Выбрать главу

– Och, Pedro – skarżyła się Unni. – Widzę bardzo wyraźnie, że Jordi chce mi coś powiedzieć. Brak mu jednak sił. Czy nie masz jeszcze odrobiny kortyzonu?

– Skończył się już dawno temu, niestety. Zużyliśmy cały zapas lekarstw, jaki miałem. (Z mizernym skutkiem, pomyślał, ale głośno tego nie powiedział.)

– Jaka szkoda!

– Wkrótce będziemy na miejscu – pocieszała ją Flavia.

– Chyba że… – zaczął Pedro z wahaniem. – Zaczekajcie, możliwe, że mam jeszcze trochę…

– Tak? – niecierpliwiła się Unni.

– Mam zwyczaj schować czasami odrobinę w kieszonce wieczorowego garnituru na wszelki wypadek. Zaraz sprawdzę.

– Czy nie powinniśmy zaczekać, aż dotrzemy na miejsce?

– Nie, Flavia, to nie może czekać.

Wobec tego Flavia natychmiast zjechała na parking. Właściwie była to zatoczka dla autobusów, ale zdecydowali, że na pewno w najbliższym czasie żaden autobus tu nie przyjedzie. Unni na sztywnych nogach szła za Pedrem. Dygotała z zimna przy norweskiej mglistej pogodzie. Nie padało wprawdzie, ale lada moment mogło zacząć. Wracam do Hiszpanii, postanowiła. Najszybciej jak to możliwe. Razem ze zdrowym Jordim.

– Myślisz, że on się z tego wygrzebie? – spytała cicho, gdy Pedro wyciągał swój bagaż. Była tak przemarznięta, że z trudem trzymała się na nogach. Gdyby próbowała się pochylić, na pewno pękłby jej kręgosłup.

– Jeśli mam być szczery, Unni, to to wygląda marnie. Ale nie wolno nam tracić nadziei. Och, tak, mam to rezerwowe lekarstwo!

Zostało w kieszeni po ostatnim bankiecie. Kortyzon. Niewielka pociecha dla Jordiego, wygląda jednak, że łagodzi jego bóle przynajmniej na jakiś czas. Czy mogłabyś wyjąć strzykawkę?

Gorączkowo przygotowywali zastrzyk z drogocennej substancji.

Pedro wstrzyknął lekarstwo, potem pospiesznie wsiedli do samochodu, żeby pokonać ostatni odcinek drogi. Unni już wiedziała, gdzie się teraz znajdują, naprawdę niedaleko domu, przyjechali tylko od innej strony.

Jedna ręka Jordiego się poruszyła.

– Chyba mu lepiej – wyszeptała Unni i przysunęła się do niego, by go słyszeć. Mówił cicho, z wielkim wysiłkiem, tłumiąc atak kaszlu:

– Rycerze. Widziałem ich.

– Ale przecież znajdowałeś się w śpiączce?

– Tak. Widziałem ich wtedy. Z bardzo… bardzo daleka. Nie mogli podejść bliżej.

– Z powodu tego złego pudełka? No tak, rozumiem. Sądzisz, że oni chcieli z tobą rozmawiać?

– Tak – wykrztusił ochryple, zmęczony gwałtownym kaszlem.

Unni powtórzyła jego słowa siedzącym na przedzie. Flavia uważała, że trzeba zaczekać, aż znajdą się na miejscu, ale Pedro stanowczo się sprzeciwił.

– Tam może być za dużo ludzi, radosne powitania, zamieszanie.

Musimy się zatrzymać.

Flavia po prostu skinęła głową, nie dowiedzieli się, co myślała o takiej decyzji. Uśmiechała się tylko do Unni i szukała ustronnego miejsca, gdzie mogliby stanąć.

– Podróż z przeszkodami – powiedziała Unni z przepraszającym uśmiechem.

Flavia nigdy nie spotkała rycerzy. Chciała być z Unni i Pedrem, kiedy w niewielkim zagajniku pomagali Jordiemu wysiąść. Potem odstawiła samochód na drogę, na tyle daleko, by rycerze mogli być zadowoleni, a sama wróciła piechotą.

Przyszła na czas. Z powodu złego samopoczucia Jordi miał problemy z koncentracją i wzywanie rycerzy trwało dość długo.

Siedział skulony, oparty plecami o pień drzewa.

– Co się dzieje? – spytała Flavia.

– Ciii – szepnął Pedro. – Czekamy.

Flavia nie słyszała nadchodzących rycerzy, zobaczyła natomiast, że Unni kłania się głęboko, a Pedro pochyla niemal do samej ziemi.

Odwróciła się i podskoczyła przestraszona. Z jej gardła wydobył się stłumiony krzyk.

Konie wydawały się takie potężne. I stały tak blisko. Jeden potrząsał łbem i parskał bezgłośnie. Gdyby jednak zwierzęta były żywe, odczułaby jego ciepły oddech na twarzy, tak niewielka dzieliła ich odległość.

No i ten rycerz…! Flavia widziała kiedyś sfilmowanego „Hamleta” z Laurence'em O1ivierem w tytułowej roli. Przejmujący obraz ducha ojca Hamleta na zawsze wrył się jej w pamięć. I teraz było tak samo.

Pominąwszy, że filmowy duch miał odkrytą głowę, a rycerz nosił mnisi kaptur, widziała przed sobą te same białe oczy, tę samą, trupio bladą twarz, szary zarost, pełen goryczy wyraz ust. Flavia nie wiedziała tylko, że stoi przed donem Galindo de Asturias.

Zrobiła to, co Unni i Pedro, pochyliła się z największym szacunkiem.

Rycerze nie okazali jej zainteresowania. Oczy wszystkich zwracały się ku Jordiemu. Byli zmartwieni. Jordi przetłumaczył ich myśli.

W końcu don Federico zwrócił się do swego potomka, Pedra:

„Dobrze się stało, że znaleźliście amulet. On wzmacnia siły obronne organizmu przed wszelkimi złymi atakami. Bez niego nasz potomek i obrońca by sobie nie poradził. Twoje eliksiry i proszki też są dziełem wysoko postawionej sztuki magicznej. Ale żadna z tych rzeczy, ani amulet, ani twoja magia nie wystarczy”.

– Co więc mamy robić, wasza wysokość? Odpowiedział don Ramiro de Navarra. Zwracał się do Unni: „Musicie wykorzystać wasze pół godziny”.

– Teraz? – powtórzyła przemarzniętymi wargami. Nie, nie, tylko nie teraz, prosiła w duchu, głęboko rozczarowana. To miały być najpiękniejsze chwile w moim życiu!

No tak, ale chodziło o życie Jordiego. W tej sytuacji wszelkie piękne chwile muszą poczekać. To zrozumiałe samo przez się.

– Jakie pól godziny? – dopytywał się Pedro.

„Młodzi wiedzą – odparł przodek Unni, don Sebastian de Vasconia. – Jordi potrzebuje jak najwięcej miłości i ciepła, by pokonać straszne rany, jakie zadał mu podły Wamba. A nie może ich otrzymać, dopóki dziewczyna tak strasznie przy nim marznie”.

A więc wpadliście we własne sidła, moi szlachetni, rycerscy przyjaciele, pomyślała Unni złośliwie, ale bardzo się wystrzegała, by nie przekazać tej myśli szacownym gościom. Sprawiali wrażenie szczególnie wrażliwych, jeśli chodzi o krytykę.

Ale co będzie, jeśli Jordi nie zechce przyjąć mojej miłości? Jeśli on naprawdę traktuje mnie jak młodszą siostrę i nie zgodzi się na żadne czułości?

Na polecenie rycerzy opowiedziała Pedrowi i Flavii o owej obiecanej półgodzinie, że Jordi, przez kilka nędznych chwil, może się wobec niej zachowywać jak mężczyzna. Flavia posłała jej uśmiech, który zdawał się mówić: „No patrzcie, patrzcie!” Pedro przyjął wyjaśnienia z najwyższym spokojem, jak przystało na bywałego w świecie gentlemana.

Choć Pedro był z pewnością czymś więcej niż tylko bywałym w świecie panem. Danemu było także zaglądać poza granice drugiego świata.

Unni połykała łzy.

– Oczywiście, że możemy przeżyć te nasze obiecane chwile. Ale to ma być tutaj? W tym lesie?

– Nie, nie – zaprotestował pospiesznie Jordi. Najwyraźniej on też był poruszony do żywego nieoczekiwaną decyzją rycerzy. – Jedziemy do domu. Ja to wytrzymam.

Szczerze mówiąc, nie bardzo na to wyglądał. Rycerze jednak podziękowali za spotkanie, ledwie dostrzegalnie kiwając głowami, zawrócili tak gwałtownie, że Flavia omal się nie przewróciła, i zniknęli. Pedro poprowadził swoich przyjaciół do samochodu.

Dziesięć minut później, po konsultacjach przez telefon komórkowy, krążąc po ciasnych uliczkach, dotarli do willi.

Jordi rzeczywiście miał się wyraźnie lepiej, choć to przejściowe, po zastrzyku kortyzonu szedł do domu na własnych nogach, wspierany tylko przez Antonia.

Vesla i Gudrun były wstrząśnięte jego wyglądem, a przede wszystkim tym świszczącym oddechem. Wokół oczu miał prawie czarne obręcze, a przy jego czarnych włosach i białej cerze mógłby w każdej chwili podjąć się roli Feldmarszałka Śmierci.