo może twoje. Czy nawet nasze wspólne. Widziałam, jak w jego głowie kręcą się trybiki. Sądzi, że odgadł wreszcie, dlaczego wtedy zabroniłeś otwarcia kurków.
— Dobry Boże. — Vorkosigan chciał zawrócić.
— Nie, daj spokój. Jeśli będziesz próbował zaprzeczać, jedynie pogorszysz sprawę. Wiem o tym. Już wcześniej obwiniano mnie za grzechy Bothariego. Niech sobie myślą, co chcą. — Zamilkła. Vorkosigan przyjrzał się jej z boku.
— A teraz o czym myślisz? Wesołe iskierki zniknęły.
— Zastanawiam się, co stało się z jej matką. Jestem pewna, że ją spotkałam. Elena, długie czarne włosy. Na okręcie flagowym mogła być tylko jedna. Niewiarygodnie piękna. Rozumiem, w jaki sposób zwróciła na siebie uwagę Vorrutyera. Ale że ktoś tak młody musiał zetknąć się z podobną grozą.
— Kobiety nie powinny uczestniczyć w walce — oznajmił ponuro Vorkosigan.
— Ani mężczyźni, jeśli chcesz znać moją opinię. Czemu wasi ludzie próbowali wymazać jej wspomnienia? Czy to ty wydałeś taki rozkaz?
— Nie. Lekarz sam wpadł na ten pomysł. Było mu jej żal. — Jego rysy wyostrzyły się, oczy spoglądały w przestrzeń.
— To było coś niesamowitego. Wtedy tego nie rozumiałem, teraz jak sądzę, tak. Kiedy Vorrutyer z nią skończył — a w jej przypadku przeszedł samego siebie — wpadła w katatonię. Ja — dla niej było już za późno, ale właśnie wtedy postanowiłem, że coś takiego nigdy się nie powtórzy. Prędzej go zabiję i niech diabli wezmą plan cesarza. Najpierw Vorrutyera, potem księcia, wreszcie samego siebie. To powinno wystarczyć, by oczyścić Vorhalasa…
W każdym razie Bothari ubłagał go, aby oddał mu, jak to nazwał, ciało. Zabrał ją do własnej kabiny. Vorrutyer zakładał, że po to, aby ją dalej torturować, zapewne, by naśladować swego słodkiego mistrza. Vorrutyerowi to pochlebiło, więc zostawił ich samych. Bothari w jakiś sposób zdołał spiąć monitory. Nikt nie miał pojęcia, co wyczyniał u siebie przez każdą wolną chwilę, ale zjawił się u mnie z listą leków. Chciał, aby mu je przemycić. Maści znieczulające, środki do leczenia poszokowego — naprawdę przemyślany spis. Świetnie sobie radził z pierwszą pomocą. Zostało mu to z czasów służby. Wtedy właśnie przyszło mi do głowy, że jej nie torturuje, a jedynie chce, by Vorrutyer tak myślał. Był szalony, ale nie głupi. Pokochał ją na swój niesamowity sposób i miał dość sprytu, by nie pozwolić Vorrutyerowi odgadnąć prawdy.
— Zważywszy okoliczności, nie brzmi to specjalnie zwariowanie — zauważyła, wspominając plany Vorrutyera co do Vorkosigana.
— To może nie, ale sposób, w jaki to robił… Dostrzegłem parę rzeczy — Vorkosigan wypuścił powietrze. — Dbał o nią w swojej kabinie; karmił ją, ubierał, mył, cały czas prowadząc z nią szeptany dialog. Odpowiadał za obie strony. Najwyraźniej stworzył sobie skomplikowany fantastyczny scenariusz, w którym dziewczyna kochała go, w istocie była jego żoną. Normalna, szczęśliwa para. Czemu szaleniec nie miałby marzyć o normalności? Musiało ją to przerażać w chwilach, gdy odzyskiwała przytomność.
— O Boże. Żal mi go niemal tak samo jak jej.