Выбрать главу

– „A jeśli się i tego nie ma, to się bierze połowę” – roześmiała się Vesla. – A co teraz trzymasz w ręce?

– To świeża kolendra, chociaż od biedy mielona też by wystarczyła. Bo widzisz, właśnie świeże składniki decydują, czy potrawa będzie smaczna, czy nie. No! Teraz jeszcze trochę natki pietruszki i niech się wszystko pogotuje jakieś cztery minutki. Finito!

– Szybko to poszło. Ale co myśmy właściwie ugotowały?

– Tajlandzką potrawę Tom Yum Gai. Vesla spróbowała.

– Pyszne!

– Pomyślałam sobie, że Jordi powinien dostać coś wzmacniającego.

Vesla zastanawiała się przez moment.

– A nie będzie to dla niego za ostre?

– Jordi ma uszkodzone płuca, nie żołądek. Vesla usiadła przy kuchennym stole.

– Wiesz, może się mylę, ale odnoszę takie wrażenie, że im ciąży coś jeszcze, i to coś gorszego. Co to za okropieństwa oni wiozą do domu? Nie podoba mi się to. Gudrun odpowiadała niechętnie:

– Jest tam coś w tej skrzyni ze skarbem Santiago. Unni mówiła, co tam znaleźli, pamiętasz, niecałą dobę temu, kiedy nocowali w pensjonacie w Niemczech?

– Pamiętam. Znaleźli miecz – Vesla wyliczała na palcach. – Były też trzy pakieciki owinięte w zbutwiały jedwab. Z krzyżykiem i różanym wiankiem. Znaleźli jeszcze duży krucyfiks, bardzo ładny, zdobiony kamieniami, jak się zdaje szlachetnymi, i… i… No tak, kuszącą opowieść grzesznej Estelli, podobno to cała książka. No i wreszcie jakieś straszne pudełeczko, którego nie wolno im ruszać.

To jest najgorsze znalezisko.

– I oni muszą to taszczyć do domu – westchnęła Gudrun, obrywając zeschłe kwiatki z pelargonii na oknie, tymczasem jedynej rośliny, jaką nabyli. – Żeby Antonio zajął się całym paskudztwem.

– Dlaczego wszystko trzeba zwalać na niego? – narzekała Vesla.

– On musi wyleczyć umierającego Jordiego, on musi unieszkodliwić energię, której nie można zniszczyć. Uff, zaczynam marudzić!

Wybacz, jakoś ostatnio jestem wytrącona z równowagi.

– Świetnie cię rozumiem. Zresztą kto nie jest? Uważam, że bardzo dobrze przystosowałaś się do całej sytuacji jak na osobę postronną…

Już nie jestem postronna, pomyślała Vesla. Jestem z wami połączona więzami krwi w linii zstępującej.

Swoją drogą jakie to dziwne. Z powodu dziecka ona i Antonio staną się krewnymi. Maleństwo jest ogniwem pośrednim, w jego żyłach płynie krew obojga.

Trochę to może podstępne, nie pytała Antonia, czy chce być z nią spokrewniony. Ale logiczne, zdaniem Vesli.

– Czy oni wciąż jeszcze nie nawiązali kontaktu z Urracą?

– Nie. Nie wiedzą, jak to zrobić, a Jordi jest przecież nieprzytomny.

– No rzeczywiście. Jordi to jedyny człowiek na świecie, który wie, jak się do czegoś takiego zabrać. A przy okazji, co było w tym trzecim pakieciku?

– W jakim pakieciku?

– No w skrzyni, w szkatule, czy jak to określić, były trzy paczuszki. Unni tak mówiła. Trzy paczuszki zawinięte w zbutwiały jedwab.

Gudrun zastanawiała się przez chwilę.

– Możemy zapytać – powiedziała. Wykręciła numer, Pedro odpowiedział prawie natychmiast.

– Jak się teraz czuje Jordi? – spytała Gudrun.

– Źle. Od wielu godzin jest nieprzytomny, Unni odchodzi od zmysłów ze zmartwienia.

– Rozumiem ją. Ale my tutaj z Veslą zastanawiamy się nad tym, co jest w trzeciej paczuszce. Nie powiedzieliście nam.

– W jakiej pacz… – zaczął Pedro i sam sobie przerwał. Gudrun usłyszała pisk hamulców, a potem znowu głos Pedra: – W Szwecji na szczęście główne drogi mają szerokie pobocza. Niedaleko przed nami jest parking. Stamtąd do ciebie zadzwonię.

Rozmowa została przerwana, Vesla i Gudrun spoglądały na siebie zdumione, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje.

Po dłuższej chwili Gudrun powiedziała:

– Bogu dzięki, że niedługo już tu będą. Tylko gdzie my ich wszystkich położymy? Dom jeszcze nieumeblowany. Poza tym oni się między sobą różnią, każde potrzebuje oddzielnego pokoju! My nie mamy tyłu pomieszczeń! Może Jordi, Antonio i Morten mogliby mieszkać razem…

– Nie, nie – zaprotestowała Vesla, która chciała mieć ukochanego dla siebie. – Pozwól Jordiemu i Unni mieszkać razem!

– Ale przecież ona przy nim tak strasznie marznie.

– Wszystko będzie dobrze, muszą tylko mieć posłania każde w swojej części pokoju. Umieść ich w tym wielkim pomieszczeniu na strychu. Antonio i ja zostaniemy tam, gdzie teraz mieszkamy. On może co godzina zaglądać do Jordiego, jeśli zechce. Morten niech sobie ma ten swój mały, panieński pokoik, a Pedro i Flavia mogą zająć dużą sypialnię. Ty, jak zawsze, w swojej alkowie.

Gudrun miała wątpliwości.

– Przez pierwsze dni mogłabyś ustąpić miejsca Jordiemu. On i Antonio powinni dostać wspólny pokój, a ty przeprowadzisz się do Unni. Na razie.

Vesla zdawała sobie sprawę, że to rozsądna propozycja, mimo to westchnęła ciężko. Gudrun westchnęła także, choć z innego powodu.

– Taki plan byłby dobry, ale jeśli Flavia zażąda oddzielnego pokoju? Wtedy cały schemat runie.

Antonio wrócił do domu i Vesla poszła z nim do ich wspólnego pokoju na pierwszym piętrze. Odkąd się odnaleźli wtedy, w Hiszpanii, spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, tak za dnia, jak i w nocy. Jakby nie mogli się nasycić nawzajem swoją obecnością. Vesla nigdy jeszcze nie była taka szczęśliwa. Tylko że teraz wkradła się do jej duszy pewna nerwowość. Nie chciała na temat swojego stanu rozmawiać z Gudrun, pragnęła, by Antonio dowiedział się jako pierwszy.

On siedział teraz na krawędzi łóżka, pokój był bowiem bardzo skromnie umeblowany, i próbował zdjąć buty.

Vesla uklękła przed nim i położyła mu głowę na kolanach.

– Antonio, dokonaliśmy czegoś wielkiego. Pieścił palcami jej ucho.

– Co masz na myśli, kochanie?

– Zdaje mi się, że będę miała dziecko.

– Co ty mówisz? To wspaniale!

I nagle przypomniał sobie o swojej sytuacji.

– O mój Boże! – jęknął.

Vesla patrzyła na niego uważnie.

– Co teraz zrobimy?

– No właśnie, co zrobimy?

– Przecież byliśmy tacy ostrożni!

– Owszem. Ale było kiedyś tak, na samym początku, że zmysły wzięły nad nami górę.

– Pamiętam. I to się musiało wtedy stać. Antonio, ja chcę zachować to dziecko. Dlatego, że cię kocham.

– Oczywiście i ja chcę je zachować – powiedział stłumionym głosem, bliski rozpaczy. – Niczego bardziej nie pragnę. Tylko czy postępujemy słusznie? Czy nie postępujemy zbyt egoistycznie?

– Chyba tak – przyznała Vesla. – Ale czy myślisz, że dziecko nie chciałoby żyć?

Antonio patrzył przed siebie rozmarzonym wzrokiem.

– Jesteśmy już tak blisko rozwiązania zagadki. Może Jordiemu się uda, jeśli zdoła przezwyciężyć ten kryzys… I jeśli my wszyscy zrobimy, co można, żeby mu pomóc.

– Tak, Antonio, tak!

– A jeśli jemu się nie uda albo jeśli umrze… Nie, nie chcę o tym myśleć! Tylko gdyby mu się nie udało… No to przecież i tak jesteśmy już bardzo blisko… jeśli nie damy rady… to i tak zrobiliśmy wiele dla naszego dziecka.

Vesla głośno przełknęła ślinę.

– No właśnie – powiedziała piskliwie. – Tylko zabraknie nam tej nadzwyczajnej siły, jaką jest obdarzony Jordi, kogoś, kto potrafi nawiązywać kontakt z rycerzami.

– Mamy Unni.

– Unni zostały jeszcze cztery lata życia. Nawet nie, trzy i pół.

Czas ucieka, Antonio!

– I jesteśmy też odpowiedzialni za Mortena. Jego czas się kończy. Gdzie się obrócić, wszędzie przeszkody.

Najgorsza akurat teraz była myśl, że mogliby utracić Jordiego, a wszystko wskazywało, że tak właśnie może się to skończyć. Dopiero teraz naprawdę rozumieli, jak wiele on znaczy nie tylko dla nich osobiście, ale dla całego tego straszliwego zadania, które na nich, wbrew ich woli, spadło.