A poza tym lekarstwa Pedra wyraźnie złagodziły cierpienia Jordiego. Na razie zostawili skarb Santiago. Pedro zabrał Jordiego do swego dużo większego pokoju, żeby być pod ręką, gdyby chory potrzebował lekarstwa. Unni najchętniej sama by go doglądała, ale nie mogła. Ręka, którą trzymała dłoń Jordiego, była już odmrożona.
Papiery nadal leżały na stole.
– Elio, jak sądzisz, mogłabym je przejrzeć?
– Nie wiem – odparł niepewnie. – Jeśli będziesz ostrożna… I nie dotykaj książki, kartki mogą się rozsypać. No to dobranoc!
Unni wyjęła swój kołonotatnik i zaczęła przepisywać arkusz zatytułowany „Teoria Santiago”, bo przetłumaczyć tekstu nie potrafiła, był dla niej za trudny. Kopiowała dokładnie tak, jak było napisane, nie rozumiejąc za wiele. Długo jednak nie mogła tak pracować, pismo było trudne do odczytania, język bardzo staroświecki.
Dała za wygraną i ostrożnie odłożyła papiery na miejsce.
Ukryła skrzynkę pod materacem tak, że na łóżku pojawiło się duże wybrzuszenie, ale co tam. W końcu zamknęła pokój na klucz i poszła do siebie.
Myślała o Jordim i serce jej się ściskało. Przeklęci rycerze!
Dlaczego oni wciąż ściągają na nich nieszczęścia? Dlaczego nie przychodzą, kiedy są najbardziej potrzebni?
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Unni siedziała w swoim pokoju na krawędzi wysokiego łóżka i machała nogami. Było jeszcze wcześnie i chociaż brak snu dawał jej się we znaki, na razie nie była gotowa się kłaść. Pisać też nie mogła.
Uczucia wciąż wracały do czegoś, czego nie potrafiłaby nazwać.
Podejmowała rozpaczliwe próby wezwania rycerzy, chociaż wiedziała, że tylko Jordi może to zrobić. Zwracała się do swojego przodka, dona Sebastiana de Vasconia. W wielkim skupieniu i natrętnie raz po raz powtarzała jego imię.
– Usłysz mnie, szlachetny książę (księciem to on chyba nie był, ale może taki tytuł uczyni go łaskawszym, myślała, zdając sobie sprawę z tego, że to niezbyt piękne postępowanie), don Sebastianie de Vasconia… znaleźliśmy się w wielkiej potrzebie, konieczna jest pańska pomoc. Jedyna miłość mojego życia, Jordi, chyba nas opuszcza. Zwróć mu zdrowie, szlachetny panie! Uratuj go, ja nie potrafię… my nie potrafimy bez niego nic zrobić.
I powtarzała swoje modły wielokrotnie, a tymczasem w mieście domy w tej godzinie zachodu nabierały złocistoczerwonej barwy.
I oto… Nie wiedziała, co to jest, nie umiała zdefiniować, jakby jakaś rozedrgana myśl przeniknęła pokój.
Natężała uwagę, jak tylko mogła. Czy to jedynie wytwór jej zmęczonego umysłu, czy…?
„Nie mogę przybyć. Źle! Źle!”
Unni zeskoczyła z łóżka i przestraszona stała na podłodze.
– Tak! To właśnie wyczuwałam! To było to! Źle! Coś ułożyło się strasznie źle!
Atmosfera powoli wracała do normy, owo dziwne rozedrganie ustało. Unni wierzyła i miała nadzieję, że don Sebastian tutaj był i starał się przekazać coś bardzo ważnego pozbawionej odpowiednich zdolności współczesnej osobie. Swojej dalekiej potomkini, obdarzonej odrobiną umiejętności jasnowidzenia.
Nie odważyła się pójść z tym do przyjaciół. Elio i Pedro układają się pewnie na spoczynek, nieprzyzwoitością byłoby do nich wpadać. Postanowiła zadzwonić do pokoju Pedra.
Kiedy podniósł słuchawkę, opowiedziała mu o tym, co się stało, tak szybko, że połykała słowa.
Minęła dłuższa chwila, nim odpowiedział.
– To bardzo dziwne, Unni. Wiesz chyba, że ja mam swego rodzaju kontakt z rycerzami. Nie tak bliski jak Jordi, rzecz jasna, ale jestem jak gdyby numer dwa, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
Wygląda mi na to, że ty jesteś numerem trzy. Ja także próbowałem ich wzywać i przeżyłem coś podobnego jak ty. Nie mogą przybyć, nie wiem, dlaczego. Ale mam też weselsze nowiny…
– Jordi? – wykrzyknęła z nadzieją.
– Nie, u niego nie ma żadnej zmiany, natomiast rozmawiałem z Flavią. Rodzina de Navarra czuje się znakomicie i Flavia przyjedzie jutro przed południem, by spotkać Elia na lotnisku w Barcelonie. I przyjedzie z nią też pewien mówiący po hiszpańsku pan, który odwiezie Elia do Włoch. Flavia zaś pojedzie z nami do Norwegii.
Szczerze powiedziawszy, jest to niezbędne, bo sam nie byłbym w stanie siedzieć bez odpoczynku za kierownicą, a przecież ze względu na Jordiego musimy jechać bez przerw.
– O, jak to dobrze – ucieszyła się Unni. – Nareszcie będę miała damskie towarzystwo.
Unni mogła się w końcu położyć. Była śmiertelnie zmęczona, brak snu dawał jej się porządnie we znaki, mimo to zdobyła się jeszcze na szczerą, prostą modlitwę do wszystkich, kto tylko przyszedł jej na myśclass="underline" Do Boga, pięciu rycerzy, świętego Jerzego, ponieważ imię Jordi jest odmianą imienia tego właśnie świętego, a także do czarownicy Urraki, wszelkich możliwych istot nadprzyrodzonych, do długiego szeregu świętych, archaniołów i na koniec do własnego Anioła Stróża. Błagała wszystkich, by uratowali Jordiego, zabliźnili rany na jego ciele. Bo co by było, gdyby Jordi umarł? Jakby wtedy wyglądało jej dalsze życie? Byłaby to niekończąca się pustka, droga bez celu.
Zasnęła z myślą „Źle! Źle!” Było to w najwyższym stopniu frustrujące.
Następnego ranka stan Jordiego się ustabilizował. Wszyscy wstali wcześnie i siedzieli już w jadalni, kiedy zeszła zaspana Unni. Ale mój Boże, jak ten Jordi wyglądał! Uśmiechnął się wprawdzie do Unni tym swoim przyjaznym, jakby pospiesznym uśmiechem, ale ona się przestraszyła. Pedro i Elio podawali mu jedzenie, widać było bowiem, że kelnerki patrzą na niego Z lękiem.
Jeśli można mówić, że ktoś został naznaczony śmiercią, to to był właśnie ten przypadek. Wyglądał teraz gorzej niż tamtego dnia, kiedy spotkali go w Stryn. Rozgorączkowane oczy płonęły, policzki miał zapadnięte pod wystającymi kośćmi, a wzrok jakiś bezradny, desperacki, twarz trupio bladą. Cała postać przypominała Śmierć.
Wszystko, co dla niego w ostatnich czasach zrobili, by go wzmocnić i postawić na nogi, zniszczył ogień ciśnięty przez Wambę.
Ale dla Unni Jordi nigdy jeszcze nie był taki pociągający.
I jeszcze raz pomyślała: muszę chyba być szalona. To jakaś perwersja odczuwać taki pociąg do anioła śmierci. Nie domyślała się, że to jego rozpaczliwa sytuacja tak na nią działa, apeluje do jej współczucia. Jej miłość trwała niezłomnie od chwili, kiedy po raz pierwszy zobaczyła go na pewnym lotnisku. Teraz, kiedy siedział przed nią taki złamany, taki przeraźliwie samotny, odezwały się też inne uczucia. Właśnie współczucie, zrozumienie. Poczucie wspólnoty. Pragnienie, by móc stać u jego boku niezależnie od tego, co z nim będzie.
I męczyło ją to, że nie potrafi do końca rozeznać się w jego uczuciach. A Unni nie należała do tych kobiet, które potrafią zapytać wprost. Na to miała za wiele autokrytycyzmu i zbyt duży kompleks niższości.
Och, świetnie wiedziała, że człowiek nie powinien się zakochiwać w kimś, kogo dobrze nie zna, ale tak właśnie zrobiła wiele lat temu na tamtym lotnisku. Każdy może przecież mieć wiele złych cech, które dopiero z czasem wychodzą na jaw, ale ją ujęła i oczarowała wewnętrzna dobroć wypisana na jego twarzy, całkiem niezależnie od jego wyglądu.
A teraz Jordi potrzebował jej bardziej niż kiedykolwiek. I Unni chciała przy nim być, chciała pozostać przy nim na zawsze.
– Czas nagli, musimy ruszać jak najszybciej – powiedział Pedro, gdy wszyscy siedzieli już przy stole. – Z papierami Santiago, czy raczej don Felipe, musimy zaczekać na jakąś spokojniejszą chwilę. A ja zapewniam, że ukradkiem do nich nie zaglądałem, nawet do drzewa genealogicznego, choć to takie kuszące. Musimy dojechać do lotniska w Barcelonie na czas.