Выбрать главу

– Wiesz, czym jest Niebo?

– Dla tego, kto słucha Mistrza Lao – Konfucjusz znał swoich wrogów – jest to droga, której nie można opisać słowami. I ja więc przez szacunek dla Mistrza Lao nie opiszę jej słowami.

I tą odpowiedzią mędrzec-pustelnik wcale nie był zachwycony.

– Mistrzu K’ung, ty wierzysz, że największe znaczenie mają ofiary przodkom składane przez Syna Nieba.

– Wierzę w to.

– Lecz nie ma już Syna Nieba.

– Był. I będzie. Tymczasem ofiary przodkom składa się nadal, choć niedoskonałe, gdyż brak Samotnego.

– Jaki jest sens ofiary przodkom?

Zaskoczyło mnie, że Konfucjusza stropiło zetknięcie się z czymś, z czym na pewno niesłychanie rzadko stykał się na tej starej ziemi, z nowym pytaniem.

– Jaki jest sens ofiary dla przodków? – powtórzył.

– Tak. Jak to się zaczęło? Co to oznacza? Wytłumacz mi, Mistrzu K’ung.

– Nie wiem nic o tym. – Konfucjusz patrzył na dzikusa jak na drzewo, które znienacka się zwaliło, zagradzając mu drogę. – Kto by ten obrzęd wyjaśnić umiał, ten nie miałby z rządzeniem światem większej trudności niż ze spojrzeniem na to. – I pokazał swoją dłoń. *

– Skoro nie rozumiesz najważniejszego z naszych obrzędów, jak możesz choćby w najmniejszym stopniu znać wolę Nieba?

– Przekazuję jeno nauki starożytnych, lecz sam niczego nie tworzę. * – Konfucjusz zaczął jakby obchodzić drzewo na swojej drodze. Ale mędrzec-pustelnik nie miał zamiaru go przepuścić; położył rękę na ramieniu Mistrza.

– To nie przystoi. – Fan Cz’y strącił dłoń pustelnika. Kiedy Konfucjusz sadowił się w wozie, twarz dzikusa wyrażała raczej nienawiść niż bierność zalecaną przez wyznawców niezmienności świata.

Nie mogłem się powstrzymać od zakpienia z niego.

– Skąd się to wszystko wzięło? Kto stworzył świat? – zapytałem. Przez chwilę myślałem, że mnie nie usłyszał. Na pewno na mnie nie spojrzał; wpatrywał się w przygarbione plecy Konfucjusza. Lecz nagle, kiedy zbierałem się już do odejścia, powiedział lub zacytował:

– Duch doliny nigdy nie umiera. Zowią go tajemniczą kobietą. Wrota tajemniczej kobiety zwane są korzeniem nieba i ziemi. Ów korzeń jest tu, w nas, zawsze. Niezależnie od tego, ile z niego czerpiesz, nigdy nie uschnie.

– Czy to znaczy, że powstaliśmy z wód jakiegoś pierwotnego łona? – Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Nagle pustelnik wrzasnął:

– Mistrzu K’ung, czy należy odpłacać dobrem za nienawiść? * Konfucjusz nie spojrzał w jego stronę, ale odpowiedział:

– Czymże wtedy odpłacić za dobro? *

Byłem już w wozie. Usłyszałem, jak Konfucjusz mruczy pod nosem:

– Co za głupiec.

– Tak samo jak Mistrz Lao – rzekł Cy-lu.

– Nie. – Konfucjusz zmarszczył czoło. – Mistrz Lao jest mądry. I nikczemny. Powiedział, że skoro obrzędy kultu przodków wygasają, znika też lojalność i dobra wiara; i zapanował bezład. Moim zdaniem głosi z gruntu bezładną doktrynę.

Chyba nigdy w życiu nie widziałem prywatnej rezydencji tak pięknej jak „leśny szałas” ojca barona K’anga. Co ciekawe, nikt z moich towarzyszy nie widział dotychczas posiadłości starego dyktatora leżącej w odległości około pięćdziesięciu mil na południe od stolicy.

W środku obszernej leśnej polany skonstruowano szereg tarasów tak, że człowiekowi, który idzie po stopniach prowadzących do najwyższego pawilonu, wydaje się, jakby płynął po ogromnym zielonym morzu obramowanym na południu pasmem fioletowych wysp-gór, pokrytych jeszcze zimowym śniegiem.

U stóp pierwszego tarasu powitał nas marszałek dworu, który następnie towarzyszył nam na sam szczyt budowli. „Leśny szałas” to kompleks pokoi, przedsionków, galerii i pawilonów zbudowanych na czterech sztucznych tarasach pośród ciągu cudownych ogrodów. Z każdego miejsca, czy to w środku, czy na zewnątrz, widzi się niebo, kwiaty, drzewa. Ogrody i pałac to dzieło architektów z Cz’u, południowego kraju nad rzeką Jangcy, słynącego w całym Królestwie Środka ze wspaniałych budowli, ogrodów, kobiet i… smoków, jak ku swemu przerażeniu odkrył książę Sze.

Dekoracyjne stawy odbijały blade światło południowego wyblakłego nieba. Bladozielona rzęsa zasnuła powierzchnię wody niczym sieć, w której delikatne oczka złapały się lotosy. Przy brzegach kwitły żółte storczyki podobne do zastygłych w locie motyli. Wszyscy ogrodnicy odziani byli w skóry lamparcie. Nie wiem, dlaczego. Wiem natomiast, że daje to efekt dziwaczny, ale tajemniczo piękny i podobno jak najbardziej typowy dla ogrodów Cz’u.

Na najwyższym poziomie znajduje się dwupiętrowy budynek ze szlifowanego do połysku czerwonego kamienia. Z uniżoną grzecznością marszałek dworu wprowadził nas do sieni tak wysokiej, szerokiej i długiej jak sam budynek. Wszyscy byliśmy olśnieni porywającą urodą i lekkością wnętrza – to znaczy wszyscy oprócz Konfucjusza, który wyglądał ponuro i srogo.

Szlifowany szarozielony kamień wnętrza jaskrawo odcinał się od czerwieni fasady. W samym środku sieni ogromna kolumna z czarnego marmuru w kształcie drzewa podtrzymywała sufit, na którym rozchodziły się promieniście belki z drewna lękowego wyrzeźbione na podobieństwo gałęzi obwieszonych wszelkiego rodzaju pozłacanymi owocami.

Na wprost głównych drzwi tkanina, błękitna jak pióra zimorodka, zasłaniała wejście do właściwego pałacu. Staliśmy zapatrzeni, aż niewidoczne ręce czy sznury odsunęły tkaninę na jedną stronę i ukazał się baron K’ang. Nasz gospodarz ubrany był skromnie, ale należycie. Powitał Pierwszego Rycerza należycie, choć bynajmniej nie skromnie; skłony głowy, gesty dłoni, podciąganie ramion, jakieś świszczące dźwięki zdawały się nie mieć końca. Najwyraźniej miało to być bardzo oficjalne, uroczyste i doniosłe spotkanie.

Konfucjusz odpowiedział wszystkimi właściwymi gestami, po czym baron zaprowadził nas do długiego krużganka skąd rozciągał się widok na piękne tarasowe ogrody. Zasiedliśmy do uczty obsługiwani przez dwanaście zdumiewająco pięknych dziewcząt z Cz’u. Stanowiły jak gdyby nieodłączną część umeblowania, a może nawet architektury, i oczarowały wszystkich, z wyjątkiem Konfucjusza. Mistrz siedział na honorowym miejscu przestrzegając należytych form. Lecz odwracał wzrok od usługujących. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że w Lu istnieje aż taki przepych. Pałac rodziny Ci w stolicy to gmach ogromny, ale też odpowiednio surowy, jak przystoi centrum administracyjnemu zbiedniałego państwa. Z sobie tylko znanych powodów baron postanowił pokazać nam tę stronę swego życia, z którą niewielu miało zaszczyt się zetknąć. Wywarła na nas wielkie wrażenie, zgodnie z jego intencjami. Konfucjusz był zgorszony – czy też zgodnie z intencjami barona? Do dziś nie jestem tego pewny.

Uczta była wystawna; piliśmy o wiele za dużo wina o zapachu miodu i ciemnej barwie nefrytu i jedliśmy potrawę za potrawą, podawane na sposób południowy. To znaczy dania gorzkie na przemian ze słonymi i z kwaśnymi, które przeplatały się z pieprznymi, na koniec podawano słodkie. Pamiętam gotowanego żółwia, gęś na kwaśno, potrawkę z kaczki, pieczone koźlę w sosie ze słodkich ziemniaków, suszone mięso żurawia z marynowanymi rzodkiewkami i słynną gorzko-kwaśną zupę, specjalność księstwa Wu.

Prócz barona K’anga i Konfucjusza wszyscy obżerali się wręcz przerażająco. Mędrzec i dyktator jedli powściągliwie i sączyli raczej, niż pili wino.

Pomiędzy kolejnymi daniami dziewczęta wykonywały nieopisanie kuszące tańce z Czeng przy akompaniamencie cytry, piszczałek, dzwonków i bębnów. Po czym urzekająco piękna dziewczyna z Wu zaśpiewała cykl pieśni miłosnych; nawet Konfucjusz uznał je za godne pochwały, gdyż były subtelne i pradawne. Na ogół Mistrz nie znosił muzyki późniejszej niż z epoki Czou.