Выбрать главу

Chodź, Unni, pójdziemy do Pedra.

Jordi stał na progu i patrzył pytająco na Unni. Jak mogła najlepiej, wyjaśniła mu, o co chodzi, a on pospiesznie narzucił na siebie ubranie, niezbędne do złożenia wizyty.

Wszyscy troje zastukali do pokoju Pedra, ale nikt im nie odpowiedział. Drzwi nie były zamknięte na klucz, więc weszli. Pedra nie było.

– Nie podoba mi się to – rzekł Jordi.

– Ani mnie – westchnęła Flavia. – To był okropny glos. Musiałam go posłuchać.

W tym samym momencie na korytarzu ukazał się Pedro z dziwnym bukietem w dłoni. Jakieś chwasty, źdźbła zeszłorocznej trawy, gałązki ostów, a w tym wszystkim tylko jeden żałosny kwiat bliżej nieokreślonego gatunku.

– To ty jesteś tutaj, Flavio? – zdziwił się Pedro jakimś zachrypłym głosem i podał jej bukiet. – To dla ciebie!

Jordi natychmiast się zorientował, o co chodzi, i klasnął w dłonie.

Pedro drgnął i obudził się. Trzeba było dłuższej chwili, by mogli sobie wszystko wytłumaczyć.

Weszli do pokoju Pedra, gdzie ten opowiedział przyjaciołom o swoich snach. O wieczku, które kazano mu wyrzucić. O planach zamordowania Unni i Jordiego.

– Dzięki Bogu za to, że jesteś takim szlachetnym gentlemanem w służbie hiszpańskiego króla i za twoje czyste serce, które pozwala ci czynić jedynie dobro. Gdyby na twoim miejscu był ktoś inny, mogłoby się to dla nas źle skończyć.

– Tak – westchnęła Unni. – Domyślamy się chyba, kto za tym stoi. To zaczyna być denerwujące. Ale przynajmniej wiemy, że szukają tego srebrnego pudełka ze skrzyni.

– Owszem, a poza tym ja nie mam żadnego kremu do rąk – roześmiał się Pedro. – A już zwłaszcza w srebrnym pudełeczku. W dzisiejszych czasach używa się chyba plastiku do takich celów. Tylko co my zrobimy z tym fatalnym srebrnym puzderkiem? Ja już i wcześniej miałem ochotę je wyrzucić, ale to mogłoby być niebezpieczne. Co o tym sądzicie?

Zastanawiali się długo.

– Moglibyśmy je ponownie zakopać – rzekł w końcu Jordi. – Tak jak sobie życzył don Felipe. Ale czy w ziemi będzie wystarczająco bezpieczne?

– A może cisnąć je gdzieś do jakiegoś głębokiego jeziora? – zaproponowała Flavia.

Pedro potrząsał głową.

– Żaden z tych sposobów nie jest wystarczająco pewny. Ktoś może je znaleźć, a wtedy mnisi natychmiast się zjawią. Zresztą… jest coś, o czym zapomniałem wam powiedzieć. Pamiętacie tego pasterza kóz, z którym Elio i ja musieliśmy tak długo rozmawiać?

Owszem, pamiętali.

– Otóż on powiedział coś o starej posiadłości. Że mianowicie nikt nie chce tam mieszkać ani nawet przechodzić w pobliżu, bo tam okropnie straszy. Ktoś widział ubranych na czarno mnichów, chodzących po dziedzińcu, jakby czegoś szukali. A ci, którzy odważyli się tam zamieszkać, mieli koszmarne sny, w których ktoś wciąż kazał im kopać!

– Nie brzmi to przyjemnie – westchnęła Flavia. – Wygląda na to, że pudełko ma dla mnichów wielką wartość.

Nieoczekiwanie Unni zaczęła podskakiwać na swoim miejscu.

– Tak, to wszystko z pewnością się zgadza, ale czy nie dostrzegacie drugiego aspektu całej sprawy? Mam na myśli rycerzy!

Jordi i ja widzieliśmy ich przecież przed wieczorem na brzegu, ale nie zbliżyli się do nas. I nie przybyli, kiedy wcześniej Jordi ich wzywał. Od jakiegoś czasu trzymają się od nas z daleka. Otóż od tego czasu, kiedy opuściliśmy posiadłość! Czy przypadkiem nie srebrne pudełko jest tego powodem? Może rycerze nie mogą się do niego zbliżyć?

Wszystkich poraziła ta myśl.

– Jordi mógłby być zdrowy – mówiła Unni.

– Nie zaszkodziłoby spróbować – zgodził się Pedro. – Tylko jak mamy to zrobić?

Flavia miała propozycję. Gdyby tak ona i Pedro zabrali skrzynię do samochodu i odjechali dość daleko stąd, a Jordi i Unni mogliby znowu pójść nad rzekę?

Pedro wyjrzał przez okno. Znajdowali się już dość daleko na północy. W północnych Niemczech wiosenny ranek budził się wcześniej niż w Hiszpanii.

– Czy ktoś chciałby się jeszcze przespać z godzinkę lub dwie?

Nikt nie chciał. Zdecydowali, że śniadanie zjedzą, kiedy się znowu spotkają, i poszli, żeby się ubrać. Po długim odrętwieniu spowodowanym chorobą Jordiego nareszcie mogą działać.

Unni i Jordi stali na brzegu rzeki w bladym świetle poranka.

Panowała zupełna cisza, żadnego ruchu. Tylko ptaki już się pobudziły; jakiś skowronek wysoko nad polami dawał wspaniały koncert.

Unni spoglądała ukradkiem na Jordiego i zdawała sobie sprawę, że on bez pomocy chyba nie zniesie czekającej go podróży. Jego organizm już po prostu nie był w stanie się bronić. W ciągu ostatnich dni ten młody mężczyzna bardzo stracił na wadze, wydawało się, jakby i krew opuściła jego ciało. Trzymał się jeszcze tylko siłą woli, ale Unni wiedziała, że sam zdaje sobie sprawę, jak z nim źle.

– Wezwałeś ich?

– Tak.

Wyczuła napięcie, nadzieję i bezradność, zawarte w tym prostym słowie.

Rycerze nareszcie przybyli. Bezszelestnie. Nagle ukazali się na tych swoich, jakby tańczących, koniach.

Oboje odetchnęli z ulgą. Ale czy rycerze potrafią pomóc Jordiemu?

Unni nie mogła uczestniczyć w prowadzonej bez słów rozmowie, ale Jordi powtórzył jej potem wszystko.

Tak jest, odgadła właściwie. To owo niebezpieczne pudełko trzymało ich z daleka. Jego zawartość stworzył sam Wamba, a przypieczętował to jeszcze solidnym zaklęciem. Dobrze zrobili, że go nie ruszali.

Jordi zapytał, co powinni z tym pudełkiem uczynić.

Powinni mieć je pod kontrolą. Nie słuchać niebezpiecznych poleceń w snach, pudełeczko musi przejąć znający się na leczeniu Antonio. Zawartość jego bowiem to zła, bardzo zła energia, a energii zniszczyć się nie da, ale Antonio już będzie wiedział, jak się jej pozbyć.

Jordi nie bardzo to rozumiał, ale obiecał zrobić, co kazali.

Potem poprosił, by przywrócili mu zdrowie, i wtedy rycerze podjęli długą dyskusję, której treści Jordiemu nie przekazali. W końcu stary don Federico de Galicia zwrócił się do niego i rozpoczął się nieco dziwny dialog:

„Ten wstrętny Wamba był niestety potężnym czarownikiem, był czarnoksiężnikiem najwyższej rangi, jeśli chodzi o brutalność i siłę uderzenia – przekazywał don Federico z przykrością. – Naprawdę potraktował cię strasznie, nasz opiekunie i nadziejo. Nie dysponujemy aż tak wielką siłą, by pokonać jego złe zaklęcia. Ale rozważaliśmy pewną możliwość…”

„Tak?”

„Był ktoś równy mu w magicznej sztuce”.

„Urraca”.

„Tak jest. Więcej nie możemy wam pomóc. Musicie myśleć”.

„To nie takie łatwe – westchnął Jordi. – Czy nie możecie mi dać jakiejś wskazówki?”

„Nie. Jesteśmy zobowiązani do milczenia. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że o czymś zapomnieliście”.

Jordi natężał umysł. Don Federico z troską potrząsał głową.

Potem wszyscy ukłonili się Unni z prawdziwie rycerskim szacunkiem, a ona dygnęła z pochyloną głową.

Kiedy podniosła wzrok, rycerzy nie było.

Oboje z Jordim powoli wracali do hotelu w ten wczesny wiosenny poranek. Trzymali się niemal kurczowo za ręce, modląc się o przypomnienie tego, o czym zapomnieli.

CZĘŚĆ DRUGA. ISTNIEJE WIELU,,NAJODPOWIEDNIEJSZYCH”

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Vesla siedziała z założonymi rękami. Siedziała i myślała, czuła, że ze strachu ssie ją w dołku.

Już powinna była zachorować. Termin minął wiele dni temu, a to się jej nigdy nie zdarzało. Ale przecież ostatnio miała tyle dramatycznych przeżyć, zarówno fizycznych, jak i psychicznych, że mogły w ten sposób podziałać na jej organizm.

A jeśli to prawda? Mój Boże, Antonio tak się boi sprowadzić dzieci na świat!