Выбрать главу

– Leon! – warknęła ostro. – Nie zachowuj się jak idiota! Pomóż postawić samochód i wiejmy stąd jak najprędzej!

Spoglądał na nich spod oka, zły jak pokrzywa, mamrotał coś pod nosem, ale zabrał się do roboty z takim samozaparciem, jakby wstąpiły weń siły jakiegoś olbrzyma. Wkrótce pojazd stał znowu na drodze. Leon nie spuszczał oczu z Emmy i Alonza. Podejmowali już próbę ucieczki bez niego, pod pozorem, że muszą odejść na bok i zapalić papierosa. Leon nie miał zaufania do Alonza, który mógł próbować uwieść nie domyślającą się niczego Emmę.

Nie przychodziło mu do głowy, że sprawy mają się dokładnie odwrotnie.

Po wielu próbach zawrócenia samochodu w błotnistym podłożu udało im się w końcu ustawić go we właściwej pozycji i ruszyli wolno w kierunku szosy.

Wszyscy, z wyjątkiem jednego, skarżyli się na okropny smród w aucie.

Koło szopy dróżnika czekało na nich trzech policjantów.

– Zawracaj! – wrzasnął Leon do kierowcy. – Zawracaj natychmiast!

Łatwo powiedzieć! Leśna droga nie stwarzała możliwości dla takich manewrów. Auto w kolorze zupy pomidorowej próbowało się cofać i utknęło ostatecznie w błocie.

Pasażerowie rzucili się do ucieczki, ale policjanci byli szybsi, poza tym, jak się rychło okazało, mieli też przewagę liczebną. Wyłapali uciekinierów, zanim ci zdążyli dobiec do lasu.

– Do cholery! – klęli słudzy prawa, którzy schwytali szarpiącego się rozpaczliwie Leona. – W czym ty się wytarzałeś, człowieku? W ludzkim truchle?

Leon próbował na nich pluć, został jednak sprawnie zakuty w kajdanki i wepchnięty do policyjnego samochodu.

– Co ty tak piszesz, Unni? – spytał Elio. – Pedro chce z nami rozmawiać, pójdziesz?

Wzięła swój kołonotatnik oraz długopis i poszła za nim.

Czwórka przyjaciół zebrała się znowu nad listem dona Felipe.

– Ciekawa jestem, o jakim to skarbie gadał Leon i jego ludzie?

Czy im chodziło o ten tutaj, skarb Santiago? Ten piękny krzyż, na przykład? Z pewnością jest dużo wart.

– Niewątpliwie. Chociaż nie. Takie krzyże można w katolickim świecie znaleźć w wielu miejscach – odparł Pedro. – Nie, szczerze mówiąc, nie wiem, na co oni polują.

– A czy można w tych okolicach znaleźć jakieś zaginione skarby?

– Cóż za pytanie! Mnóstwo, moje dziecko. Mnóstwo! Pamiętaj, że północna Hiszpania została w ciągu dziejów zdeptana wzdłuż i wszerz przez rozmaitych najeźdźców. Pojawiali się tutaj coraz to nowi zdobywcy. Rzymianie, Wizygoci, to znaczy Goci Zachodni, Maurowie… a wszyscy gromadzili nieprzebrane skarby. Aż doszło do tego, że chrześcijanie zaczęli się buntować przeciw Maurom i narzucanemu przez nich islamowi. Tak naprawdę bunty rozpoczęły się w Asturii, w Covadonga.

– Asturia – uśmiechnęła się Unni. – Tę nazwę już znamy.

– Oczywiście. Później Kościół prześladował katarów, a następnie przyszła inkwizycja, która dokończyła dzieła ich zmiażdżenia.

Określenie „katarzy” oznacza ryle samo co heretycy… Tak, no na tym możemy chyba poprzestać, bo, jak się zdaje, tak zwany skarb Leona pochodzi z czasów rycerzy.

– Ale czy można przypuszczać, że oni szukają jakiegoś konkretnego przedmiotu?

Pedro musiał się zastanowić.

– Mówi się wprawdzie, że Józef z Arymatei zabrał ze sobą świętego Graala do Europy. I że klejnot zaginął gdzieś w Anglii lub w Hiszpanii, może nawet w południowej Francji, w każdym razie ostatnio mieli go katarzy.

– Nie, w świętego Graala to ja nie wierzę – zaprotestował Jordi.

– Jest tak nadużywany w książkach i filmach, że w końcu stało się to śmieszne.

– Owszem, masz rację. W takim razie może to być złoty ptak z Ofir.

– Ofir? Istnieje ten kraj złota?

– Oczywiście. Są tylko kłopoty, gdzie go zlokalizować. Indie, południowa Afryka, Arabia Saudyjska – brać i wybierać! Wszędzie tam Fenicjanie prowadzili handel i sądzi się, iż to oni zabrali bezcenny klejnot z Ofir, złotego ptaka z masywnego złota, wysadzanego szlachetnymi kamieniami.

– Ale to chyba nie to samo co rycerski sokół z Malty?

– Nie, nie, tamten jest o wiele starszy. Ofir zostało wymienione w Starym Testamencie, potem już nigdy. Fenicjanie osiedlili się w Kartaginie, a kiedy Maurowie, przybywając z północnej Afryki właśnie, podbili Półwysep Iberyjski, to znaczy Hiszpanię, przynieśli ze sobą tutaj złotego ptaka. Potem klejnot przepadł, a stało się to w czasie wojny niebywale uzdolnionego mauryjskiego wodza, Almanzora, z chrześcijańskimi rebeliantami w Asturii. Podobno Almanzor był wściekły. Pedro zastanawiał się.

– Istnieje też trzecia możliwość…

Nieoczekiwanie Jordi jęknął boleśnie.

Przerazili się, kiedy zobaczyli, jak on wygląda, musiał bardzo cierpieć, z trudem oddychał, krew odpłynęła mu z twarzy, ale zachowywał przytomność.

– Jordi! – krzyknęła Unni przestraszona i uklękła przy nim. – Nie możesz nas opuścić!

– Jordi – rzekł Pedro z naciskiem. – Rycerze uzdrowili mnie.

Uratowali wielu ludzi, dlaczego ich nie wezwiesz?

– No właśnie – wtrąciła Unni błagalnie. Pedro mówił dalej:

– Zresztą i tak chciałem cię prosić, żebyś wezwał dona Galindo de Asturias. Ale to jest ważniejsze. Wezwij ich, wszystkich pięciu, tu chodzi o twoje życie!

– I pospiesz się – prosił Elio. – Przecież tylko ty możesz to zrobić!

Jordi był w stanie mówić jedynie szeptem:

– Już to robiłem. Oni nie przybędą.

– Nie przybędą… – powtórzyła Unni głucho. – Ale przecież…

– Tak, gdzie oni się podziewają? – spytał Elio. – Już dawno się nie pokazywali. Tylko ten jeden z mieczem, ale on był ostatni.

Jordi nie był w stanie odpowiedzieć. Unni zwróciła się do Pedra:

– Nie masz czegoś na płuca? – spytała gorączkowo.

Pedro zaczął przeszukiwać swoją torbę.

– Już o tym myślałem. Maseczka tlenowa, proszę! Szybko trzeba ją założyć!

Pomagali wszyscy troje. Ręce im drżały z niecierpliwości i lęku, przeszkadzali sobie nawzajem, a Unni była zdumiona własnym zachowaniem. Wydawało jej się, że powinna gorzko płakać, ale tego nie robiła, jej umysł funkcjonował chłodno i trzeźwo. Myśl, Unni, myśl, co należy robić. Myśl!

Pedro wyjął strzykawkę, którą napełnił jakimś lekarstwem.

– Sam zażywałem to wielokrotnie, mam nadzieję, że jemu też pomoże.

– Choć to zabrzmi okropnie, to ja się cieszę, że jest wśród nas człowiek chory – powiedziała Unni.

– Ekschory – skorygował Pedro spokojnie i zrobił Jordiemu zastrzyk. – Szkoda tylko, że działamy tak strasznie po omacku. Kto wie, co pomaga na czarodziejskie trucizny?

Wszyscy jednak stwierdzali, że Jordi nie dyszy już tak ciężko, a jego kaszel nie jest już taki rozdzierający. Leżał wyczerpany, z przymkniętymi oczyma.

Nie opuszczaj mnie, Jordi, prosiła Unni w duchu. Nie mogę cię utracić. Wielki, silny i troskliwy Jordi. Ty, który zawsze myślisz o dobru innych, kto teraz tobie pomoże?

– Nie powinniśmy go jednak mimo wszystko zawieźć do szpitala? – spytała. – Gdybyśmy powiedzieli, że uległ zatruciu gazem?

Sam Jordi potrząsnął głową. Wykrztusił, że nie może jechać do szpitala, bo lekarze natychmiast by stwierdzili, że coś jest nie tak jak należy, poddaliby go długim badaniom i oględzinom, traktowaliby go jako obiekt studiów, doszliby do wniosku, że jest istotą nieziemską, może nawet by go zabili, żeby ratować ziemię.

– Nie zmuszajcie mnie, bym przez to przechodził – prosił, dzwoniąc zębami.

– A czego ty sam byś chciał? – spytała Unni, trzymając go za rękę.

– Wrócić do Norwegii – wyszeptał. – Do Antonia! Może rycerze też tam są.

Nikt w to specjalnie nie wierzył, ale poddali się jego woli.