Przygładziła kosmyk włosów trupa.
— Ta głowa mieściła w sobie kiedyś cały wszechświat. Miał wysoki stopień jak na swój wiek — dodała, raz jeszcze zerkając na monitor. — Trzydzieści dwa lata. Komandor Aristede Vorkalloner. Ładne, etniczne brzmienie. Bardzo barrayarskie nazwisko. W dodatku to Vor, jeden z kasty wojowników.
— Wszystko to mordercy i szaleńcy. Albo jeszcze gorzej — powiedział odruchowo Ferrell. O dziwo jednak jego gwałtowna niechęć nagle osłabła.
Boni wzruszyła ramionami.
— Cóż, teraz stał się częścią największej demokracji. Poza tym miał ładne kieszenie.
Trzy kolejne dni upłynęły bez dalszych alarmów; zaledwie parę razy natknęli się na mechaniczne szczątki. Ferrell zaczął mieć nadzieję, że Barrayarczyk był ich ostatnim znaleziskiem. Zbliżali się już do końca poszukiwań. Poza tym, pomyślał z niesmakiem, ten patrol zakłócił mu rytm snu i jawy, wpływając na jego sprawność. Medtechniczka jednak zwróciła się do niego z prośbą.
— Jeśli nie masz nic przeciw temu, Falco — powiedziała — byłabym wdzięczna, gdybyśmy wykonali kilka dodatkowych okrążeń. Pierwotne rozkazy są oparte na szacunkowych obliczeniach trajektorii i jeśli przypadkiem ktoś po trafieniu statku nabrał większego przyspieszenia, może być teraz poza wyznaczonym obszarem.
Ferrell nie był specjalnie zachwycony, ale pociągał go dodatkowy dzień pilotowania, toteż niechętnie wyraził zgodę. Jej rozumowanie okazało się słuszne, bowiem nie minęła nawet połowa dnia, gdy natrafili na kolejne złowrogie szczątki.
— Och — mruknął Ferrell, kiedy przyjrzeli się bliżej. To była kobieta. Boni ściągnęła ją z niezwykłą czułością. Tym razem nie miał ochoty oglądać całej procedury, ale medtechniczka najwyraźniej oczekiwała jego towarzystwa.
— Ja… wolałbym nie oglądać rozebranej kobiety — powiedział, próbując wykręcić się od tego.
— Mmm — mruknęła Tersa. — Czy to jednak sprawiedliwe: odrzucać kogoś tylko dlatego, że jest martwy? Gdyby żyła, z pewnością chętnie obejrzałbyś jej ciało.
Zaśmiał się na ten makabryczny pomysł.
— Równe prawa dla umarłych?
— Czemu nie? — Uśmiechnęła się przebiegle. — Niektórzy z moich najlepszych przyjaciół to trupy.
Ferrell prychnął.
Tersa spoważniała.
— Ja… akurat przy tych zwłokach wolałabym nie być sama.
Zajął swoją zwykłą pozycję przy drzwiach.
Medtechniczka położyła na stole coś, co kiedyś było kobietą, rozebrała ciało, zbadała je, umyła i wyprostowała. Kiedy skończyła, ucałowała martwe usta.
— O Boże! — krzyknął wstrząśnięty Ferrell, czując nagłe mdłości. — Naprawdę jesteś wariatką! I cholerną nekrofilką! Więcej — nekrofilką-lesbijką! — odwrócił się do wyjścia.
— Czy tak to wygląda w twoich oczach? — Jej głos był miękki; nie brzmiała w nim nawet najlżejsza nuta urazy. Ferrell zatrzymał się i zerknął przez ramię. Patrzyła na niego łagodnie, jakby był jednym z jej drogocennych trupów. — Cóż za dziwny świat musi kryć się w twojej czaszce.
Otworzyła walizkę i wydobyła z niej długą sukienkę, delikatną bieliznę oraz parę białych, haftowanych pantofelków. To suknia ślubna, uświadomił sobie Ferrell. Ta kobieta to autentyczna psychopatka…
Tersa ubrała zwłoki i zanim schowała je do worka, starannie ułożyła miękkie ciemne włosy.
— Chyba umieszczę ją obok tego miłego, przystojnego Barrayarczyka — stwierdziła. — Myślę, że gdyby spotkali się w innym miejscu i czasie, spodobaliby się sobie. Poza tym porucznik Deleo był przecież żonaty.
Skończyła wypisywać identyfikator. Znękany umysł Ferrella wysyłał mu ciche, podprogowe sygnały; pilot usiłował pokonać szok i obrzydzenie. Coś się nie zgadzało. Wreszcie, w nagłym olśnieniu, w jego umyśle objawiła się prawda: przy tym trupie nie zastosowała żadnych procedur identyfikacyjnych.
Za drzwi, powiedział do siebie. Tam właśnie chcesz się znaleźć. Możesz mi wierzyć. Zamiast tego nieśmiało podszedł do zwłok i zerknął na metryczkę.
“Podporucznik Sylva Boni”, przeczytał. “Dwadzieścia lat”. Dokładnie w jego wieku…
Dygotał, zupełnie jak z zimna. Istotnie, w pomieszczeniu panował chłód. Tersa Boni skończyła pakować walizkę i odwróciła się do niego, prowadząc unoszącą się w powietrzu paletę.
— Córka? — spytał; nic więcej nie zdołał wykrztusić.
Ściągnęła wargi i przytaknęła.
— To… niewiarygodny zbieg okoliczności.
— Wcale nie. Specjalnie prosiłam o ten sektor.
— Och. — Przełknął ślinę, zawrócił do wyjścia, po czym odwrócił się z płonącą twarzą.
— Przepraszam, że nazwałem cię…
Uśmiechnęła się ze smutkiem.
— Nie szkodzi.
Znaleźli kolejny odłamek mechaniczny, toteż postanowili wspólnie, że wykonają jeszcze jedno okrążenie, aby pokryć wszystkie możliwe trajektorie. I rzeczywiście natknęli się na kolejne ciało; paskudny przypadek — trup wirował gwałtownie, z rozerwanego przez potężny cios brzucha zwisała kaskada zamarzniętych wnętrzności.
Akolitka śmierci wykonała najgorszą robotę bez zmrużenia powiek. Kiedy doszła do mycia, najmniej technicznego z zadań, Ferrell odezwał się nagle:
— Czy mogę ci pomóc?
— Oczywiście — odparła medtechniczka, odsuwając się na bok. — Honor, dzielony z innymi, wcale przez to nie maleje.
Zastąpił ją zatem, nieśmiały niczym początkujący święty, obmywający swego pierwszego trędowatego.
— Nie bój się — rzekła. — Umarli nie mogą cię skrzywdzić. Nie sprawią ci bólu poza tym, który czujesz, widząc na ich twarzach swą własną śmierć. Przekonałam się zaś, że to można znieść.
Tak, pomyślał, dobrzy ludzie potrafią znieść ból. Ale wielcy — wielcy wychodzą mu naprzeciw.