Siddhartha osiągnął oświecenie, stał się Buddą. Ponieważ unicestwił własne ja i zerwał wszystkie więzy łączące go ze światem, przewyższa wszystkich bogów: oni się wciąż rozwijają, on nie. Oni nadal istnieją w świecie, on całkowicie się od niego uwolnił. Ale świat, z którego Budda się wyzwolił, powrócił do niego jak gdyby, kiedy wielki bóg Brahma zstąpił z niebios i błagał go, żeby wskazał innym słuszną drogę. Budda nie miał na to ochoty. Po co mówić o czymś, co nie daje się opisać? Lecz Brahma tak usilnie nalegał, że Budda zgodził się pójść do Benaresu i wprowadzić w ruch koło nauki. Objaśniał cztery prawdy, wskazał ludziom ośmiostopniową ścieżkę.
„Wszystko co podlega związkom przyczynowym – stwierdził Budda – jest jak miraż.” Uważa egzystencję ludzką za coś w rodzaju złego snu, z którego można się najskuteczniej wyzwolić przez przebudzenie do… ale do czego? Do niczego? Od tego miejsca już nie mogę go zrozumieć. No cóż, on jest oświecony, ja nie.
Nauki Buddy są sprzeczne z naukami Mądrego Pana pod każdym względem. Buddyści uważają, że życie jest cierpieniem, toteż człowiek powinien dążyć do wyzwolenia, czyli zniweczenia osobowości. Zdaniem Zoroastra, człowiek powinien podążać albo za Prawdą, albo za Kłamstwem, i po śmierci będzie sądzony za to, co zrobił albo czego nie zrobił w ciągu jedynego swojego życia. W końcu, po spędzeniu pewnego czasu w niebie lub piekle, wszystkie ludzkie dusze wezmą udział w zwycięstwie Mądrego Pana nad Angra Mainju i osiągną doskonały stan bytu, który nie różni się bardzo od tego, co Budda nazywa śunjatą, czyli pustką – choć nie wiem, czy jest to właściwe tłumaczenie słowa, które tak precyzyjnie określa to, czego sprecyzować się nie da.
Indusi uważają, że wszystkie stworzenia podlegają nieustannemu odradzaniu się. Kary albo nagrody otrzymywane w czasie danej egzystencji są skutkiem uczynków z poprzedniego życia. Człowiek całkowicie podlega swojemu karmanowi. My natomiast cierpimy lub radujemy się w okresie długiego panowania, wreszcie łączymy się z Ahurą Mazda w nieskończoności. Dla buddystów istnieje jedynie łańcuch śmierci i narodzin przerywany tylko, i to dla nielicznych, przez nirwanę, a więc nicość, i śunjatę, która jest tym, czym jest, jeżeli w ogóle jest.
Demokryt uważa, że te dwie postawy nie bardzo różnią się od siebie. Ja zaś wiem, że są całkiem odmienne. Trzeba przyznać, że jest coś jasnego, choć śliskiego, w buddyjskim pojęciu śunjaty. Im dłużej rozmyślam nad prawdami Buddy, tym bardziej czuję się tak, jak gdybym próbował niezdarnymi rękami schwytać jednego z tych śliskich węgorzy, które wiją się po nocach w gorących, połyskujących zimnym światłem południowych morzach.
O ile wiem, Budda nigdy nie mówił o żadnym z bogów, chyba że mimochodem. Nie zaprzeczał wprawdzie ich istnieniu, po prostu ich ignorował. Ale mimo bezmiernego zarozumialstwa sam nie ogłosił się jedynym bogiem, ponieważ gdy wprawił już w ruch koło swojej nauki, przestał istnieć, osiągając najdoskonalszy stopień ewolucji. Skoro jednak wciąż jeszcze zamieszkiwał ciało Gautamy, pozwalał innym tworzyć sanghę, aby pomóc kilku wybranym w znoszeniu bólów życia.
Z początku przyjmowano do zakonu tylko mężczyzn. Potem Ananda wytłumaczył Buddzie, że powinno się również przyjmować kobiety, które żyć będą w osobnych gminach i podążać ośmiostopniową ścieżką. Budda ustąpił i pozwolił sobie na żarcik, często cytowany przez przeciwników kobiet: „Gdyby zakon został stworzony tylko dla mężczyzn, Anando, to trwałby przez tysiąclecie. Teraz, kiedy przyjmuje również kobiety, będzie trwać tylko pięćset lat.” Podejrzewam, że jego optymizm był w obydwu przypadkach bezpodstawny.
Pod koniec pory deszczowej pojechaliśmy z księciem Dźetą do parku, który sprzedał czy może nie sprzedał kupcowi Anathapindice na użytek Buddy. Żyje tam tysiąc mnichów, uczniów, wyznawców. Wielu ascetów sypia pod gołym niebem, pielgrzymi mieszkają w domach gościnnych, a członkowie zakonu zakwaterowani są w dużym budynku pokrytym strzechą.
Niedaleko od klasztoru zbudowano na niskiej platformie drewniany szałas. Tutaj na macie siedział Budda. Szałas nie miał ścian, żył więc Budda na oczach świata.
Śariputra przywitał nas w klasztorze. Poruszał się jak chłopiec skocznym krokiem. Nie miał parasola. Ciepły deszcz widocznie mu nie przeszkadzał.
– Macie szczęście, Tathagata jest dziś rozmowny. Bardzo nas to ze względu na was cieszy. Od pełni księżyca milczał. Ale nie dzisiaj. – Poklepał mnie po ramieniu. – Powiedziałem mu, kim jesteś.
Jeżeli się spodziewał, że zapytam, co Budda miał do oznajmienia o perskim pośle, to doznał zawodu. Byłem uroczysty.
– Cieszę się na to spotkanie. – Użyłem wyrazu „upaniszad”, który oznacza „siedzenie blisko”, „siedzenie u stóp mistrza” przekazującego wiedzę uczniom.
Śariputra zaprowadził księcia Dźetę i mnie do zbudowanego na podwyższeniu pawilonu, do którego wchodziło się po ośmiu niskich stopniach – czy każdy z nich miał symbolizować część ośmiostopniowej ścieżki? – Już na pierwszym stopniu Śariputrę powitał wysoki, tęgi, żółty człowiek, którego Śariputra z kolei przedstawił nam.
– To jest Fan Cz’y. Przybył z Chin, aby uczyć się u Buddy.
– Nie można n i e uczyć się u Buddy. – Fan Cz’y mówił dialektem z rejonu Kosali może i płynniej ode mnie, chociaż z gorszym akcentem.
Mieliśmy zostać bliskimi przyjaciółmi, toteż wspomnę tylko, że nie przybył do Indii, żeby pobierać nauki u Buddy, lecz z misją handlową z małego kraju w południowo-wschodnich Chinach. Powiedział mi później, że przyszedł tego dnia do parku, żeby spotkać perskiego posła. Był tak samo zafascynowany Persją, jak ja Chinami.
Wspięliśmy się na schody za Śariputra i weszliśmy do szałasu, gdzie zebrani tam ludzie wstali na nasze przywitanie. Tylko Budda nadal siedział na macie. W lot zrozumiałem, dlaczego nazywają go Złotym. Miał żółtą skórę jak wszyscy mieszkańcy Chin. Nie był Aryjczykiem ani Drawidyjczykiem. Najprawdopodobniej jakieś chińskie plemię przekroczyło Himalaje i zmieszało się z klanem Śakjów.
Budda, drobny, szczupły, giętki, siedział ze skrzyżowanymi nogami bardzo wyprostowany. Miał skośne i tak wąskie oczy, że nie mogłem się zorientować, czy są otwarte, czy zamknięte. Ktoś powiedział o nich, że są świetliste jak nocne niebo latem. Nie wiem. Nigdy ich właściwie nie widziałem. Bezbarwne, łukowate brwi zrastały się tworząc nad nosem kępkę włosów. W Indiach jest to znak nadludzkich zdolności.
Ciało starca było pomarszczone, lecz tryskające zdrowiem, a goła czaszka lśniła jakby zrobiona z żółtego alabastru. Pachniał sandałowym drewnem, co uznałem za nie licujące z ascezą. Przez cały czas mojej wizyty rzadko poruszał głową czy ciałem. Od czasu do czasu wykonywał gest prawą ręką. Miał niski, przyjemny głos, który wydawał z siebie bez wysiłku. Odnosiło się wrażenie, że jakimś tajemniczym sposobem w ogóle nie oddycha.
Skłoniłem się nisko. Ręką wskazał mi, żebym usiadł. Wygłosiłem przygotowane przemówienie. Kiedy skończyłem, Budda się uśmiechnął. To było wszystko. Nie zadał sobie trudu, żeby mi odpowiedzieć. Nastąpiła kłopotliwa cisza.
Nagle odezwał się jakiś młody człowiek:
– O, Tathagato, czy uważasz, że świat jest wieczny i że wszystkie inne poglądy są fałszywe?
– Nie, moje dziecko, nie uważam, że świat jest wieczny i że wszystkie inne poglądy są fałszywe.
– Czy uważasz więc, że świat n i e jest wieczny i że wszystkie inne poglądy są fałszywe?
– Nie, moje dziecko, nie uważam, że świat n i e jest wieczny i że wszystkie inne poglądy są fałszywe.
Młodzieniec zapytał następnie Buddę, czy kosmos jest skończony, czy nieskończony, czy ciało jest, czy też nie jest podobne do duszy, czy święci ludzie istnieją, czy nie istnieją po śmierci i tak dalej. Na każde z tych pytań Budda udzielał tej samej odpowiedzi, czy antyodpowiedzi, jak na pytanie, czy świat jest, czy nie jest wieczny. Wreszcie młody człowiek spytał: