Nie, no Unni daleko do wszelkiej dekadencji!
Podczas przerwy w podróży znaleźli nareszcie możliwość, by w spokoju przejrzeć skarb Santiago.
I Unni mogła mieć czas, by pisać porządnie podczas jazdy, a nie bazgrać jakieś słowa – klucze w swoim notatniku.
Reszta towarzystwa śmiała się szczerze z jej pisaniny i nieustannie dopytywała, co to takiego. Pamiętnik? Powieść?
Nie, to nic specjalnego, odpowiadała zwykle Unni lekkim tonem.
To taka jej drobna prywatna sprawa, nawet Jordiemu nie powiedziała, czym się zajmuje.
Z czasem pewnie o tym opowie, a wtedy wszyscy będą zaskoczeni, co do tego nie miała wątpliwości.
JEDNOCZEŚNIE
Czarne kaptury aż drżały z podniecenia, gdy mnisi obserwowali wysiłek dźwigających.
„Oni to mają! Oni to mają!”
„Wydobyli to z ziemi”.
„To jest nasze, my to powinniśmy mieć!”
„Nie można, nie można, na tym są takie okropne rzeczy!”
„Nie możemy się nawet zbliżyć, za dużo świętych wizerunków”.
„Co tam święte wizerunki, tym się wcale nie przejmujemy! To znak nas powstrzymuje”.
„Znak! Musimy natychmiast usunąć pokrywę ze znakiem!”
„Plan, bracia! Musimy opracować pian!”
„Zatrzymali się, już nie jadą dalej tym przeklętym powozem bez koni, szybszym od wiatru. Zmuśmy ich, by usunęli pokrywę!”
„Może dziewczyna?”
„Nie! – wrzasnęło siedmiu pozostałych głosami przestraszonych ptaków. – Nie! Tylko nie dziewczyna! Ona jest niebezpieczna. Ona jest silna!”
„To może ten chory? Ten, którego szacowny Wam – ba prawie zmiażdżył?”
„Nie, ten jest dwa razy taki groźny. Czy może nie uśmiercił Wamby?”
„I pamiętajcie, bracia, że on ma znak na ramieniu!”
88”No to kto? Kobieta? A może ten stary?” „Tak, wybierzmy raczej któreś z nich!” Odlecieli niczym stadko ptaków. Dali się unosić wiatrowi ponad Niziną Niemiecką.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Kiedy ulokowali się w małej salce konferencyjnej hotelu każde ze swoją szklaneczką miejscowego białego wina w dłoni, Jordi powiedział:
– Chyba najpierw powinniśmy przeczytać list don Felipe?
Stan Jordiego poprawił się na tyle, że mógł już sam siedzieć w fotelu, ale innych oznak zdrowienia nie było widać.
Pedro rozłożył arkusz.
– Owszem, skandaliczną książkę zostawimy na koniec. Niech sobie grzeszna Estella na razie spoczywa w pokoju. No więc czytam dalej:
„Wielki krzyż, który należał do brata Jorge, ułożyliśmy na dnie jako ochronę przed owalnym pudełeczkiem. Mały krzyżyk…” A co to znowu za mały krzyżyk?
– To jedna z zapakowanych rzeczy – podpowiadała mu chętna do pomocy Unni.
Pedro pomacał zbutwiały jedwab na wszystkich trzech paczuszkach, skinął głową i otworzył jedną z nich. Jedwab się rozsypywał pod jego palcami, choć dotykał go przecież bardzo ostrożnie.
– Tutaj mamy mały krzyżyk, tak jest. Co mówi o nim don Felipe?
– Pedro wrócił do listu: „Mały krzyżyk i wianuszek z róż…” Musi być w drugim pakiecie, zdawało mi się, że wyczułem coś takiego. Otóż to, tutaj, trzeci pakiet jest za mały.
Pedro wysupłał z jedwabiu czarny wianuszek z róż, bardzo piękny, jak zwykle bywają dzieła sztuki z dawnych czasów. Unni po raz kolejny zadawala sobie pytanie, które wielu ludzi stawia: Jak to się działo, że w odległych epokach ludzie mogli siedzieć i pracowicie wyrabiać takie cuda, nawet przeznaczone do całkiem zwyczajnego użytku? I to bez elektrycznego światła, bez tych wszystkich dostępnych dzisiaj technicznych ułatwień, kiedy wszystkie czynności trzeba było wykonywać ręcznie, powoli i z wysiłkiem, niszcząc sobie przy tym ręce i zdrowie. Natomiast dzisiaj, gdy wystarczy nacisnąć jeden czy drugi guzik, na nic nie mamy czasu.
Ten paradoks jest i pozostanie niepojęty.
Pedro czytał:
„I mały krzyżyk, i wianuszek z róż są skalane. Należały do bezwstydnej Estelli, muszą więc być traktowane jako narzędzia szatana i zakopane w ziemi na zawsze”. No i na tym don Felipe kończy swój list, dalej są tylko eleganckie formułki grzecznościowe i różne takie.
Odłożył arkusz i sięgnął po następny.
– Tak, tutaj mamy drzewo genealogiczne, ale spisane w odmienny sposób. Don Felipe czy ktoś inny dołączył do każdego imienia komentarz w postaci krótkiego opisu odnośnej osoby.
– No to wspaniale! – ucieszyła się Flavia.
– Oczywiście! Będziemy mogli na tej podstawie sporządzić prawdziwe drzewo genealogiczne, ale strzeżcie tych papierów, bo są bardzo ważne. Jak widzę, autor cofa się w przeszłość, zaczyna od najmłodszych, od swoich synów Santiago i Enrica. No tak, to musiał napisać don Felipe.
Kiedy skończyli czytać, przystąpili do układania drzewa genealogicznego, wykorzystując informacje, jakie don Felipe spisał o swojej rodzinie, oraz o przodkach. Wszyscy się zdumieli, jak daleko w przeszłość sięgała jego wiedza. Żeby dzieje rodu połączyć w jedną całość, sami dołożyli pokolenie Any, Margarity i Elia. Moje, don Felipe, krótkie zapiski na temat naszego rodu:
Moi ukochani synowie: Santiago, spokojny. Santiago wiele rozmyśla, przypuszczalnie o swoim gorzkim losie i o tym, jak można by zapobiec przeznaczeniu. Czasami pozwala, by radość i ożywienie nad nim zapanowały, dzieje się to wówczas, gdy myśli, że udało mu się znaleźć jakieś rozwiązanie albo wyobraża sobie, że to tylko taka baśń. Och, żebyż mogło tak być! Mój nieszczęsny syn. Muszę go uratować.
Enrico, zwany dobrym. Czyż to nie mówi wszystkiego o moim młodszym synu? On życzy szczęścia każdemu, ludziom i zwierzętom, w jego sercu jest miejsce dla wszystkich.
Moja siostra, Cristina. Ona nie wierzyła w przekleństwo. Ale to ona zwróciła mi uwagę na małe, owalne pudełeczko. Ku zgrozie naszej matki, Cristina przeczytała wyuzdaną książkę Estelli, w której właśnie jest mowa o niebezpiecznym pudełeczku. Kiedy więc się o nim dowiedzieliśmy, mogliśmy podjąć kroki przeciwko jego śmiercionośnemu działaniu. My, mama i ja, czuwaliśmy przy łożu śmierci Cristiny. Ale w pewnym momencie coś się stało, oboje utraciliśmy świadomość czy też może zasnęliśmy. Tylko niezmiernym wysiłkiem woli udało mi się wrócić do przytomności, i wtedy zobaczyłem pudełko stojące na nocnym stoliku Cristiny.
Natychmiast rzuciłem na nie krucyfiks tak, że musiało pozostać na swoim miejscu. Wtedy jednak moja biedna siostra już nie żyła i mógłbym przysiąc na Biblię, że widziałem, jak coś mrocznego ucieka ku drzwiom. To, oczywiście, przywidzenie, ale wtedy było takie rzeczywiste, takie straszne!
Oboje z mamą zdołaliśmy unieszkodliwić pudełko, obstawiając je mnóstwem świętych obrazków, a ja wyryłem na wieczku nasz ochronny znak. To miało zabezpieczyć przyszłość Santiago, a także przyszłość potomstwa Enrico”.
– Jego nadzieje, niestety, się nie spełniły – westchnął Jordi. – Tylko że przedtem nigdy o tym pudełku nie słyszeliśmy.
– Rzeczywiście – potwierdził Pedro. – I Elio najwyraźniej też nie.
W każdym razie mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego wyryto na tym pudełeczku znak rycerzy. Nigdy bym nie uwierzył, że może ono być częścią czegoś złego.
– Moi zdaniem powinniśmy być posłuszni ostrzeżeniu don Felipe – rzekła Flavia z powagą. – Absolutnie nie wolno otwierać tego pudełeczka.
– Teraz nie – zgodził się z nią Jordi. – Ale Antonio ma dostęp do laboratoriów. Sądzę, że jeśli się spełni wszelkie warunki bezpieczeństwa, będziemy mogli poznać przynajmniej część jego zawartości.