Ale przecież naprawdę niebezpieczeństwo, że zostanie głęboko zamrożona, było wielkie. Jordi zdawał się nie pamiętać o takich drobiazgach, on przecież chłodu nie odczuwał. Teraz zajęty był tylko tym, by trzymać i ją, i siebie jak najdalej od okienka i żeby oboje zachowali spokój. Nieostrożny ruch ręką na przykład mógł zostać zauważony z zewnątrz. Oddychał z wysiłkiem, ciężko wciągał powietrze, Unni czuła, jak jego pierś podnosi się i opada. Ale, oczywiście, nie wyobrażała sobie, że to z jej powodu. Jordi ma bóle w płucach i trudności z oddychaniem, wytłumaczenie jest proste.
Czy wszystko musi być takie prozaiczne? Czy nie mogłaby przystroić trochę sytuacji odrobiną romantyzmu?
Ciało Unni zaczynało protestować. Walczyło zaciekle z zimnem, a równocześnie płonęło. Miała w sobie rozpalone jądro miłości, odczuwała niepohamowane pożądanie, a nie mogła się uwolnić od paraliżującego ją powoli, ale nieprzerwanie mrozu.
Jordi całym ciałem przycisnął ją mocno do ściany i Unni zalała fala podniecenia. Ledwo zdołała powstrzymać bolesny jęk tęsknoty.
Chciała się poruszyć, wyjść mu na spotkanie, ale ciasnota pomieszczenia i paraliżujące zimno pozbawiały ją sił, nie była w stanie nic zrobić.
– Masz boleści? – zapytała cichutko przez zdrętwiałe wargi. – Gdybyśmy teraz wykorzystali te nasze pół minuty, to może poczułbyś się lepiej?
Czy on ją przejrzy? Czy się domyśli, że nie tylko o jego zdrowie jej chodzi?
– Tak – wyszeptał tuż przy jej uchu. – Tak, zróbmy to. Ale co on ma na myśli? Czy knuje równie podstępne plany jak Unni? Czy on też tęskni tak jak ona?
Chłód jednak paraliżował jej mózg, pozbawiał zdolności myślenia.
Jordi drgnął, gdy zauważył, że Unni traci świadomość. Nie było już czasu, by wzywać rycerzy i prosić o te obiecane pół godziny normalnej, ludzkiej bliskości.
– Nie, Unni, nie odchodź ode mnie!
Odsunął się od niej tak daleko, jak to było możliwe, Unni zaczęła wolno wracać do życia.
– Dzięki ci, Boże – mamrotał Jordi. – Nie, Unni. Moglibyśmy wykorzystać nasze pół godziny teraz, ale na Boga, nie tutaj! Nie w tym brudzie, nie z tymi nasłuchującymi facetami po drugiej stronie drogi! Nie marnujmy jedynego czasu, jaki nam podarowano.
Oczywiście, Jordi miał rację.
Głęboko zatroskany tym, co zrobił, zdjął wiatrówkę i okrył jej ramiona.
– Czy moje ubranie też jest zimne?
– N – nie – dzwoniła zębami, ale odzyskiwała zdolność ruchu, bo Jordi odsunął się naprawdę jak na te warunki daleko. – Nie, już m – m – mi ciep – pło.
Jordi ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.
– Oni wciąż tam są.
Nagle Unni jakby się przestraszyła i wyszeptała:
– Jak to dobrze, że Pedro i Elio nie wrócili. To by dopiero było!
– Ale mogą wrócić w każdej chwili – rzekł Jordi ponuro. – Przeklęci idioci, jak długo oni mają zamiar tu siedzieć?
– Dopóki nie przyjedzie Leon z resztą grupy – mruknęła Unni.
Tak więc widoki na przyszłość rysowały się nieszczególne.
Jordi siedział w kucki. Teraz, kiedy Unni musiała mieć cały kąt dla siebie, tylko w takiej pozycji Jordi nie mógł być widziany z drogi.
Zresztą i tak nie mógłby jej rozgrzewać, bo po prostu nie wolno mu było jej dotykać.
– Tak mi przykro z twojego powodu – szeptał zrozpaczony. – Jesteś mi przecież taka bliska, a ja stanowię dla ciebie zagrożenie.
W dodatku zbyt często o tym zapominam.
Choć te słowa rozgrzewały przemarznięte ciało Unni, uważała, że mógłby używać nieco mocniejszych określeń. „Jesteś mi przecież taka bliska”. Co to właściwie oznacza? Może znaczyć dużo, ale też niewiele. Że traktuje ją jak przyjaciółkę, jak siostrę, czy może coś więcej?
– Ty też znaczysz dla mnie bardzo wiele – odparła z lekkim wahaniem. Skoro on używa takich letnich słów, to i ona nie powinna wytaczać cięższych dział. – Jakoś to wytrzymamy. Martwi mnie tylko, że jesteś taki blady i masz spocone czoło.
– Siły życiowe ze mnie uchodzą. Jestem potwornie zmęczony, Unni. A ty omal nie zamarzłaś.
Musiała mu więc wybaczyć. Nie mogła oczekiwać płomiennego uwielbienia od kogoś, kto się ledwo trzyma na nogach.
Uśmiechnęła się blado.
– Nasza szczera przyjaźń złagodzi zarówno gorączkę, jak i chłód.
Roześmiali się oboje. Desperacko. Unni z kluchą w gardle.
Z troską spoglądała na Jordiego. Siedział skulony, z twarzą ukrytą w dłoniach, łokcie opierał na kolanach, całe ciało drżało jak w febrze.
Wreszcie usłyszeli start silnika. Unni pozwoliła sobie zerknąć przez otwór.
– Jordi – wyszeptała. – Oni jadą w stronę lasu. Jordi podniósł się udręczony.
– Aż tacy są głupi? Byłoby dla nich najlepiej, gdyby zaczekali na Leona i jego bandę tutaj. Ale nam wyświadczyli przysługę.
Gdy tylko samochód zniknął w lesie, Unni i Jordi wyszli na drogę.
O mało nie zapomnieli o mieczu, musieli po niego wracać. Nie zwlekając, ruszyli na południe, Jordi jedną ręką wspierał się na ramieniu Unni i dziewczyna ze zgrozą obserwowała, jak ciężko mu iść.
Uszli jednak ledwo kilkadziesiąt metrów, gdy wyjechał im na spotkanie samochód Pedra. Wkrótce znaleźli się na swoich miejscach, na tylnym siedzeniu, i Pedro zawrócił.
– O rany – westchnął Jordi z ulgą. – To się nazywa szczęśliwy traf!
– Wcale nie – roześmiał się Pedro. – Przyjechaliśmy niemal równocześnie z wami, widzieliśmy ten samochód i że wy ukryliście się w szopie. Czekaliśmy dosłownie za drzewem, dopóki teren się nie oczyści.
Unni zobaczyła w wyobraźni, jak wielki samochód kurczy się do rozmiarów karty do gry i ukrywa za drzewem, ale właśnie mijali wysokie skały i Elio wyjaśnił, że to za nimi stali i stamtąd wyglądali na drogę.
Było tak, jak Unni przypuszczała: mieli problem ze znalezieniem kryjówki w tym pięknym, ale otwartym skalistym terenie. W końcu postawili skrzynkę za wysokimi kamieniami i starannie ją przykryli, kiedy jednak znowu znaleźli się na drodze, pojawił się tam jakiś chłop ze stadem kóz, niesłychanie gadatliwy. Żeby nie wzbudzać w nim żadnych podejrzeń, musieli chwilę porozmawiać, a tymczasem jedna melancholijna koza obgryzła brzeg wiatrówki Pedra.
Unni wybuchnęła śmiechem. Wszyscy byli szczęśliwi, że znowu są razem.
– Ale Jordi jest chory – powiedziała zaraz zmartwiona.
– No właśnie, widzę – rzekł Pedro, przyglądając mu się w tylnym lusterku. – Zaziębienie?
– Gorzej – odparł Jordi. – To skutek kontaktu z ogniem Wamby.
– Mój Boże! – przestraszył się Pedro. – Musimy cię zawieźć do szpitala.
Nikt się nie odezwał.
Jordi do szpitala? Ciekawe, co by lekarze u niego znaleźli?
Uznaliby, że jest żywym człowiekiem, czy…?
– Chyba raczej powinniśmy zatelefonować do Antonia i zapytać – powiedziała Unni.
– Dobry pomysł – przyznał Pedro. – Chcieliśmy zresztą dzwonić do was, ale baliśmy się, że tamte zbóje mogą usłyszeć sygnał. O, tam wyżej jest ukryta skrzynka. I żadnych kóz na horyzoncie.
Świetnie! Ale bardzo mi przykro, że przyjechaliśmy po was za późno.
Że musieliście tak długo czekać w tej szopie.
– Unni bardzo dobrze się mną zajmowała – powiedział Jordi i klepnął ją po bratersku w ramię.
Idź do diabła! pomyślała. Może mógłbyś mnie pogłaskać po głowie. O, jaka dzielna siostrzyczka!
– Nic nie szkodzi, że musieliśmy poczekać – rzekła przez zaciśnięte zęby. – Przeżyliśmy bardzo pouczające chwile.