– Wiem – bąknęła Unni z pochyloną głową. Była bardzo zgnębiona. – Ale on mnie potrzebuje, a i ja nie potrafiłabym bez niego żyć, choć traktuje mnie jak młodszą siostrę.
– Naprawdę tak cię traktuje? – zdziwiła się Flavia.
– Możesz mi wierzyć, w jego stosunku do mnie nie ma nic romantycznego!
Flavia roześmiała się.
– Ach wy, Skandynawowie! Jeśli sądzicie, że w waszym wzajemnym stosunku nie ma nic romantycznego, to jesteście ślepi!
To przecież takie piękne!
– Naprawdę? Dla mnie ta cała sprawa to tylko czarna rozpacz i płomienna tęsknota. Czasem mnie jedynie po bratersku pogłaszcze po głowie, a wtedy to jest tak… jak bym musiała kielich goryczy wychylić do dna. Mimo to mojej miłości on może być pewien.
– Ale powinnaś mu ją okazywać!
– Nie, nie odważyłabym się. No i widzisz, nie jestem taka dzielna, jak myślałaś.
– Dzielności ci nie brak, okazałaś to w ostatnich dniach. Brak ci natomiast wiary w siebie.
– Powiedziałaś mi tyle pięknych słów – westchnęła Unni z uśmiechem, kiedy już się żegnały przed drzwiami jej pokoju.
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Tutaj, w pensjonacie, było oczywiste, że stanowią dwie pary.
Pedro i Flavia trzymali się razem, a kiedy Jordi napomknął, że chciałby się trochę rozruszać, przejść się po okolicy, wydawało się wszystkim sprawą naturalną, że to Unni dotrzyma mu towarzystwa.
Po to, by o niego zadbać, ale też i dlatego, że ma na to ochotę. On też pragnął takiego właśnie rozwiązania.
Ze względu na stan Jordiego szli bardzo wolno. Rozmarzeni i zamyśleni rozmawiali o ostatnich wydarzeniach i nie zauważyli, jak bardzo oddalili się od pensjonatu. Przyglądali się płaskim łodziom i tratwom, które szybko pływały po szarej, połyskującej Wezerze, i nie myśleli o odległości, dopóki Jordi nie stwierdził, że jest zmęczony.
Usiedli na trawie przy alejce. Ostrożnie, by nie pognieść delikatnych kwiatków.
– Oj, wcale nie widzę naszego pensjonatu! – wykrzyknęła Unni przestraszona. – Gdzie my właściwie jesteśmy?
Jordi oddychał z trudem.
– Myślałem, że jestem w dobrej formie – szepnął. – Nagłe jednak zabrakło mi powietrza.
– Odpoczniemy tu trochę – rzekła Unni lekko, by pokryć niepokój. Kogo miałaby prosić o pomoc, gdyby coś się stało? Tutaj, nad rzeką, nikogo nie widziała, a wzywanie ludzi na łodziach byłoby pewnie beznadziejne.
Na szczęście Jordi jakoś dochodził do siebie, oddychał nieco bardziej normalnie, choć nadal był bardzo blady, niemal siny.
Musieli czekać, aż odzyska siły. Nagle Unni się wyprostowała.
– Jordi – szepnęła. – Rycerze!
Poszedł za jej wzrokiem. W oddali, na brzegu rzeki, rycerze siedzieli na koniach.
– Ile razy widzieliśmy ich gdzie indziej niż na brzegu rzeki? – zastanawiała się. – Ale dlaczego oni nie podjadą bliżej? Wyjdę im na spotkanie – zdecydowała i podniosła się z miejsca.
– Tak, idź – zgodził się Jordi, z trudem łapiąc powietrze. – Akurat w tej chwili ja nie mogę.
Gdy jednak Unni zrobiła parę kroków w kierunku brzegu rzeki, rycerze zniknęli. Stanęła rozczarowana.
– Najwyraźniej na ciebie czekali – westchnęła. Jordi wstał z wysiłkiem i ruszył przed siebie. Ale rycerzy nie było i nie pokazali się więcej.
Nad uśpionym pensjonatem trwała noc.
Flavia poruszała się niespokojnie.
Jakieś szepczące głosy, obrzydliwie przymilne:
– Weź to od niego! Zdejmij wieczko i wyrzuć je! Wieczko jest niebezpieczne!
We śnie wiedziała dokładnie, o co im chodzi. Głosy mówiły o eleganckim kremie do rąk należącym do Pedra. Pudełko ze srebrnym wieczkiem. Znajdowało się w jego pokoju, na dnie jakiejś starej skrzynki. Dlaczego srebrne wieczko miałoby być niebezpieczne? Czy użyto niewłaściwego środka do czyszczenia? Są środki do czyszczenia srebra z trującymi składnikami. I gdyby Pedro polizał wieczko… są przecież ludzie, którzy lubią lizać takie rzeczy, prawda?
Kto to taki stoi nad jej komodą i grzebie w jej rzeczach? Ubrany na czarno? I łysy! Wśród towarzyszy podróży nie ma nikogo łysego.
Uff, cóż to za okropna istota! Wysoka, chuda, pochylona w jakiś taki odpychający sposób, niczym demon z otchłani, czający się na ludzkie dusze! Nie odwracaj się! Nie chcę cię widzieć!
Powinna pójść do pokoju Pedra. W takim razie jednak będzie musiała przejść obok tego okropnego intruza…
Nieprzyjemne podejrzenie mówiło jej, że on nie jest sam. W jej pokoju znajdowało się więcej takich istot. Jeśli odwróci głowę, to je zobaczy. A ona nie chce.
Pedro także miał sen. Straszny sen, że musi wyjść z pokoju i zamordować tych dwoje młodych, z którymi podróżuje. Nie podobał mu się ten pomysł, ale głos, który do niego przemawiał, był taki sugestywny.
Przed chwilą jednak śniło mu się coś całkiem innego. To znaczy nie wiedział, że mu się to śniło, ale słyszał wstrętny głos, który starał się go przekonać, by otworzył skrzynię, zdjął wieczko ze znakiem i wyrzucił je do rzeki.
Pedro był z natury mężczyzną bardzo honorowym, nie potrafił działać wbrew własnym przekonaniom, nawet we śnie czy w stanie hipnotycznym, w jakim się teraz znajdował, więc się nie ruszył.
Dosłownie wszystko się w nim burzyło. Zabić ludzi? Na dodatek ludzi, których lubił? Nie, są granice poleceń i nakazów!
Ten, do którego należał głos, zdawał się rozumieć, że z tym obdarzonym wrażliwym sumieniem urzędnikiem daleko nie zajedzie, zmienił więc taktykę, stał się jeszcze bardziej przymilny.
„Wyjdź na dwór i narwij kwiatów dla swojej ukochanej” – podlizywał się.
To Pedro gotów był zrobić. Wstał niczym lunatyk, starannie włożył szlafrok i wymknął się z pensjonatu.
Droga dla Flavii została otwarta.
„Kobieta”, jak ją nazywali, znalazła się teraz we władzy mnichów.
„Pójdziesz zaraz do pokoju Pedra” – powiedział głos, a ona mruknęła coś przez sen, że nie odważy się przejść obok tego paskudztwa, które stoi przy komodzie.
Mnich poczuł się urażony, ale odsunął się na bok. Flavia usiadła na posłaniu i próbowała wsunąć stopy w ranne pantofle.
Unni nie wiadomo dlaczego zerwała się z łóżka. Ona i Jordi zajmowali sąsiednie pokoje, połączone wewnętrznymi drzwiami.
Coś niedobrego dzieje się z Jordim, pomyślała. Dlaczego inaczej dostałabym takie nagłe ostrzeżenie?
Odbierała od czasu do czasu tego rodzaju impulsy. Kiedyś dzięki temu uratowała czyjś dom przed pożarem, innym razem znów zapobiegła nieszczęściu w sąsiednim przedszkolu, tylko że to się działo za dnia i ona była najzupełniej przytomna. Chociaż raz w nocy przeczuła też wypadek samochodowy i mogła natychmiast wezwać pomoc.
Teraz myślała, że chodzi o Jordiego, ale on spał spokojnie.
Podeszła do niego i pocałowała go w czoło. Tego nie możesz mi odebrać, Jordi, pomyślała z czułością.
Natężyła zmysły. Czuła, że gdzieś czai się niebezpieczeństwo, ale gdzie? Flavia, przemknęło jej przez głowę. W którym pokoju ona mieszka?
Daleko stąd. Telefon ostrzegawczy, szybko!
Flavia nie zdążyła włożyć drugiego pantofla, gdy drgnęła gwałtownie i obudziła się. Budzik? Nie, to telefon. Po omacku wyciągała rękę po słuchawkę.
Dlaczego siedzi na krawędzi łóżka i próbuje włożyć lewy pantofel na prawą nogę?
Podniosła słuchawkę i usłyszała głos Unni:
– Flavia, czy tobie coś grozi?
– Co? Grozi? Nie, ja… Ale jakie to dziwne!
– Co takiego, Flavia?
– Śniło mi się, że idę do pokoju Pedra. Nie, nie, nic takiego!
Miałam tylko zadbać, żeby nie polizał słoika z kremem do rąk, to znaczy wieczka z tego słoika. Nie, uff, to przecież kompletny absurd!