Выбрать главу

Vesla domyślała się, że to dziecko byłoby obciążone przekleństwem. Jeśli Jordi nie zdoła rozwiązać zagadki, jeśli umrze za parę miesięcy, to przekleństwo przejdzie na dziecko Antonia.

Na jej dziecko.

Boże, co oni zrobili?

Pospiesz się, Jordi! Boże, spraw, żeby Jordiemu się udało, żeby znalazł rozwiązanie!

Zamiast tego spadnie na nich jeszcze większe nieszczęście, jeśli dobrze rozumiała.

Teraz tamci są w drodze do domu. Jordi jest poważnie chory, bliski śmierci. Nie, nie, on nie może umrzeć, to się nie powinno stać!

Aborcja?

Nie, to nie wchodzi w rachubę. Nie rozmawiała jeszcze z Antoniem, wszystko jest zbyt świeże, zbyt niepewne.

Co on powie?

Vesla tak bardzo pragnęła tego dziecka. Ale narażać je na straszny los, na śmierć w wieku dwudziestu pięciu lat? Tej myśli też nie była w stanie znieść.

Konieczność wyboru sprawiała jej ból.

Jordi! Jordi, Unni i Pedro, zróbcie wszystko, co można! Dlaczego wracacie do domu? Czy nie moglibyście przyspieszyć rozwiązania zagadki, skoro byliście w Hiszpanii? To Antonio się upierał, by Jordi wrócił do domu, chciał się zaopiekować chorym bratem. Tak, to zrozumiałe, ale czas! Czas nieubłaganie ucieka!

Powinna teraz zadzwonić do swojej matki. Już i tak bardzo długo zwlekała. Matka nie zna numeru jej telefonu komórkowego, nie wie, gdzie Vesla się podziewa. Bo Vesla chciałaby mieć trochę spokoju.

Teraz jednak musi zatelefonować. Z najwyższą niechęcią wystukała numer.

Matka natychmiast zaczęła swoje:

– Vesla, coś ty, przeprowadziłaś się? Zostawiłaś takie piękne mieszkanie?

– Przecież mówiłaś, że jest za małe i w ogóle do niczego! No to teraz wynajęliśmy duży dom.

– Duży dom? A na co tobie dom? Ty się powinnaś znowu wprowadzić do mnie. Jedyne dziecko powinno mi dotrzymać towarzystwa. Jestem taka samotna… A ciebie przecież nie stać na wynajmowanie domu, ile czynszu będziesz płacić? Czekaj, a może ja bym się wprowadziła do ciebie?

Cóż za okropny pomysł! Matkę jednak coś zastanowiło.

– Powiedziałaś „my”? Jacy my?

– Nie mieszkam sama, mamo. Jest nas tu kilkoro.

– Co? Jakaś komuna? – przestraszyła się matka. W jej głosie słychać było obrzydzenie, jakby patrzyła na rozdeptaną żabę. – Komuna? I co to za ludzie ci, z którymi dzielisz mieszkanie?

– To moi przyjaciele. Poza tym mam chłopaka. Porządnego, to poważna sprawa.

– Ale przecież nie możesz… Co to za typ?

– Żaden typ, mamo. On jest lekarzem, to najwspanialszy człowiek, jakiego znam.

– Och, lekarz? – wykrzyknęła mamuśka głosem słodziutkim, jakby jadła cukierka. – Ależ to wspaniale! Zaraz się go poradzę w sprawie moich kamieni żółciowych, tak, tak, bo zdaje mi się, że mam kamienie żółciowe, Veslo.

Wcale bym się nie zdziwiła. Ktoś, kto wydziela tyle żółci.

– Zobaczymy później – starała się ostudzić entuzjazm matki. – Wiesz, że lekarze nie udzielają prywatnych konsultacji.

– Och, ale dla mnie na pewno zrobi wyjątek, jestem przekonana.

Nigdy bym się nie odważyła fatygować lekarza w godzinach pracy.

Oczywiście że nie, bo to są głupie niedouki, które twierdzą, że nic ci nie dolega, pomyślała Vesla ze złością. Bardzo się wystrzegała, żeby nie napomknąć przypadkiem o ewentualnym dziecku. Dobrze wiedziała, że usłyszałaby w odpowiedzi: „Co? Spodziewasz się dziecka? No to w takim razie mogę zapomnieć, że mnie jeszcze kiedykolwiek odwiedzisz. Po prostu nie będziesz już miała wcale czasu dla matki”.

Udało jej się zakończyć rozmowę mglistą obietnicą, że przedstawi matce ukochanego, i odetchnęła. Tym razem z lekkim sumieniem.

Vesla zeszła na dół, by przygotować posiłek dla całej grupy.

Dom, który wynajęli, był dość stary, duży i przestronny, ale wyposażony tylko w jedną łazienkę dla wszystkich. Kuchnia natomiast była wielka, urządzona w starodawnym stylu, chętnie w niej przesiadywali.

Dom znajdował się w dzielnicy willowej, kawałek za miastem, trudno by go było znaleźć komuś niewtajemniczonemu. Na przykład Leonowi. Albo Emmie. Tych dwoje jednak na razie odpoczywa w hiszpańskim więzieniu. Kenny & Co zaś w więzieniu norweskim. Po raz pierwszy przyjaciele mogli odetchnąć spokojnie.

W kuchni przy stole stała Gudrun i kroiła na maleńkie kawałeczki ostrą paprykę oraz strączki chili. Kroiła je razem z nasionami i wszystkim, co miały w środku.

– Dzisiaj to ja jestem dziewczyną kuchenną – powiedziała Vesla z uśmiechem. – Ale to wygląda znakomicie. Co gotujesz?

Gudrun uniosła głowę.

– Okazało się, że mam wszystko, co potrzeba, w domu, to postanowiłam przygotować coś ostrego. Wiem, że to twój dzień, ale nie wyglądałaś najlepiej, więc chciałam dać ci odpocząć.

– Dziękuję. Nie czuję się rzeczywiście za dobrze. Ale bardzo chętnie ci pomogę. Co mam robić?

Gudrun podała jej kawałek imbiru wielkości kciuka.

– Pokrój to na wąskie paseczki, a potem przepuść przez praskę dwa ząbki czosnku.

Sama Gudrun zaś odmierzyła półtora litra wody, wlała do garnka i wrzuciła trzy kostki rosołu z kury.

– Właściwie to rosół miał być z kurczaka, ale kto rozpozna różnicę między kurą a kurczakiem? W kostce? Morten poszedł kupić gazety, Antonio wróci pewnie niebawem. A poza tym… Telefonował Pedro i był zmartwiony.

– Czy od czasu, gdy się ta cała historia zaczęła, ktoś z nas nie był zmartwiony? – westchnęła Vesla. – Wiesz, ja okropnie nie lubię wyciskać czosnku, mam wrażenie, że w prasce znajduje się czyjaś maleńka czaszka, mdli mnie od tego. Czy nie mogłabym go raczej drobno posiekać?

– Oczywiście, że byś mogła – uśmiechnęła się Gudrun i zaczęła kroić pierś kurczaka na małe kawałki.

– Mówiłaś, że Pedro był zmartwiony. Co tym razem go zaniepokoiło?

– Poinformował, że są już w Szwecji i Jordi, delikatnie mówiąc, czuje się bardzo źle. Tak bliski śmierci jeszcze nie był.

– No to rzeczywiście musi być z nim bardzo źle – powiedziała Vesla. – Bo dla mnie to on zawsze znajdował się bardziej po stronie śmierci niż po stronie życia.

– Owszem – przytaknęła Gudrun. – Masz rację. – Dała teraz Vesli makaron w nitkach, żeby go pokruszyła na drobne kawałki. – Poza tym Pedro był bardzo uprzejmy.

– O, tak – potwierdziła Vesla. – I służy nam wszystkich wielką pomocą.

– Pedro powiedział, że pokładali wielką nadzieję w rycerzach.

Gdyby rycerze uzdrowili Jordiego, to oni mieli zamiar zawrócić do Hiszpanii i kontynuować działania nad rozwiązaniem zagadki. Teraz jednak zbliżają się do Norwegii, wkrótce powinni tu być, jadą bardzo szybko, żeby Jordi mógł się znaleźć pod opieką Antonia, a poza tym odpocząć porządnie w normalnych warunkach i zebrać siły. Trucizna Wamby osłabiła go tak bardzo, że prawdę powiedziawszy, Pedro nie wierzy, iż Jordi dotrze do domu żywy. Ma taką nadzieję, ale…

– Tak. Byłoby najlepiej, gdyby Antonio mógł się nim zająć.

Chciałam powiedzieć, że to by było dobre dla nich obu, bo Antonia dręczy dług wdzięczności wobec starszego brata. Tylko nie bardzo rozumiem, co nie do końca jeszcze wykształcony kandydat na lekarza mógłby zrobić w tej sytuacji.

– Rzecz polega chyba na tym, że Antonio jest jedynym, który tak naprawdę wie, o co chodzi. Nie można pójść do zwyczajnego lekarza czy do szpitala i powiedzieć, co się Jordiemu stało. Kim czy czym on jest, dlaczego wygląda tak, jak wygląda, to po prostu niemożliwe.

Przez chwilę pracowały w milczeniu. Gudrun zrobiła sos rybny i wlała parę łyżek do garnka.

– Powinnam mieć jeszcze cytrynową trawę, ale nie udało mi się kupić. Myślę, że parę kropel soku z cytryny zrobi swoje. „Trzeba brać to, co się ma pod ręką”, jak mówi Hanna Winsnes.