– Niezwykle pouczające – potwierdził Jordi. Pedro połączył się z szefem najbliższego posterunku policji i odbył z nim krótką, ale ważną rozmowę…
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Zatelefonowali do Norwegii.
Antonio był bardzo wzburzony. Nie, Jordi nie może być leczony w Hiszpanii. Powinien wrócić do Norwegii. Natychmiast!
Pedro protestował. Czy Antonio nie ma zaufania do hiszpańskich szpitali?
– Nie, dobrze wiem, że w niczym nie ustępują norweskim, a może nawet je przewyższają poziomem – tłumaczył Antonio. – To nie o to chodzi. Ale Jordi opiekował się mną przez całe życie, ciężko pracował, by starczyło na moje studia medyczne. Teraz on potrzebuje mnie i jest okazja, żebym mu się odwdzięczył. Musisz mi na to pozwolić!
– A gdzie ty jesteś?
– W domu. Właśnie przyjechali do mnie Morten z Gudrun. Nie byli bezpieczni w Molde. Tutaj też pewnie tak do końca nie są, ale przynajmniej mogę o nich zadbać. Vesla znalazła duży, bardzo ładny dom, zamieszkamy tam wszyscy. Jeszcze go nie umeblowaliśmy, ale na pewno będzie nam tam bardzo dobrze.
– A co mamy tymczasem robić z Jordim?
– Nie mam pojęcia, jak postępować z chorymi zatrutymi przez trolla, ale może na początek spróbujcie antybiotyku? Możecie tam coś zdobyć?
– Drogi przyjacielu, ja mam z sobą cały swój magazyn leków.
Nie przypuszczałem, że wyzdrowieję, i to tak, za jednym machnięciem ręki. Tak więc z tym damy sobie radę.
Pedro dostał od Antonia dokładne instrukcje. Przedyskutowali też obaj, jak się cała grupa powinna zachować, Pedro miał swoje plany.
Najpierw pojadą do Saragossy, gdzie w jakimś położonym na uboczu hotelu przyjrzą się dokładniej papierom Santiago, wykąpią i wyśpią. Są przecież na nogach ponad dobę. A później zastanowią się, co dalej, i zadzwonią do Antonia. Wszystko będzie zależeć od samopoczucia Jordiego.
Unni była zrozpaczona, że nie może mu pomóc. Siedzieli, jak zawsze, na tylnym siedzeniu, każde w swoim kącie. Unni nie chciała się skarżyć, ale marzła jak pies. Powinna się zamienić miejscami z Eliem, ale żaden z mężczyzn nie wpadł na taki pomysł. Z drugiej strony, ona sama chciała być blisko Jordiego, przynajmniej uśmiechem i przyjaznym słowem dodawać mu odwagi. Cóż innego mogłaby zrobić? Nic. Jest przecież tylko do niczego nieprzydatną młodszą siostrą.
Kiedy dotarli do Saragossy, Jordi był tak wyczerpany, że nie mógł o własnych siłach wejść po schodach, dosłownie wciągał się na górę, trzymając się poręczy. Unni była sztywna z zimna i taka sina, że Elio i Pedro mieli straszne wyrzuty sumienia. Ale przecież chyba mogła powiedzieć?
Pierwsza dawka penicyliny w ogóle nie podziałała na Jordiego.
Spróbowali więc ponownie, tym razem z kortyzonem. W swoim pokoju Jordi po prostu zwalił się na łóżko. Elio pomógł mu się rozebrać. Widząc, jak się kuli na posłaniu, dygocze jak w febrze, choć jest równocześnie mokry od potu, postanowili, że właśnie w jego pokoju będą przeglądać papiery. Tylko wówczas Jordi będzie mógł w tym uczestniczyć, a nie ma czasu do stracenia.
Kelner przyniósł gorący, smakowicie pachnący obiad i nagle wszyscy uświadomili sobie, jacy są głodni. Może z wyjątkiem Jordiego, on nie miał ochoty na nic, ogarniało go coraz większe pragnienie, by umrzeć. A przecież wiedział, że w głębi duszy bardzo tego nie chce, miał tyle spraw, dla których powinien żyć. Tylko jakoś teraz nie potrafił o tym myśleć, umysł nie chciał pracować jak należy.
Unni starała się go zmusić do jedzenia i szczęśliwie trochę jej się udało. Dała mu też wina. Może to nie było za bardzo rozsądne, ale po posiłku Jordi sprawiał nieco przytomniejsze wrażenie. A może to działanie kortyzonu?
Kiedy posprzątano pokój po obiedzie, Unni siedziała w głębokim fotelu, opatulona wełnianym kocem, Jordi na swoim posłaniu, podparty poduszkami, a Elio i Pedro przy stole. Uwaga wszystkich czworga skupiała się na zwojach papieru, wyjętych ze skrzynki.
Wciąż nie wiedzieli, czy nazywać to skrzynką, czy raczej szkatułką, była długa dokładnie tak samo jak miecz, i wąska. Ani skrzynia, ani szkatuła, coś pośredniego między jednym a drugim, po prostu.
– Musimy się bardzo ostrożnie obchodzić z papierami – powiedział Pedro.
Już dawno zorientowali się, że owej skrzynki czy szkatuły, zawierającej cenne starocie, nie przeszmuglują przez cło na żadnym lotnisku. Pedro nawiązał więc kontakt z jednym ze swoich służących, który właśnie teraz jechał największym samochodem Pedra z Madrytu do nich tutaj. Potem służący odda wypożyczony samochód w Granadzie, oni sami zaś będą mogli wyruszyć w długą drogę na północ, do Norwegii. Problem tylko, jak Jordi to zniesie.
Zastanawiali się już nawet, by Jordi poleciał z Unni samolotem, ale umieszczać tak wyczerpanego i chorego człowieka razem z innymi pasażerami… nie, lepiej nie ryzykować. Nie odważyli się też wezwać hiszpańskiego lekarza do hotelu, musiały wystarczyć konsultacje z Antoniem. Było jasne, że teraz Jordi należy bardziej do świata rycerzy niż zwyczajnych śmiertelników, serca ściskały im się z bólu, kiedy na niego patrzyli.
Poza tym Elio powinien pojechać do swojej rodziny, czekającej na niego we Włoszech. Pedro miał załatwić wyjazd, jak tylko się wszyscy wyśpią.
Ale najpierw najważniejsze: papiery. Jordi też nie miał czasu na nie czekać. Może nawet obawiał się, że wcale nie będzie w stanie ich zrozumieć, jeśli najpierw zdecyduje się przespać?
Unni z rozpaczą myślała właśnie o tym. Co będzie, jeśli on się już więcej nie obudzi?
– Muszę porozmawiać z Flavią o przyjeździe Elia – mruknął Pedro pod nosem. – Teraz, kiedy znowu jestem zdrowy, może odważę się z nią ożenić?
Wszyscy przyjęli z uśmiechem te jego, wypowiedziane na marginesie wszystkich zmartwień, słowa o szczęściu.
Pedrowi zostawili pracę nad rozkładaniem posklejanych arkuszy.
Okazało się, że większość to kruchy pergamin.
Zdumiony Hiszpan potrząsał głową:
– Dlaczego oni to wszystko pozakopywali? Przecież tylko oni dwaj: don Felipe i Santiago, znali kryjówkę. Enrico ani jego potomstwo niczego się nie dowiedzieli.
– Wygląda to podejrzanie – przyznał Jordi ostrym, zmienionym nie do poznania głosem. – I po co jeszcze ta ochrona w postaci małego pudełka ze znakiem rycerzy na wieczku? Unni ostrzegła nas, byśmy tego nie dotykali.
– Musiałam – szepnęła.
Przyglądali się małemu pojemniczkowi, oddzielonemu od reszty zawartości skrzynki drewnianą przegrodą tak, by nie mógł się przesuwać i, być może, uszkodzić pozostałych przedmiotów? Między pudełko a przegrodę zatknięto święte obrazki na metalowych płytkach. Emaliowane srebro, domyślali się. Niczego jednak nie dotykali.
Najbardziej interesowało ich to, co zapisane.
Kiedy rozłożyli rulon, znaleźli na wierzchu jakiś list.
Musiał być napisany tuż przed zakopaniem wszystkiego w ziemi.
Różnił się wyraźnie od pozostałych dokumentów, sprawiał wrażenie o wiele młodszego. Papier był ekskluzywny, gruby, pismo ozdobne, w czarnym tuszu.
Gdy tylko Pedro puścił jeden narożnik, papier ponownie się zwinął.
– Nie mamy gdzieś jakiejś pluskiewki?
– Spróbuję coś zdobyć – rzekł Elio i wyszedł.
Kiedy arkusz leżał już umocowany i nic się nie mogło stać, Pedro zaczął czytać. Unni, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu, odkryła, że rozumie dużo więcej po hiszpańsku, niż przypuszczała. Bardzo tym zaimponowała całemu towarzystwu. Ale mówić w tym języku nie potrafiła, na taki skok jeszcze nie mogła się zdobyć. Była zadowolona, że bez większych kłopotów może śledzić tekst.
Trudniejsze słowa koledzy bardzo chętnie jej tłumaczyli.
Pedro zaczął uroczyście: