„Casa Escobar de Navarra, w sierpniu 1878 roku.
Niechaj Niebiosa nie pozwolą, by ktokolwiek odnalazł tę skrzynkę! Jeśli jednak tak się zdarzy, że mój syn, Enrico, lub ktokolwiek z jego następców, mieszkających w naszej dumnej rodzinnej posiadłości, którą ja obecnie odebrałem i objąłem w prawomocne posiadanie, miałby ją odnaleźć, to proszę i stanowczo nalegam, by najpierw przeczytał niniejsze wyjaśnienia!
Ja, Don Felipe, d'Escobary Navarra…”
Pedro przerwał.
– Coś się tutaj nie zgadza. Nazwisko ojca powinno być pierwsze.
On się nazywał „Felipe z Escobar i Nawarry”, ale był jednym z rodu Navarra, podobnie jak ty, Elio, jego wnuk. Czy wiesz, w jaki sposób nazwisko Escobar pojawiło się w rodzinie, żeby potem znowu zniknąć?
Elio wzruszył ramionami.
– Nie więcej, niż wcześniej mówiłem, że to chyba przez małżeństwo. Nigdy się nie dowiedziałem, jak to było.
– A teraz jest za późno – westchnął Pedro. – No dobrze, czytajmy dalej:
„Ja, don Felipe… postanowiłem dzisiaj zakopać w ziemi świętości mojego rodu, a wraz z nimi wieczne przekleństwo. Santiago, mój najstarszy syn, zgadza się ze mną, on również uważa, że należy to zakopać. Może w ten sposób zapewnimy spokój naszym następcom, przerwiemy ową karę, ciążącą na nieszczęsnej rodzinie. Może Santiago będzie mógł żyć. Niech Bóg sprawi, by tak się stało!
Przede wszystkim jednak proszę z całym naciskiem, by ten, kto być może znajdzie naszą kryjówkę, nigdy, pod żadnym warunkiem nie dotykał srebrnego pudełka z naszym zwiastującym smutek znakiem na wieczku. To bardzo ważne, właśnie bowiem z tego pudełka nasze demony wzięły to, za co teraz życiem płacą pierworodne dzieci naszego rodu. Zakopcie ponownie pudełko w bezpieczniejszym miejscu, błagam was, wygląda bowiem na to, że czczeni przez nas święci nie są w stanie odwrócić nieszczęścia”.
– Pogrzebać pudełka też nie potrafili – mruknęła Unni. – Nie pomogli donowi Felipe…
– Niestety, masz rację – przyznał Pedro i po chwili czytał dalej:
„Miecz miał jakoby należeć do naszego dumnego przodka, dona Ramiro de Navarra, tego, którego śmiałe poglądy i poczynania ściągnęły na nasz ród tragedię. Ubolewam nad tym, że muszę miecz złożyć w ziemi, nie wiem jednak, jaki jest jego udział w całej sprawie. Dlatego żegnaj, symbolu naszej dumy!
Ponadto zakopuję też drzewo genealogiczne naszego rodu, jak daleko w przeszłość jest ono znane…”
– No, znakomicie! – ucieszył się Elio, a reszta mu przytakiwała.
Powstrzymali jednak chęć natychmiastowego przestudiowania dokumentu i Pedro mógł dokończyć:
„Nie wszystkie imiona zostały w nim wymienione. Tylko ludzie bezpośrednio związani ze sprawą. Jak widzicie, jest imię Escobar.
Ale to tylko potwierdzenie istnienia osoby, która wżeniła się w ród de Navarra, z pewnością ze względu na znakomite nazwisko. Nie miał on nic dobrego do dania, jedynie pychę i brak miłosierdzia. To on zmienił nazwę tej posiadłości na Casa d'Escobar, a po jego śmierci nikt nie przywdział żałoby. Teraz majątek znowu będzie się nazywał Casa de Navarra, skoro my, moi synowie i ja, odzyskaliśmy do niego prawa”.
– Powiedz mi, Elio – poprosił Pedro. – Czy Emile pochodził z rodu Escobar?
Starszy pan zaczął się zastanawiać.
– Nie, nigdy o tym nie słyszałem. Nie, nie, mogę zagwarantować, że nie pochodził. Nosił całkiem inne nazwisko, tylko że nie mogę sobie teraz przypomnieć, jakie.
– Dziękuję. W takim razie czytam dalej:
„A zatem, będę na zawsze wielce rad, że mogłem zakopać tę skandaliczną książkę, napisaną przez grzeszną Estellę w klasztorze, w którym trzeba ją było umieścić. Bardziej oburzającego dzieła, od początku do końca, nigdy nie czytałem!”
– No, przyjemniaczek – mruknęła Unni. – Dlaczego w takim razie czytał? I to całą książkę?
– Otóż to! I dlaczego jej, na przykład, nie spalił?
– Być może utwór ma wielką wartość literacką? – uśmiechnęła się Unni. – A poza tym jest z pewnością podniecający. Czy reszta papierów to właśnie książka? Wygląda coś cieniutko. Chyba na niewiele skandali znalazło się tam miejsce!
Pedro przewracał kartki swymi wypielęgnowanymi dłońmi wysokiego urzędnika.
– Nie, to mi nie wygląda na książkę. Jakieś szpargały z dawnych czasów, teoria Santiago, jakiś protokół sądowy, list pisany w starym języku hiszpańskim… Nie, to tylko papiery, papiery. Czekajcie no, na dnie skrzyni…
Uniósł w górę kilka przedmiotów, wspaniały krzyż, wysadzany szlachetnymi kamieniami, oraz coś zawinięte w zbutwiały jedwab.
Dopiero wtedy pokazało się dno.
– Ale dno nie jest z drewna, to skóra! Och, kochani, to książka!
Rozłożona tak, by pokryła całe dno.
– Z wyjątkiem miejsca przeznaczonego na srebrne pudełko – wtrącił Elio. – Ale to chyba nie miało wielkiego znaczenia. Skoro książka jest taka skandaliczna, a przynajmniej nieprzyzwoita, to pewnie zawartość pudełka nie może jej zrobić krzywdy?
– Może nawet książka szkodzi temu, co leży w pudelku – powiedziała Unni złośliwie. – Czy można by przeczytać wynurzenia grzesznej Estelli? Moim zdaniem opinia o nich brzmi bardzo ekscytująco.
– Później – uśmiechnął się Pedro. – Teraz zrobimy sobie przerwę.
Dobre cygaro mogłoby smakować, co, Elio?
Elio uznał, że pomysł jest świetny. Jednocześnie Pięciu rycerzy spotkało się w umówionym miejscu.
– Przyjaciele, bardzo się martwię – powiedział don Federico de Galicia.
– Ja także – przyznał don Ramiro de Navarra.
– To wszystko może się skończyć fatalnie – rzekł don Sebastian de Vasconia z powagą.
– A my nic nie potrafimy zrobić – westchnął don Garcia de Cantabria.
– Szybko, szybko, moje dzieci, byliście już na dobrej drodze – prosił don Federico.
– Zwracajcie uwagę na niewidzialne zagrożenia, nie przejmujcie się za bardzo tym, co widzialne – zakończył don Galindo de Asturias.
Przygnębieni rycerze odjechali.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Na lesistych wzniesieniach Nawarry, na drodze do ruin starego majątku, samochód złodziei i oszustów zakopał się po osie w błocie.
Próbowali sforsować zdradziecką krawędź pobocza i wtedy ziemia się osunęła, samochód przechylił się, po czym wolno ułożył na boku, jakby zamierzał udać się na spoczynek.
Obaj mężczyźni pocili się obficie, przeważnie ze strachu. No to dostanie im się bura, i od Leona, i od Alonza.
Pchali samochód i ciągnęli, zakładali linki na hak holowniczy, zapalali silnik, ale samochód ani drgnął.
No i ci, na których czekali tak długo, musieli oczywiście przyjść akurat w takiej chwili. Emma i Alonzo najpierw, biegli z przerażeniem w oczach. Leon, potykając się, podążał za nimi.
A jak on wyglądał! Mężczyźni przy samochodzie na jego widok odskoczyli w tył.
Włosy miał zmierzwione, twarz obrzmiałą i spoconą, w zapadłych oczach tliło się szaleństwo.
I wydawał się taki wielki! Barczysty, z obwisłym brzuchem piwosza, na który przedtem nie zwracali uwagi, posuwał się też jakimś dziwnym, kołyszącym się krokiem. Leon był zupełnie do siebie niepodobny, to po prostu ruina człowieka…
A może on udaje, odgrywa jakiegoś zbłąkanego dzikusa, czy…?
Zauważyli, że Leon z wielką irytacją drapie się i czochra po jednym boku jak pies, który wciąż nie może trafić w miejsce swędzące po ugryzieniu pchły.
Byli przygotowani, że ich zwymyśla za to, co się stało z samochodem, ale przecież nie na to, że oszalały z wściekłości wymierzy jednemu z nich taki cios w szczękę, że tamten przewróci się, uderzając głową w maskę wozu.
Emma też była wściekła i przerażona.