Выбрать главу

Podczas gdy książę Aj przemawiał, rozglądałem się po długiej, wysokiej sali, dokładnej kopii tej, która została spalona. Naprzeciw księcia Aj stał wysoki, dość prymitywny posąg księcia Tana; nie było żadnych mebli, salę wypełniali tylko dworzanie. W swych wspaniałych szatach wyglądali imponująco i sala przypominała bardziej ogród na wiosnę niż zgromadzenie zaciekle ambitnych ludzi.

Po przemówieniu z północy rozległa się muzyka. Zaczęły się obrzędowe tańce Pojawiło się wino z prosa, które pito w nadmiarze. W pewnym momencie książę się wymknął – żałosna pozostałość utraconej władzy protokół wymaga, żeby nikt nie ośmielił się opuścić sali przed władcą. Ale w Lu władał baron K’ang, nie książę Aj.

Zaraz po wyjściu księcia ludzie zaczęli krążyć po sali. Mnóstwo tu było ukłonów, kulenia się, przestępowania z nogi na nogę. Zawsze uważałem protokół chiński za niedorzeczny, a zarazem irytujący. Fan Cz’y natomiast nie zachwycał sposób, w jaki my organizujemy te sprawy w Babilonie.

W końcu, jak się spodziewałem, odszukał mnie pan na księstwie Sze. Wypił za dużo.

– Jeślibym nawet dożył dziesięciu tysięcy lat…

– Modlę się, aby tak się stało – przerwałem pospiesznie, kłaniając się i kuląc jak przed prawdziwym księciem.

– … mam nadzieję, że nie zetknąłbym się ponownie z taką niewdzięcznością.

– Nic nie mogłem na to poradzić, książę. Wzięto mnie do niewoli.

– Do niewoli! – Wskazał na srebrny guz na moim pasie. – Gość honorowy! Ocaliłem cię od pewnej śmierci… jesteś niewolnikiem. Moim niewolnikiem Zapłaconym przeze mnie Karmionym przeze mnie. Traktowanym przeze mnie jak ludzka istota I oto zdradziłeś swego dobroczyńcę, swego wybawcę!

– Nigdy! Moja wdzięczność dla ciebie, książę, będzie trwała wiecznie Ale baron K’ang.

– Rzuciłeś na niego urok. Znam się na tym. Ostrzegłem mego bratanka, księcia Aj. Pilnuje cię. Jeden fałszywy krok i…

Nigdy nie dowiem się, dokąd miał zaprowadzić mnie ten fałszywy krok, bo podszedł do nas Fan Cz’y.

– Drogi przyjacielu – zwrócił się do mnie. – Książę – pozdrowił mego byłego pana.

– Co za dzień… – mruknął książę do Fan Cz’y i odszedł. Nigdy go już nie zobaczyłem. Ale byłem szczery mówiąc, że zawsze będę mu wdzięczny za ocalenie z rąk ludzi-wilków z C’in.

Fan Cz’y chciał poznać wszystkie szczegóły moich przygód. Opowiedziałem mu, jak umiałem. Potrząsał wciąż głową i słuchając opowieści o zmiennych kolejach mego losu w Królestwie Środka szeptał: – To niegodziwe, niegodziwe. – Kiedy zabrakło mi tchu, powiedział: – Ty postarałeś się, żebym tu wrócił. Ja się postaram, żebyś dostał się do Persji. Obiecuję.

– Baron K’ang też przyrzekł mi pomoc. Dzięki tobie. Wesoła twarz Fan Cz’y rzadko przybierała tak poważny wyraz.

– Nie będzie to łatwe oczywiście. Na razie.

– Myślałem, że może trafię na statek, który płynie do Ćampy.

– Niewiele statków odpływa do Ćampy. A i z tych bardzo mało dociera na miejsce. Te zaś, które docierają… no cóż, docierają bez pasażerów.

– Piraci?

Fan Cz’y skinął głową.

– Obrabowano by cię i wrzucono w morze już pierwszej nocy. Nie. Musisz popłynąć na własnym statku lub na statku rządowym z ładunkiem. Niestety, państwo nie ma pieniędzy. – Fan Cz’y rozpostarł palce obu rąk obracając dłonie do góry, potem w dół; chiński gest oznaczający pustkę, nicość, ubóstwo. – Najpierw Jang Huo ukradł prawie cały skarb. Potem koszty odbudowy tego tu. – Objął spojrzeniem długą salę, w której podobni kwiatom dworzanie zdawali się przekwitać. – Następnie różne inne kłopoty i teraz ta wojna z C’i, której udało nam się nie przegrać. – Chińczycy uwielbiają niedomówienia, lubią robić tajemnicze uwagi na stronie.

– Odnieśliście wspaniałe zwycięstwo. Zdobyliście dla Lu nowe ziemie.

– To, co zyskaliśmy, nie wyrównuje poniesionych przez nas kosztów. Baron K’ang będzie musiał nałożyć nowe podatki. To znaczy, że będziesz musiał zaczekać, aż starczy nam pieniędzy na odesłanie cię do domu. Może w przyszłym roku.

Usilnie starałem się przybrać zadowoloną minę. Ale naprawdę byłem zrozpaczony. Przebywałem poza Persją już blisko pięć lat.

– Z powodów samolubnych cieszę się, że będziesz tutaj. – Fan Cz’y się uśmiechnął; jego twarz przypominała księżyc jesienią. – Wreszcie mogę ci się odwdzięczyć za wszystko, co zrobiłeś dla mnie w Babilonii.

Zaprzeczyłem, jakobym cokolwiek dla niego zrobił i tak dalej. Po czym spytałem:

– Czy jest w Lu taka firma jak Egibich?

– Nie. Lecz mamy rozmaitych kupców, spedytorów, kapitanów, chciwców żądnych zysku.

Z jakiegoś powodu padło w tej rozmowie imię Konfucjusza. Nie pamiętam w związku z czym. Ale nie zapomniałem, jak oczy Fan Cz’y nagle zabłysły radością.

– Pamiętasz wszystko, co ci mówiłem o Mistrzu K’ungu?

– O tak. Oczywiście. Jakżebym mógł zapomnieć. – Mój entuzjazm nie był udawany. Miałem zadanie do spełnienia.

Fan Cz’y ujął mnie pod ramię i poprowadził przez ciżbę dworzan. Przestrzegali co prawda równie skrupulatnie jak zawsze dobrych manier, ich głosy jednak brzmiały teraz nieco zbyt donośnie. Wszystko to przypominało dwór perski z jednym wyjątkiem: chiński władca – czy jak w tym wypadku władcy – opuszczają salę przy pierwszych oznakach nietrzeźwości, podczas gdy Wielki Król pozostaje do końca. Z powodu tego starodawnego perskiego zwyczaju Herodot opowiada nam teraz, że Wielki Król podejmuje decyzje polityczne tylko po pijanemu. W istocie jest wręcz przeciwnie. Każde słowo wypowiedziane na bankiecie u króla zapisuje skryba i każde zlecenie wydane przez podpitego monarchę zostanie starannie rozpatrzone w trzeźwym świetle następnego ranka. Jeśli decyzja okaże się nie całkiem sensowna, spokojnie ulega zapomnieniu.

Szedłem za Fan Cz’y przez zatłoczoną salę. Dostrzegłem barona K’anga wymykającego się przez boczne drzwi. Zwycięstwo swych wojsk przyjął z takim samym spokojem, z jakim przyjmował wszystko. Pod wieloma względami stanowił wzór władcy. Zawsze będę go podziwiał, choć był mi obcy, podobnie jak jego świat.

Pod trochę złowieszczym posągiem księcia Tana stał Żan C’iu otoczony przez kilkunastu wielbicieli. Od jednego rzutu oka zorientowałem się, że wszyscy są z warstwy rycerzy, łącznie z samym wodzem. Fan Cz’y przedstawił mnie swemu dowódcy. Wymieniliśmy zwykłe grzeczności. Potem z najwyższym respektem Fan Cz’y skierował mnie w stronę wysokiego, chudego starca o bladej twarzy, wielkich uszach, bulwiastym czole, skąpej brodzie i ustach lepiej dostosowanych do dietetycznych wymogów trawożernego zająca niż mięsożernego mężczyzny. Dwa przednie zęby miał tak długie, że nawet przy zamkniętych ustach widoczne były ich żółte koniuszki opierające się na dolnej wardze.

– Mistrzu K’ungu, pozwól przedstawić sobie mojego przyjaciela z Persji, zięcia dwóch królów, który…

– … jest gościem honorowym. – Konfucjusz wyrażał się precyzyjnie; spojrzał na mój pasek i zobaczył skromny symbol mojej całkiem niejasnej pozycji.

– Pierwszy Rycerzu – odpowiedziałem. Umiałem teraz biegle odczytywać znaczenie ozdób na paskach. Przywitaliśmy się zgodnie z etykietą. Konfucjusz, mimo że skrupulatnie przestrzegający poprawności w sposobie mówienia, wydawał się absolutnie szczery. Trzeba znać język chiński, by zdać sobie sprawę, jakie to jest trudne.

Potem przedstawiono mnie kilku uczniom Mistrza. Dzielili z nim wygnanie. Teraz powrócili do domu. Wszyscy sprawiali wrażenie bardzo zadowolonych z siebie, zwłaszcza przygarbiony mały staruszek, który okazał się synem Konfucjusza, choć wyglądał na jego rówieśnika. Nie przypominam sobie, żeby padły jakieś słowa o większym znaczeniu. Rozmowa dotyczyła wyłącznie zwycięstwa odniesionego przez Żan C’iu, które ten skromnie przypisywał naukom Konfucjusza. Myślę, że istotnie tak uważał.